Konstanty Chodkowski: Między Wschodem a Zachodem. I kto ma (mógłby) mieć rację?

World_around_1900Konstanty Chodkowski

Znalazłem w Internecie intrygujący tekst. Według źródła, jest to artykuł zamieszczony w wydaniu "New York Times" dnia 19 marca 2014 roku. Niestety, nie odnalazłem jego oryginalnej wersji, a jedynie rosyjski przekład, stąd zamieszczona poniżej wersja jest efektem mojego tłumaczenia z języka rosyjskiego (do czego doszło, że o amerykańskich artykułach dowiaduję się z rosyjskich źródeł).

Artykuł napisany jest dość niskim językiem i nie zawiera w sobie jakiejś wielkiej, olśniewającej i wnikliwej tezy, jednak prezentuje pewien rzadko spotykany punkt widzenia. O ile dyskusja w Polsce i świecie zachodnim skupia się głównie raczej na ocenie postępowania Rosji, tak tutaj dokonano próby oceny naszej (zachodniej, euroatlantyckiej) filozofii działania. Przeczytajcie sami.

"New York Times", artykuł od redakcji, 19 marca 2014 r.

„Nigdy nie wojujcie z Rosją, bowiem stawiacie waszą wyrafinowaną inteligencję naprzeciw jej nieprzewidywalnej głupocie”. – Otto von Bismarck

Kiedy w 1991 roku upadł Związek Radziecki, cały postępowy świat był przekonany, że to „Zachodni Świat” wygrał Zimną Wojnę, trwającą od 1946 roku. Tak, pamiętam euforię tamtego zwycięstwa! Oto zwyciężyły zachodnie wartości! Nic więcej nie przeszkadzało chwalebnemu pochodowi demokracji po Ziemi! Nie będzie więcej wojen, bo i nie będzie przyczyn, dla których miałyby wybuchać.

Tak wtedy sądziliśmy, bo mieliśmy wszelkie podstawy tak sądzić.

ZSRR rozpadł się na 15 republik, do dziś leżących w ruinach. Z lekkim sumieniem odpuszczaliśmy ich dalszy rozwój. Tylko od czasu do czasu spoglądaliśmy na wschód, wspierając „kolorowe rewolucje”, zdobywając się na niewielkie wysiłki, by wyciągnąć przegranych z chaosu i pomóc im uniknąć losu Trzeciego Świata.

Nie zauważyliśmy, że Rosja wcale nie przegrała Zimnej Wojny. To oni ją zakończyli, słusznie zauważając, iż system radziecki nie jest w stanie rywalizować dalej w nowych realiach. Rosja postanowiła postawić na głęboką modernizację. W języku wojskowości powiedzielibyśmy, że Rosja wycofała się, aby przeprowadzić strategiczne przegrupowanie sił i środków. Jakże krótka jest nasza pamięć historyczna! Przecież Rosja robiła tak od zawsze, kiedy stawała przed trudnym przeciwnikiem. Nawet genialny Napoleon, zajmując Moskwię w 1812 roku był święcie przekonany, że zwyciężył. Hitler, znajdując się 30 km od Moskwy podczas śnieżnej zimy 1941 roku nie miał wątpliwości, że bieg wojny jest już przesądzony. Czym to się skończyło – wszyscy dobrze wiemy…

Co więc zaszło?

Rosja udając, że oddała nam zwycięstwo, dała nam czas abyśmy zdjęli maski, abyśmy pokazali nasze prawdziwe oblicze. Jakby gorzko to nie brzmiało – tak właśnie jest. Bombardowaliśmy wszystkich, którzy choć trochę się z nami nie zgadzali. Pluliśmy na prawo międzynarodowe zniżając się nawet do kłamstw i bezczelnych oszczerstw rzucanych na zebraniach Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dzieliliśmy mapę świata według swojego uznania, odepchnęliśmy od siebie europejskich sojuszników, sami wywołaliśmy kryzys spowijający do dziś światową gospodarkę. Stąpaliśmy po świecie jak słoń w składzie porcelany…

Nastąpił 2014 rok.

Rosja lekką ręką zagarnęła Krym, tak po prostu. A my nic nie możemy z tym zrobić. Nic a nic. Trzy filary naszej światowej dominacji – międzynarodowy autorytet, zasoby finansowe i armia – wszystko to sami unicestwiliśmy. Co więcej, nieoczekiwanie to Rosja stała się sprawiedliwą podporą prawa międzynarodowego, w tym i prawa narodów do samostanowienia.

I teraz sam smutno spoglądam za okno, gdzie odbywa się referendum za secesją Teksasu. I sam powinienem powiedzieć – sami sobie zgotowaliśmy ten los…

I tak oto – nie było żadnej Zimnej Wojny między krajami (blokami) – była rywalizacja o przyszłość, a dokładnie, o filary, na których ta przyszłość będzie oparta.

Dziś jesteśmy w tej przyszłości. Rezultat jest już znany.

Przez pół roku pobytu w Moskwie byłem obserwatorem wielu konferencji, na których jednym z głównym prelegentów był Fiodor Łukjanow, redaktor naczelny prestiżowego czasopisma „Rosja w globalnej polityce”. Za każdym razem głosił on tezę o końcu czasów, w którym tylko jedna strona ma monopol na rację, w którym dowolne przedsięwzięcie Zachodu należy uznać a priori za słuszne tylko dlatego, że Zachód oznacza „demokrację” a wszystko inne jest złe. Dziś ta teza zaczyna powoli trafiać do nas, do Europy i Ameryki, a my, jako Polacy, powinniśmy wyciągnąć z niej daleko idące wnioski, przemyśleć ponownie nasze miejsce w świecie i na tym oprzeć konstrukcję naszej polityki.

Polska bowiem, znajduje się w tej komfortowej sytuacji, iż w rachunku sumienia za ostatnie dwadzieścia lat nie znajdujemy w sobie tak wiele grzechów, ile moglibyśmy wytknąć Francji, Wielkiej Brytanii czy Stanom Zjednoczonym. Właściwie jedyne popełnione błędy zawdzięczamy polityce bezmyślnego bandwagoningu za Zachodem. Bezwarunkowe uznanie niepodległości Kosowa (czego byłem i pozostaję ostrym krytykiem), czy wysłanie wojsk do Iraku i Afganistanu popierając ten ruch abstrakcyjnymi argumentami o „sojuszniczych zobowiązaniach” – tego wszystkiego można było uniknąć by dziś móc powiedzieć o sobie, że mamy czyste ręce, nie mamy sobie nic do zarzucenia.

Nasza postawa miała szansę być żywym dowodem na wagę i istotność wartości w polityce zagranicznej, gdybyśmy tylko zawsze zgodnie z nimi postępowali. W dzisiejszej sytuacji widzimy bowiem, iż problemem nie jest jednoznaczna porażka idei demokracji czy praw człowieka, tylko praktyki ich instrumentalnego stosowania. My zaś, znajdujemy się w na tyle komfortowym położeniu geopolitycznym, iż moglibyśmy z powodzeniem forsować nasz „styl bycia” bez konieczności z jednej strony bezmyślnego podążania za zachodem a z drugiej bez groźby mieszania się w (z reguły) niejednoznaczne interesy z Rosją. Jak?

Remedium na nasze problemy zdają się być nasi najbliżsi sąsiedzi z Europy Centralnej. Budowa silnego, strategicznego środkowoeuropejskiego sojuszu opartego o wspólne projekty gospodarcze oraz ideę solidarności międzynarodowej zapobiegła by dzisiejszemu osamotnieniu Polski w sprawie Ukrainy. Dzięki temu uniknęlibyśmy też przykrej konieczności „przytulania się” do NATO w sytuacji bezpośredniego zagrożenia militarnego, znieślibyśmy ciężar żenującej obawy o aktualność „sojuszniczych zobowiązań” po drugiej stronie. Co najważniejsze – zdjęlibyśmy z siebie odium „pachołka zachodu” zyskując tym samym potężny moralny argument w dyskusji ze wschodem.

Powyższymi akapitami chciałbym przekonać Was, drodzy czytelnicy, iż warto budować siłę w oparciu o poszukiwanie własnej politycznej tożsamości. Artykuł z "New York Times" istotnie obnaża smutną stronę moralnej i materialnej spuścizny po epoce dominacji Zachodu. Na pozostaje pytanie – jak wyskoczyć z tonącego statku nie skazując się przy okazji na śmierć przez utonięcie w falach oceanu.

Myśl tę będę stopniowo rozwijał w swoich kolejnych artykułach.

 

Źródło do artykułu z "New York Times": http://www.e-news.in.ua/politics/4681-russkie-opyat-vseh-obmanuli.html

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze