Jan Stec: Podzwonne dla polskiej polityki wschodniej

Rus_Solpłk rez. Jan Stec

Jeśli dokonamy choćby pobieżnego przeglądu doniesień agencyjnych, oficjalnych wystąpień polskich polityków, programów TV itp. to okazuje się, że obecnie problem Ukrainy dla nas nie istnieje. To jest jakiś tam margines. A przecież kilka miesięcy temu prawie każdy dzień rozpoczynał się i kończył serwowaniem tej problematyki. Dramatyczne oświadczenia i relacje niewiele zresztą mające wspólnego z ówczesnymi realiami. Pielgrzymki całych rzesz naszych polityków na Majdan w Kijowie, a także do Doniecka, Odessy i innych ośrodków oraz tworzenie i podsycanie histerii wojennej na razie należą do przeszłości.

Pisałem w poprzednich komentarzach, że Polska nie prowadzi samodzielnej polityki wschodniej. Nasza klasa polityczna jest póki co tylko gorliwym wykonawcą zadań ustalonych poza granicami Rzeczypospolitej. Obecnie widać to „jak na dłoni”. Dziś, kiedy rozpoczęła się walka (również orężna) o kształt terytorialny i ustrojowy, a być może i o istnienie państwa ukraińskiego w ogóle, my w tym udziału nie bierzemy. Nas nikt nie potrzebuje. Teraz inni gracze rozdają karty. Polska, będąca drugim co do wielkości (po Rosji) państwem, graniczącym z Ukrainą, nie ma żadnego (również politycznego) wpływu na tok wydarzeń w tym rejonie Europy. Co najwyżej możemy wysłać jedną czy drugą kolumnę TIR-ów z zaopatrzeniem głównie kwatermistrzowskim dla armii ukraińskiej. To się jakoś liczy, bowiem okazało się, że nie tylko lokalne, ale i centralne magazyny tejże armii zostały skutecznie rozkradzione.

Przyznać jednak należy, że postawione przez zagranicznych decydentów zadania zostały przez naszych polityków w dużej mierze zrealizowane. Chodzi tu przede wszystkim o totalne poparcie zarówno propagandowe jak organizacyjne ukraińskiej skrajnej prawicy, a także rozpętanie na rzadko spotykaną skalę, trwającej zresztą do dziś, kampanii rusofobii skierowanej do społeczeństwa polskiego. Zarówno jedno jak i drugie nie służy aktualnym interesom Rzeczypospolitej.

Dziś trudno przewidzieć, jakie będą ostateczne wyniki rozpoczętych zmagań na Ukrainie. Jednak seria kolejnych błędów popełnionych przez władze kijowskie na wschodzie Ukrainy (bombardowanie miast, kilkaset tysięcy uchodźców, duże ofiary wśród ludności cywilnej) źle rokuje dla państwa ukraińskiego. To może być początek efektu domina. Pozostają przecież nie do końca rozwiązane problemy obwodów nadmorskich, Naddniestrza, Zakarpacia czy nawet Bukowiny. 

Podkreślić należy, iż administracji USA udało się osiągnąć pewne ważne cele. Jest to potęgujący się rozlew krwi w rejonach pogranicznych z Rosją, a także fala rusofobii rozprzestrzeniająca się nie tylko na Ukrainie. Jak to określili niektórzy francuscy komentatorzy USA gotowe są walczyć z Rosją do ostatniego Ukraińca. Stąd też wynika generalne poparcie USA dla polityki Kijowa, a w szczególności dla realizowanych obecnie rozwiązań siłowych. 

Natomiast wewnątrz Unii Europejskiej poparcie dla władz ukraińskich słabnie. Świadczą o tym wypowiedzi wielu znaczących polityków (między innymi apel A. Merkel do prezydenta P. Poroszenki o umiarkowanie). Duże znaczenie mają tu między innymi awantura gazowa, rosnący dług zagraniczny Ukrainy (ok. 27 mld dolarów), brak stabilizacji wewnątrz kraju, a także zarysowujące się konflikty wewnątrz ukraińskich elit. Histeryczna wręcz reakcja prezydenta P. Poroszenki wywołana dużymi stratami armii ukraińskiej poniesionymi ostatnio na wschodzie świadczy dobitnie o braku realnego planu wyjścia z zaistniałej sytuacji.

Tak jak poprzednio powraca sakramentalne pytanie – a co na to Rosja. Otóż Rosja jak dotąd wytrzymuje ciśnienie i naciski zarówno ludności Donbasu, jak i własnego społeczeństwa (w tym części elit) i wstrzymuje się z bezpośrednią interwencją. Ale rozwój sytuacji może ten krok wymusić. Sama pomoc humanitarna nie wystarczy. Póki co, Rosja podjęła próby kontrofensywy politycznej. Świadczy o tym między innymi odmowa ministra S. Ławrowa uczestnictwa w konferencji dotyczącej Iranu, a bez Rosji obrady te tracą sens oraz błyskawiczna podróż prezydenta W. Putnia do czterech krajów Ameryki Łacińskiej (Kuba, Nikaragua, Argentyna, Brazylia), których stosunki z USA są nie najlepsze. Wystarczy wspomnieć, że według wielu źródeł prezydent Argentyny p. Kirchner zajmuje czołowe miejsce na tajnej liście Departamentu Stanu obejmującej polityków szczególnie niebezpiecznych dla interesów USA.

A co na to Polska? Możemy tylko obserwować sytuację i od czasu do czasu wyrażać poparcie dla przedsięwzięć naszych największych sojuszników. Jest to przysłowiowe podzwonne dla naszej polityki wschodniej na wiele najbliższych lat.   

12.07.2014 r.

Fot. vedomosti.ru

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze