Andrzej Piskozub: Dysproporcje w ocenach autora “Dysproporcji”

Kwiatkowski-w-Mielcuprof. dr hab. Andrzej Piskozub

Ocena Drugiej Rzeczypospolitej i jej przywódców oscyluje między dwiema skrajnościami. Na jednym biegunie wyrosła najpierw czarna legenda dwudziestolecia międzywojennego, potępiająca w czambuł niemal wszystko, co wówczas miało miejsce, łącznie z niezaprzeczalnymi ówczesnymi osiągnięciami. Stopniowo na drugim biegunie, uzyskała przewagę postawa przeciwna:  apoteozy tamtej epoki, przedstawianej jako swoisty Złoty Wiek, którego oczywiste błędy i niegodziwości już to się przemilcza, już to się  stara wybielić, wbrew prawdzie dziejowej.

O skrajnościach tych należy dobrze pamiętać, podejmując prezentację ludzi Drugiej Rzeczypospolitej, stojących na tzw. świeczniku władzy w trzynastoleciu pomajowej dyktatury 1926-1939. Trzeba wówczas brać pod uwagę splot politycznych uwarunkowań, towarzyszących słowom i czynom tych postaci. Uwarunkowania te z kolei muszą znaleźć wyraz w rzetelnej ocenie życiorysu i działalności ludzi z tego kręgu władzy. Jeżeli zaś jedną miarą, sprawiedliwie pragnie się oceniać wszystkich bez wyjątku – to wyjątku takiego nie można czynić dla ówczesnej głównej postaci Polski morskiej: Eugeniusza Kwiatkowskiego, ministra przemysłu i handlu w latach 1926- 1930 a następnie wicepremiera i ministra skarbu w latach 1935-1939.

Dla tych, którzy trzynastolecie sanacyjnej dyktatury przedstawiają jako najświetniejsze lata w historii Polski XX wieku, polaryzacja ocen jest zdecydowana: jak Dziadek w skali uniwersalnej, tak Kwiatkowski w sferze gospodarki, a zwłaszcza gospodarki morskiej, jawi się jako mąż opatrznościowy, wolny od jakichkolwiek błędów, zarówno w działaniu, jak i w programie, pozostawionym przyszłym pokoleniom do realizacji.

Tak wygląda apoteoza Eugeniusza Kwiatkowskiego. Tylko jemu zawdzięczamy wszystko dobre, co w Polsce morskiej stworzono, podobnie jak wszystko co tam złe, niewydarzone, pojawiło się tylko dlatego, że nie chciano słuchać Eugeniusza Kwiatkowskiego i nie trzymano się jego programu działania. Nie jest Eugeniusz Kwiatkowski jedynym, którego tak jednostronnie wypaczona ocena dotyczy. I jemu i wszystkim podobnie prezentowanym, czynią ich wielbiciele w dłuższej perspektywie wielką krzywdę. Wszelki „kult jednostki” ma bowiem to do siebie, iż prędzej czy później zostaje poddany weryfikacji. A wtedy, im większe nastąpiło przegięcie w kierunku hagiografii, tym silniejszą staje się reakcja w kierunku przeciwnym, pomniejszająca i odbierająca takiej postaci nawet jej niewątpliwe zasługi. (B. Dopierała, Wokół polityki  morskiej Drugiej Rzeczypospolitej, Poznań 1978).

Pamiętać należy, że Eugeniusz Kwiatkowski nie był ze sprawami morskimi Polski związany w ciągu przedmajowych 90 miesięcy dziejów Drugiej Rzeczypospolitej. Dołączył do dzieła budowy Polski morskiej na pozostałe 160 miesięcy, dzielące zamach majowy  od września 1939 roku. Jego „godzina polityczna” wybiła w kilka tygodni po zamachu majowym Józefa Piłsudskiego. Przypomina okoliczności wejścia Kwiatkowskioego w historię jego wielki admirator Marek Marian Drozdowski: Gdy jego bezpośredni szef Ignacy Mościcki, po rezygnacji Piłsudskiego z prezydentury został obrany głową państwa, otworzyły się przed nim drzwi do wielkiej kariery politycznej. Mościcki, pozostający do 12 maja 1935 roku w cieniu Komendanta chciał mieć także swoich ludzi w Warszawie. Toteż doprowadził do nominacji Kwiatkowskiego (8 czerwca 1926) na stanowisko ministra przemysłu i handlu. (Pisma o Rzeczypospolitej Morskiej, Szczecin 1985, s.11).

Zanim ów „człowiek Kwiatkowskiego” stanął na czele resortu, któremu podlegały sprawy gospodarki morskiej Polski i zanim mógł zacząć na bieg tych spraw oddziaływać, istniał już program polskiej polityki morskiej, sformułowany przez poprzedników Kwiatkowskiego w tym resorcie. Eugeniusz Kwiatkowski nie wystartował zatem z zerowego punktu wyjściowego, tylko kontynuował dzieło wcześniej rozpoczęte. Tak ocenia  jego rolę Bogdan Dopierała: Zasługi Kwiatkowskiego w dziedzinie rozwoju gospodarki w Polsce są bezsporne, lecz polegają głównie na energicznym i konsekwentnym realizowaniu polityki morskiej zapoczątkowanej jeszcze przez rządy Grabskiego i przejętej przez rządy Piłsudskiego. Pogląd o wyjątkowej, prawie opatrznościowej roli Kwiatkowskiego w powstaniu i rozwoju polskiej polityki morskiej jest wynikiem uprawiania przez niego publicystyki społeczno-gospodarczej, powielanej przez licznych jego zwolenników i wielbicieli aż po czasy nam współczesne. (Dopierała, s.290n.).

W tej działalności publicystycznej występował Kwiatkewski jako rzecznik propagandy sukcesu obozu rządowego, w którym sam się znajdował. Dopierała cytując przykłady takich publicystycznych wypowiedzi, konkluduje: Tego rodzaju „złote myśli”, od któtych roiły się publiczne wystąpienia Kwiatkowskiego, były powielane przez prorządowe ośrodki masowego przekazu i sprłniały ważną rolę w ukrywaniu przed społeczeństwem faktu, że aż do roku 1936 rząd sanacyjny nie zdobył się na rozpoczęcie programu gospodarczej rozbudowy kraju, a nawet na jego opracowanie. Jeden z nielicznych wyjątków w tym zakresie stanowiła właśnie budowa Gdyni i utworzenie podstaw własnej gospodarki morskiej. (Tamże s. 295).

W tym samym duchu cytowany autor  kontynuuje: Powołując się na bezsporne sukcesy Polski na własnym wybrzeżu, żądał – zarówno on, jak i liczni popularyzatorzy jego idei, poparcia dla polityki gospodarczej rządów Piłsudskiego i jego epigonów, zastępując trzeźwą analizę gospodarczą słowami potępienia pod adresem rzekomo małodusznych krytyków sanacji i romantycznym apelem do uczucia, przerywającym nie doprowacone zazwyczaj do końca rozumowanie w kategoriach myślenia ekonomicznego. Cytowane wyżej i podobne do nich wystąpienia propagandowe Kwiatkowskiego i jego zwolenników zaciemniały więc obraz rzeczywistości gospodarczej kraju, budząc nieuzasadnione nadzieje i rozładowując nastroje opozycyjne wśród części społeczeństwa, której udało się wmówić, że niewątpliwe osiągnięcia w tworzeniu polskiej gospodarki morskiej są dowodem rozmachu i sprawności w działalności gospodarczej rządów pomajowych. (Tamże, s. 296).

W grudniu 1930 roku powrócił Kwiatkowski do Tarnowa, na stanowisko tamtejszej Fabryki Związków Azotowych. Na rezygnację z fotela ministerialnego miała wpływ brutalność Piłsudskiego, której ukoronowaniem okazała się „sprawa brzeska”. Wkrótce po tym wydał Kwiatkowski  swe „dzieło życia” – książkę „Dysproporcje. Rzecz o Polsce przeszłej i obecnej” (Kraków 1931). Osadzone w realiach czasu i przestrzeni  Drugiej Rzeczypospolitej, dzieło to należy obecnie bez reszty do historii tamtej epoki. Przy całym dla tej książki szacunku, iluzją nazwać wypada pojawiające się w ostatnich latach opinie, że oczekiwane drugie jej wydanie byłoby receptą na trudności gospodarcze Polski lat osiemdziesiątych. Trudno odmówić racji Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu, piszącemu w 1946 roku, jeszcze przed  powrotem do Polski z Zachodu:

                                   Eugenius Kwiatkovius, premier,

                                   napisał książkę „Dysproporcje”  […]

                                   rzecz wielka, ergo in quarto,

                                   czytać właściwie nie warto …

Swoją decyzją z 1930 roku odciął sobie Kwiatkowski możliwośc powrotu do rządu za życia Piłsudskiego. Po jego śmierci jednak okoliczności zmieniły się zasadniczo i to znów za sprawą protektora, jakim dla Kwiatkowskiego był prezydent  Mościcki. Legionista Piłsudskiego Henryk Gruber, nagrodzony za to prezesurą Banku PKO, w swoich wspomnieniach tak przedstawia powrót Kwiatkowskiego do rządu, na stanowisko wicepremiera i ministra skarbu: Prezydent Mościcki, powołując Kościałkowskiego na premiera, miał nadzieję, że ustąpieniem Slawka załagodzi on różnice między stronnictwami politycznymi i utworzy pomost między obozem Piłsudskiego a opozycją. Sądził, że kompromisowe usposobienie Kościałkowskiego uczyni go bardziej strawnym dla opozycji, ale wiedział także, że Kościałkowski nie ma warunków na główną indywidualność gabinetu i dlatego indywidualność tą z góry wyznaczył. Był nią Kwiatkowski, długoletni współpracownik jego w Chorzowie. Rozumowanie Prezydenta nie wyszło. Po pierwsze dlatego, że Kwiatkowski wystąpił z nadmierną krytyką swoich poprzedników, choć było wiadomo, że był on członkiem gabinetów pomajowych i kolor polityczny nowego gabinetu nie zmienił się z ustąpieniem Sławka. Po drugie program,  który Kwiatkowski wniósł do Sejmu, był w części przygotowany przez jego poprzedników. Ten nowy minister skarbu był człowiekiem nerwowym, ambitnym, żarliwy dialektyk, z którym nie zawsze miało się pewność, czy mówi szczerze; jako wychowanek szkoły jezuitów w Chyrowie nie zdołał zatrzeć otrzymanego od ojców treningu… Na ogół nie był lubiany, a Koc nienawidził go fanatycznie… Kwiatkowski był osobistością najbardziej dynamiczną i najbardziej przebiegłą z ministrów w gabinecie Kościałkowskiego. ( „Wspomnienia i uwagi 1892-1942” s.297).

Nam współczesnym, spoglądającym  na tamte czasy „z gdańskiej perspektywy” warto zatrzymać się przy następującej refleksji Henryka Grubera: Gdy jako minister skarbu zbliżał się na dobre do dysponowania pieniędzy, otworzyła się przed nim wizja wejścia do historii. Nadał on rozmach rozwojowi Gdyni, co mu wprawdzie przyniosło popularność, lecz umniejszyło rolę Gdańska, jako portu polskiego; zepchnięcie na drugi plan Gdańska zawierało w sobie symboliczną rezygnację z ważności tego miasta a zatem z praw gwarantowanych Polsce i otwierało szerzej drzwi dla propagandy niemieckiej. Co do samej Gdyni, to skrzypiący wóz skarbowy wymagał, aby tą robotą zajął się raczej minister robót publicznych. (Tamże, s.298).

Surowej oceny doczekała się polityka finansowa Eugeniusza Kwiatkowskiego jako mimistra skarbu. Kontynuował on i podtrzymywał  wielkie osiągnięcie przedmajowego rządu Grabskiego: wysoki i ustabilizowany w stosunku do dolara kurs polskiej waluty. Związana z tym polityka deflacyjna, zbawienna w latach dwudziestych, stała się niebezpiecznym anachronizmem w kryzysowych latach trzydziestych. Wówczas odwrotnie – właśnie pobudzanie koniunktury gospodarczej przy pomocy umiarkowanej polityki inflacyjnej było dobrodziejstwem natomiast natomiast upieranie się przy deflacyjnej polityce utrzymywania sztywnego kursu własnej waluty stanowiło fatalny błąd gospodarczy. A w tej błędnej polityce zaszedł Kwiatkowski tak daleko, że na podtrzymywanie kursu złotego zmarnował nawet część zbrojeniowych pożyczek , zaciągniętych przez Polskę w Anglii i we Francji.

Atmosferę walk, staczanych w tej sprawie z Eugeniuszem Kwiatkowskim, przypomniał niedawno Jerzy Giedroyc, w tamtych latach wydawca pisma „Bunt Młodych” a następnie  „Polityki”: Kładliśmy duży nacisk na uprzemusłowienie Polski. Z tego wynikały największe nasze wojny z Kwiatkowskim. Staliśmy na stanowisku dewaluacji złotego, nakręcania koniunktury za wszelką cenę. Politykę deflacyjną Kwiatkowskiego, pilnowanie kursu złotego (bardzo był dumny, że jest mocna waluta) uważaliśmy za bardzo szkodliwą. Kwiatkowski się bronił, reagował nawet czasem ostro. Cały szereg ludzi wyrzucał z posad właśnie za popieranie naszego programu, czy za pisywanie do nas… Konfiskowano dużo artykułów, głównie dotyczących spraw narodowościowych, ukraińskich. Potem były konfiskaty z inicjatywy Kwiatkowskiego. Konfiskowano, i to w sposób bardzo brutalny, materiały dotyczące dygnitarzy piłsudczykowskich, których myśmy ostro atakowali. ("Aneks" nr 44/1986, s.28).     

W tym drugim rządowym wcieleniu Eugeniusz Kwiatkowski nie tylko nie odcinał się od ekscesów sanacyjnej dyktatury, lecz wypowiadał się w tym samym duchu, co reszta ekipy rządzącej. Drozdowski, wskazując na ewolucję politycznej postawy Kwiatkowskiego w ostatnich latach Drugiej Rzeczypospolitej, omawia jego wystąpienie polityczne z 1938 roku: W cytowanym przemówieniu znalazło się wiele nowych akcentów, które dotychczas nie występowały w jego wystąpieniach publicznych. Była tam deklaracja solidarności Kwiatkowskiego z Obozem Zjednoczenia Narodowego, krytyka „demokracji masońsko-liberalnej”, wielokrotne przypominanie apelu zjednoczeniowego marszałka Rydza-Śmigłego (Drozdowski, s. 24). Do takich wypowiedzi należy między innymi i ta, z okazji Dnia Morza w 1937 roku: W jednym ze swych przemówień powiedział Mussolini, że chciałby, aby jego stronnikami byli ci, którzy umieją odmienić słowo „chcieć” w czasie teraźniejszym, a ci, którzy odmieniają to słowo w innych czasach niech zostaną obojętnymi lub przeciwnikami. (Tamże, s. 135).

Zupełnie szokującą jest w tym kontekście relacja Henryka Grubera z narady, jaka miała miejsce w Ministerstwie Skarbu 7 maja 1936 roku: Kwiatkowski stwierdza ogólne polepszenie , wskazuje na zmniejszenie wydatków budżetowych w porównaniu z rokiem ubiegłym, wzrost podatków bezpośrednich i pośrednichz powodu lepszej techniki ich ścigania. Zwraca uwagę na plotki o dewaluacji i wskazuje, że „grupa elementów gospodarczych nieaktywnych” walczy tą plotką przeciw społeczeństwu aktywnemu i mówi „że na takich ma przygotowany osobny pawilon w Berezie Kartuskiej”. (Gruber, s. 342.).

Nie można powiedzieć, iż cytowany przedstawiciel obozu sanacyjnego oszczędza w swych wspomnieniach rządowego kolegę. Ostatni raz w swym pamiętniku powraca do niego, relacjonując rozmowę z Augustem Zaleskim, przeprowadzoną w końcu września 1939 roku na uchodźstwie we Francji: Wieczorem spotkałem się w Cafe de la Paix z p. Augustem Zaleskim. Uważa on ministra Kwiatkowskiego za jednego z winowajców katastrofy i  przypomina, że gdy jako minister spraw zagranicznych rozmawiał z Piłsudskim na temat jakiegoś traktatu handlowego i wspomniał: „Może p. Kwiatkowski coś tu wymyśli” (Kwiatkowski był wówczas ministrem przemysłu i handlu), Marszałek miał odpowiedzieć: „niech Kwiatkowski nie myśli, bo nic z tego nie wyjdzie”. (Tamże, s.408).

Na obronę Eugeniusza Kwiatkowskiego przytoczyć wypada jego genialne proroctwo, wypowiedziane na krótko przed wrześniem 1939 roku: Chcecie wojny, to spróbujcie jej. Dzień i miejsce jej zaczęcia są inicjatorom wojny zawsze wiadome, ale nie znacie ani dnia, ani miejsca, gdzie ją ukończycie.(„Morze i Kolonie” nr 8/1939, s. 10.). I rzeczywiście wynikiem tej wojny, zamiast odepchnięcia Polski od morza, stało się uzyskanie przez nią najdłuższej w dziejach Polski granicy morskiej, sięgającej na zachodzie poza ujście Odry a na wschodzie poza krańce Warmii.

Na tym rozległym obszarze został w Polsce Ludowej 12 września 1945 roku Eugeniusz Kwiatkowski mianowany Delegatem Rzadu dla Spraw Wybrzeża. Zaangażował się wówczas w równym stopniu w odbudowę, jak i w jaknajszybszą polonizację odzyskanych nadmorskich ziem. Na obradach Komisji Morskiej Krajowej Rady Narodowej prowadzonych w Gdańsku , wypowiadał się w tej sprawie 21 października 1945 roku: Akcja usuwania Niemców z naszego terenu przymorskiego osiągnęła w wielu miejscach całkowicie korzystne rezultaty. Cały sens polityczny nowej sytuacji Państwa Polskiego może być odnaleziony przede wszystkim w tym, że na przyszłość mamy być organizmem narodowo jednorodnym, wolnym od wszelkich powikłań narodowościowych. Musimy więc iść zdecydowanie do celu, który jest dziś fundamentem państwowej racji stanu: nie ma miejsca w Polsce ani dla jednago Niemca!… Obecnie idzie o to, aby akcję kontynuować z całym naciskiem, a każda miejscowość powinnaby uroczyście obchodzić dzień, gdy ostatni Niemiec wywędruje do swego <Vaterlandu>. (E. Kwiatkowski, „O przyszłość Polski nad morzem”, Gdynia 1945, s. 10n.).

Takim był program i zarazem testament polityczny Eugeniusza Kwiatkowskiego w jego trzecim i ostatnim wcieleniu jako męża stanu, pełnionym do 13 stycznia 1948 roku. I o tym trzeba pamiętać w bilansie rozbieżnych ocen, odnoszonych do osoby autora Dysproporcji.

 

Pierwodruk: „Autograf”, nr 2/1989.

[Drugi z cyklu trzech esejów prof. Andrzeja Piskozuba pt. “Tryptyk gdyński”].

 

Fot. Urząd Miejski w Mielcu

           

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze