Andrzej PIskozub: „Germanofil” znaczy: „człowiek przyjazny Niemcom”

prof. dr hab. Andrzej Piskozub

Tytuł tego eseju ma inspirować myślącego czytelnika do uświadomienia sobie i przemyślenia powszechnej w społeczeństwie polskim niekonsekwencji. W społeczeństwie tym, jeśli ktoś siebie przestawia jako frankofila, anglofila, czy też jakiegokolwiek innego “fila”, w odniesieniu do partnerskich narodów, z jakimi jesteśmy związani unijną wspólnotą europejską, to deklaracja taka traktowana jest ze zrozumieniem, a co najwyżej z uśmiechem pobłażania dla podobnego hobby. Z jednym wszelako znamiennym wyjątkiem: jeśli ktoś ma odwagę powiedzieć o sobie “Jestem germanofilem”, automatycznie ryzykuje narażenie się na ostracyzm towarzyski, jako parszywa owca, skazana na pogardę ze strony  Prawdziwych Polaków”. Ktoś inny w takim środowisku, za byle nieostrożną, pozytywną opinię o Niemcach, czy o Niemczech, usłyszeć może epitet: germanofil. Bo wyraz ten w tym kraju nie stanowi analogii do frankofila, anglofila, itd.: on jest tu wyzwiskiem, mającym upokorzyć i zdyskredytować adwersarza. Co więcej adwersarz taki rzadko kiedy odpowie:  “Tak, jestem germanofilem”;  z reguły zareaguje on świętym oburzeniem i pobiegnie do prokuratora albo sądu, żądając publicznych przeprosin za podobne ohydne znieważenie jego osoby.

Kiedy narodziła się taka jednostronna, zawzięcie antyniemiecka postawa? “Prawdziwy Polak” odpowie na to, że istniała od zawsze, o czym świadczy przysłowie: “Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. A kiedy się to zmieni? Kolejna odpowiedź: Nigdy – patrz wspomniane przysłowie.
 
Otóż jest to nieprawda. Wszelkie patologie społeczne są zjawiskami historycznymi: można wyśledzić ich początek i racjonalnie prognozować czas ich wygasania. W społeczeństwie polskim owa antyniemiecka fobia wybuchła i przerosła w groźną epidemię dopiero u schyłku XIX wieku, kiedy dotarł tu nowotwór nacjonalizmu, zrodzony wiek wcześniej w rewolucyjnej Francji i od tamtego czasu, na podobieństwo komórek rakowych, rozlewający się coraz to dalej ku wschodowi Europy. To właśnie ów nowotwór zrodził plemię “Prawdziwych Polaków” ze wszystkimi jego zwyrodnieniami. Do tego czasu było to społeczeństwo “Starych Polaków”, opłakujących swą wieloetniczną i wielowyznaniową ojczyznę, którą była, zniszczona przez rozbiory, Rzeczpospolita Obojga Narodów. Oczekiwało ono jej odrodzenia zawsze i jedynie w granicach z 1771 roku, czyli przedrozbiorowych, kiedy w poszczególnych tego państwa regionach, współżyły zgodnie, ze sobą przemieszane, różne grupy etniczne, w tym także Niemcy, dominujący liczebnie w nadbałtyckich regionach Rzeczypospolitej.

Celem nacjonalistów było stworzenie “Polski dla Polaków”. Stanisław Mackiewicz-Cat, z pokolenia “Starych Polaków”, przeciwstawiał się tej koncepcji, powtarzając słowa jednego z jego kresowych pobratymców, które on skierowywał pod adresem zwolenników Polski etnograficznej, nazywając ich pomniejszycielami ojczyzny[1]. Gwoli ścisłości, celem nacjonalistów było coś więcej, niż Polska etnograficzna. Jej pierwowzorem było napoleońskie Księstwo Warszawskie, z granicą wschodnią na Bugu i na Niemnie; spodziewano się jego dalszego rozrostu na południu, aż po San; wtedy istotnie tworzenie Polski etnograficznej zostałoby dokończone. Nacjonalistyczna “Polska dla Polaków” miała sięgać dalej na wschód, obejmując Lwów i Wilno oraz tyle tylko ziem kresowych o mieszanej etnicznie ludności, aby nie groziło to, że Polaków byłoby w tym państwie mniej od “mniejszości narodowych”, razem wziętych. Taką była logika polsko-sowieckiego traktatu ryskiego z 1921 roku: “Polska otrzymała tyle Ukraińców i Białorusinów ile mogła ich strawić – oto było zwycięstwo programu Dmowskiego i Grabskiego”[2]. Następstwem takiego pomniejszenia ojczyzny było pozostawienie w Sowietach wielkich grup osiadłej tam ludności polskiej, co dopiero obecnie zostało surowo napiętnowane: “Odkąd w traktacie ryskim Polska opuściła włościaństwo polskie na Ukrainie, w żaden sposób nie zabezpieczając jego narodowych interesów, znikli oni ze świadomości narodu. II Rzeczpospolita <godnie> poprzedzała PRL w swej obojętności na los sowieckich Polaków po zakończeniu <repatriacji> lat dwudziestych”[3]. Dokładnie to samo można powiedzieć o Polakach porzuconych na sowieckiej Białorusi. Wielu innych pozostało na Żmudzi w granicach niepodległej Litwy i w Letgalii, stanowiącej przedrozbiorowe województwo inflanckie, w południowo-wschodniej części niepodległej Łotwy.

U schyłku pierwszej wojny światowej we wszystkich tych narodach dokonał się wielki przewrót; zapomniano o przedrozbiorowej ich wspólnocie, o granicach z 1771 roku i rozpoczęło się rozszarpywanie jej ziem pomiędzy pięć państw narodowych, istniejących na tym obszarze współcześnie. Z punktu widzenia nie tylko “Starych Polaków” ale i podobnie myślących przedstawicieli pozostałych grup etnicznych z obszaru przedrozbiorowego państwa, dokonała się wtedy zbiorowa zdrada przedrozbiorowej ojczyzny, której ofiarą padli przede wszystkim ci wszyscy, którym nie dane było znaleźć się w granicach własnego państwa narodowego. Niegdyś we wspólnym państwie równi z równymi, teraz z dnia na dzień stawali się mniejszościami narodowymi na ziemi, na której ich przodkowie od wieków zamieszkiwali. Określenie to pejoratywnie dzieliło potomków dawnej wspólnej ojczyzny na “swoich” oraz na niepożądanych w państwie narodowym “obcych”.
 
Na tym tle oczywiście bezzasadnym i nieuprawnionym było nazywanie międzywojennego państwa polskiego Drugą Rzeczpospolitą.  Do autorstwa tej nazwy pretendowało kilku ówczesnych publicystów; z czasem upowszechniła się i używa się jej niestety nadal. Międzywojenna Rzeczpospolita Polska była państwem narodowym, gatunkowo zupełnie odmiennym od wieloetnicznej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. O jakiekolwiek po niej sukcesji nie może zatem być mowy, tym bardziej, że byłoby to zawłaszczanie tego wieloetnicznego dziedzictwa przez jeden tylko naród; identycznie jak ma to miejsce w bezmyślnie upowszechnionym określeniu rozbiory Polski, zamiast rozbiory Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Nacjonalizm polski, akceptując samoograniczanie polskiego stanu posiadania na wschodzie, rekompensował to roszczeniami terytorialnymi na zachodnim pograniczu ziem polskich; Roman Dmowski program taki uzasadniał słowami: więcej warta jedna gmina na zachodzie, od jednego powiatu na wschodzie. Sprowadzało to nacjonalizm polski na pozycje skrajnie antyniemieckie (czy antypruskie, co wychodziło tu na jedno). Wiek XX, zapoczątkowany w tym duchu wydaniem książkowym Krzyżaków Henryka Sienkiewicza, nagromadził niezliczoną ilość tekstów propagandowych i pseudonaukowych, które przedstawiały dzieje stosunków polsko- niemieckich w postaci daleko odbiegającej od prawdy historycznej. Endecką publicystykę z tego zakresu wykorzystywała i pomnażała po 1945 roku propaganda komunistyczna w procesie, jaki w jednym z moich esejów nazwałem syndromem endekomuny[4]. Przed 1989 rokiem odkłamywać ją można było tylko w zachodnich publikacjach emigracyjnych. W ciągu minionych ostatnich dwudziestu lat wiele w tej sprawie poczyniono w kraju integrującym się z Unią Europejską, ale wcześniejsze wychowanie kilku polskich pokoleń edukacją prowadzoną w duchu tej antyniemieckiej propagandy, pozostawiło trwałe ślady, po dziś dzień dające o sobie znać.

Ze “Starych Polaków” z polskim nacjonalizmem, od zarania jego pojawienia się, walczył piórem Władysław Studnicki, tłumacząc, że gdy 80 procent terytorium dawnej Rzeczypospolitej należy do zaboru rosyjskiego, poddawanego brutalnej rusyfikacji, dawanie priorytetu w polityce polskiej hasłom i programom antyniemieckim, służy świadomie, czy nieświadomie, odwracaniu uwagi od postępowania głównego zaborcy. Zaborca ten chciał skłonić Polaków do udziału w ruchu panslawistycznym, dążącym do tego, aby wszystkie słowiańskie strumienie znalazły swe ujście w rosyjskim morzu. Zgubne skutki tej, w założeniu rasistowskiej, ideologii przedstawił Studnicki w 1903 roku, w artykule Naród się zgubił (o tytule przejętym z Wyzwolenia St. Wyspiańskiego): “Inni nasi politycy bez busoli narodowej czepiają się pokrewieństwa lingwistycznego jako kryterium polityki. Są oni Słowianami – może dlatego, że jedni z nich jeszcze nie stali się Polakami, inni już być nimi przestali. Nasi Słowianie majaczą nieraz o walce świata germańskiego ze słowiańskim. <W walce między zachodnią i wschodnią cywilizacją, która się toczy po cichu, a kiedyś wybuchnie jawnie, jeżeli nie chcemy wyprzeć się i zgubić siebie samych, musimy trzymać z Zachodem, a nie ze Wschodem> – pisał St. hr. Tarnowski w swym dziele: <Z doświadczeń i rozmyślań>. Słowa te niech wezmą pod rozwagę nasi słowianofile.[5]
 
Kiedy zabiegi te wobec społeczeństwa polskiego zakończyły się kompletnym fiaskiem, zmodyfikowano tę carską propagandę motywem wspólnej słowiańskiej walki z odwiecznym zalewem germańskim, który, w zbieżności z podobną propagandą nacjonalistów polskich, bałamucił umysły polskich poddanych w carskim imperium. Wtedy to, w 1907 roku, Władysław Studnicki opublikował artykuł Chorzy na Prusaków, który i obecnie, po upływie wieku, nie stracił swej aktualności. Pisał w nim: “Nasz skołatany organizm narodowy przeżywa różne cierpienia. Od paru lat jesteśmy chorzy na Prusaków. Ta choroba psychiczna jest wynikiem hipnozy, uprawianej przez szereg szarlatanów politycznych, oraz realnych objawów w zaborze pruskim, które dzięki szarlatanerii publicystyki usunęły ze świadomości naszej wszelką inną dolegliwość narodowego organizmu. Chorzy na Prusaków są ubezwładnieni,do żadnego czynu politycznego niezdolni, majaczy się im zawsze: Prusacy idą. Chorzy na Prusaków każdy objaw polityczny wstręt w nich budzący, przypisują Prusom. Dodajmy, że choroba ta czepia się słabej lub osłabionej inteligencji[6].
 
Europa dojrzewała już do Wielkiej Wojny, gdy Studnicki opublikował w 1910 roku w Poznaniu najobszerniejszą ze swych licznych książek – Sprawę polską. Wyliczył w niej 15 wojen, jakie przedrozbiorowe państwo toczyło z caratem, a po nich trzy powstania ogólnonarodowe, także przeciwko carskiej Rosji skierowane, dla wykazania, że w nadchodzącej wojnie potrzebny będzie zbrojny udział Polaków w walce z tym głównym zaborcą ziem Rzeczypospolitej. Stawiał na przyjaźń i współpracę polsko-niemiecką, jako na drogę do odzyskania niepodległości. Jego aktywne podczas pierwszej wojny światowej zaangażowanie w ten program polityczny sprawiło, że po Wielkim Dniu, 5 listopada 1916 roku, kiedy wspólnym aktem cesarzy obu mocarstw centralnych postanowiono odbudowę niepodległej Polski, wicekanclerz niemiecki Erzberger w swych pamiętnikach nazwał Władysława Studnickiego “ojcem aktu piątego listopada[7]”. Studnicki swej postawie rzecznika przyjaźni polsko-niemieckiej pozostał wierny aż do zgonu w 1953 roku – zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i pod okupacją niemiecką podczas drugiej wojny światowej oraz po tej wojnie na emigracji w Londynie. Tę swoją idee fixe uzasadnił w Wyznaniu germanofila polskiego, opublikowanym w 1932 roku w “Wiadomościach Literackich” w ten sposób: “Mówię z podniesionym czołem: <Jestem germanofilem polskim>. Czy znajdzie się polityk, który będąc moskalofilem, powie to o sobie? Moskalofilstwo bowiem to przystosowanie się do niewoli, do jarzma rosyjskiego; germanofilstwo natomiast u Polaka, pochodzącego z zaboru rosyjskiego, który obejmował 80% naszego terytorium historycznego, było dążnością do wyzwolenia politycznego Polski, do bytu samodzielnego. Kto realnie ujmował sprawę polską ten zrozumiał, że tylko opancerzona pięść niemiecka zdolna była do rozbicia Rosji, do oderwania od niej tak olbrzymich połaci kraju polskiego, że o wcieleniu, o asymilacji nie mogło być mowy, że więc musiała nastąpić prawno-państwowa odrębność Polski.[8]
 
Władysław Studnicki, jako rzecznik przyjaźni polsko-niemieckiej, zajmował w swojej epoce niekwestionowane miejsce czołowe w społeczeństwie polskim. W porozbiorowych pokoleniach “Starych Polaków” nie był on w tym odosobniony. Wystarczy sięgnąć do ich tekstów, by się przekonać, jak daleko w przeszłość dziejową sięgają tradycje przyjaznych stosunków polsko- niemieckich. Kustosz muzeum raperswilskiego, historyk Franciszek Henryk Duchiński (1816-1893), wcześniej już demaskował brednie panslawistów o odwiecznej wrogości i walce między Słowianami a Germanami: “Tu okazujemy, że taka nienawiść narodu naszego ku Niemcom, jaka się okazała od roku 1848, jest rzeczą nową, sztuczną, jest wyrobem panslawistów, Moskali; że, jeżeli biliśmy się z Niemcami na Psim Polu za Bolesława Krzywoustego, to odtąd aż do 1848 roku byliśmy w harmonii z Niemcami, o tyle, o ile dwa sąsiedzkie obce sobie z pochodzenia ludy mogą być w harmonii… Inaczej uczą Moskale i ich szkoły, ale prawda jest prawdą. Tenże sam Bolesław Krzywousty połączony z Niemcami bił Pomorzanów”[9]. Dlaczego? Gdyż nad pokrewieństwem etnicznym górę bierze wspólnota cywilizacyjna. W jej to imię w XII wieku Krzywousty, zbrojnie chrystianizował pogańskich Pomorzan, a saski Henryk Lew, pogańskich Obotrytów w Meklemburgii: “Niesłuszna też skarga niektórych pisarzy polskich na to, że Polacy walczyli razem z Niemcami przeciw owym Lechitom. Pokrewieństwo bywa dwojakie: ze krwi i ducha; ta prawda wielka już na te czasy i dziś jeszcze nie mniej potrzebna, bo wszakże i dziś głoszą nam niektórzy w imię krwi połączenie z barbarzyńcami. Chcąc ocenić stosunki Polski ówczesnej do Niemców, pamiętajmy, że łączyła nas z nimi jedność cywilizacji, z pogańskim zaś Pomorzem łączyły tylko węzły krwi, bez pokrewieństwa ducha.[10]W obronie tej wspólnej cywilizacji, walczyli później ramię w ramię Niemcy i Polacy, przeciwko Mongołom pod Legnicą w 1241 roku i przeciwko Turkom pod Wiedniem w 1683 roku.

Święte Rzymskie Cesarstwo aż do upadku cesarskiej dynastii Sztaufów w 1254 roku było w cywilizacji zachodniej instytucją uniwersalną; cesarz czuł się uprawniony do występowania w roli arbitra w sytuacjach konfliktowych. W sprawach polskich miało to miejsce czterokrotnie: gdy Otton II zgromił zaodrzańskich margrabiów za ich samowolną napaść na chrześcijańskie państwo Mieszka I w 972 roku; gdy Konrad II interweniował na rzecz Kazimierza Odnowiciela, nakazując Czechom zwrot Śląska, zagarniętego przez najazd Brzetysława; gdy Henryk V interweniował zbrojnie na rzecz Zbigniewa, w braterskim konflikcie pozbawionym jego dzielnicy przez Krzywoustego; gdy Fryderyk Barbarossa podobnie interweniował na rzecz Władysława Wygnańca, pozbawionego praw seniora i jego śląskiej dzielnicy przez pozostałych synów Krzywoustego.

Tych cesarskich interwencji w żadnym razie nie wolno nazywać wojnami polsko- niemieckimi. Taką wojnę z “całą potęgą niemiecką” w dziejach przedrozbiorowych stoczono tylko jeden raz, za Bolesława Chrobrego, który zresztą ją wywołał. Przypomnijmy jak surowo imperialne podboje tego władcy oceniał Adam Mickiewicz, w wykładach prowadzonych w College de France: “Obdarzony wielkimi zdolnościami i siłami, często ich po ludzku źle użył, prawie zawsze po pogańsku nadużył. We wszystkich jego układach z cesarzem dobra wiara jest po stronie Henryka; król zawsze podchodzi i oszukuje. Zdrada merseburska, wyrzucana cesarzowi, nie zgadza się ze znanym szlachetnym charakterem tego monarchy. Puścił on wolno Mieczysława, którego miał w ręku, nie otaczał króla szpiegami, nie buntował złotem przeciw niemu sług i krewnych. Król polski okrutnie postąpił z Bolesławem czeskim, haniebnie z Ulderykiem. Na koniec przyćmił sławę ostatniej wyprawy wojennej gwałtem dopełnionym na niewiastach i zniszczeniem bezbronnego Kijowa, do czego nie miał innych powodów, oprócz chęci zemsty lub zysku.[11] Na drugą i ostatnią wojnę “z całą potęgą niemiecką” przyszło czekać aż do XX wieku: wybuchła ona w 1939 roku a rozpoczął ją Adolf Hitler. W obu przypadkach imperialne podboje nie wyszły ich inicjatorom na dobre: Bolesław Chrobry wprawdzie ukończył je zwycięskim pokojem, ale po jego śmierci koalicja poszkodowanych terytorialnie sąsiadów, odebrała je wszystkie, co do jednego; Adolf Hitler najpierw podbił prawie całą kontynentalną Europę, ale ostatecznie wojna zakończyła się jego całkowitą klęską, a jej inicjator odebrał sobie życie.

“Nacjonalistyczna teoria dziejów” do stosunków polsko-niemieckich zaliczyła także konflikty Polski z krzyżackim Państwem Zakonnym. A jak to wykazał historyk Szymon Askenazy, była to w rzeczywistości “historia z zupełnie innej bajki”: “Była potem jedna, najwyłączniejsza, na śmierć i życie, walka z Zakonem. To znaczy atoli,nie tyle walka z samą niemczyzną, jako taką, ile z jedną potężną instytucją, która, jakkolwiek zrodzona u źródeł rzymsko-germańskiego imperium, przedstawiała się przede wszystkim, jako zamknięte przedsiębiorstwo kosmopolityczne, jako rodzaj zbrojnych jezuitów we wschodnio-europejskim Paragwaju, która zarówno wydawała na rzeź słowiańskie wsie, jak i niemiecki Gdańsk, zarówno ciemiężyła i wysysała podbitych osadników niemieckich, jak tępionych tuziemców słowiańskich, i która też, podcięta polsko-litewskim orężem została ostatecznie złamana i zwalona przy dzielnej pomocy samychże duszonych przez nią Niemców, oddających się pod opiekę polsko-litewskiego państwa.[12]
 
Z kim tu polemika? Ano z Sienkiewiczem, którego “Krzyżacy” dwa lata wcześniej ukazali się w wydaniu książkowym, a w nich taki oto komentarz do bitwy pod Grunwaldem: “I nie tylko przeniewierczy Zakon krzyżacki leżał oto pokotem u stóp króla, ale cała potęga niemiecka zalewająca dotychcas jak fala nieszczęsne krainy słowiańskie rozbiła się w tym dniu odkupienia o piersi polskie.[13]” Pisał tę książkę człowiek wykształcony, który musiał zdawać sobie sprawę z tego, że owa “cała potęga niemiecka” na polu bitwy grunwaldzkiej, to wierutne kłamstwo. Krzyżacy byli brutalni jedynie wobec tych, którzy się im przeciwstawiali: podbijanych pogańskich Prusów, atakowanych pogańskich Litwinów, miast i wsi Królestwa Polskiego, podczas wyniszczających wojen, toczonych za Łokietka i Jagiełły. To byli wrogowie zewnętrzni. A kim byli wrogowie wewnętrzni Państwa Zakonnego? Ani pomorska ludność kaszubska, zajęta bez reszty swą pracą powszednią, niezależnie od zmieniających się władców ich kraju; ani rolnicza ludność Mazowsza, przenosząca się do wyludnionej Galindii, za czasów Państwa Zakonnego przekształcając ją w polskojęzyczne Mazury.

Wrogami wewnętrznymi Krzyżaków byli niemieccy osadnicy, najbogatsza i najlepiej wykształcona część ludności Państwa Zakonnego, przenosząca władzę świecką nad teokratyczną władzę krzyżacką. Na Pomorzu Gdańskim wolała ona Brandenburczyków od Krzyżaków, przez tych ostatnich ukarana za to osławioną “rzezią gdańską” (w legendzie liczoną na 10 tysięcy ofiar, przez współczesnych historyków zredukowana do kilkudziesięciu osób, głównie spośród Niemców gdańskich; trzy lata później stłumienie przez Łokietka buntu wójta Alberta, pochłonęło wielką liczbę ofiar spośród Niemców krakowskich, z analogicznej jak w Gdańsku przyczyny: ten akurat władca im nie odpowiadał). Gdy Brandenburgia przestała się liczyć jako potęga, niemiecka ludność Państwa Zakonnego zaczęła się skłaniać ku Królestwu Polskiemu. Po bitwie grunwaldzkiej Gdańsk złożył hołd Jagielle, za co niemiecki burmistrz Leczkow i grupa niemieckich rajców została ścięta przez Krzyżaków w Malborku. W końcu, w 1454 roku, niemiecka ludność Państwa Zakonnego zorganizowana w konspiracyjnym Związku Jaszczurczym, wypowiedziała posłuszeństwo Krzyżakom i oddała się pod opiekę króla polskiego. Franciszek Duchiński skwitował to retorycznym pytaniem: “Czyż to nie Niemcy z Chełmna, z Torunia, z Gdańska i z innych miast pruskich królewskich walczyli przeciwko Krzyżakom? Nie oniż to powołali ojce nasze, abyśmy ich wybawili od Krzyżaków? Oni to prezentowali się jako Niemcy, a Krzyżaków oskarżali jako wrogów ludu niemieckiego.[14]” W Królestwie Polskim, później w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, etnicznie pozostając Niemcami, prawnie czuli się Polakami, jako poddani króla polskiego.“Wiedz Pan, iżem Polak”, pisał po niemiecku Daniel Chodowiecki do swego niemieckiego przyjaciela. Wielu z nich z czasem polonizowało się, nie tylko w Prusach, lecz i w Inflantach, gdzie przypominał o nich Zygmunt Gloger: “Część szlachty w Inflantach polskich pochodzi z rodów niemieckiego rycerstwa Mieczowców, jak: Borch, Plater, Hilzen, Zyberk, Weissenhof, Tyzenhaus, Grotus, Mohl, Denhof, Rejtan, Manteuffel i inni.[15]
 
W uzupełnieniu do powyższego, należy jeszcze skomentować dwa nacjonalistyczne mity. Pierwszy to mit Drang nach Osten, jako zorganizowanego, złowrogiego naporu niemieckiego, wypierającego Słowian z ich siedzib, rzekomo od tysiącleci w nich osiadłych. Drang nach Osten miał miejsce, lecz w postaci zupełnie odmiennej od tego mitu. Kraje Młodszej Europy[16], organizującesię później od zachodniej części kontynentu i o rzadszym od tamtych zaludnieniu, widziały w napływie osadników przyspieszenie własnego awansu cywilizacyjnego. Z kolei osadników ściągała tam perspektywa poprawy warunków bytowych. Obie strony były zatem z tej kolonizacji wewnętrznej zadowolone. Temu spontanicznemu i pokojowemu Drang nach Osten towarzyszyła pieśń, zapisana w średniowiecznej niemczyźnie, objaśniająca motywy tej migracji[17]:

Naer Ostland willen we riden,

Naer Ostland willen wy mee,

Al over de groene Heiden,

Frisch over de Heiden,

Daer isser en bettere Stee.

 

Ku Krainie Wschodu chcemy jechać,

Ku Krainie Wschodu chcemy bardziej,

Wszyscy przez zielone pustkowie,,

Żwawo przez pustkowie,

Tam będzie lepszy pobyt.

 
Słowianie i inni przybysze do Młodszej Europy w kończących epokę antyczną wędrówkach ludów, unikali pasm górskich. Pozostawały one bezludne aż do późnego średniowiecza, kiedy te potencjalnie bogate w surowce obszary, ogarnęła kolonizacja wewnętrzna. W jej następstwie niemiecki Drang nach Osten zaludnił Sudety, Tatry, Spisz, aż na linii Popradu zderzył się z de nomine wołoskim, a de facto rusińskim Drang nach Westen. Jak widać migracje ówczesne były wielokierunkowe, jak czego innym przykładem mazowiecki Drang nach Norden, zaludniający Mazury.

Napływ obcych osadników prowokował nieraz miejscowych do różnych w stosunku do nich złośliwości. “Kronika czeska”, z początku XIV wieku, opisuje tego rodzaju wydarzenie z 1300 roku: “Podczas gnieźnieńskiej koronacji Wacława II kazanie wygłosił po łacinie przybyły w królewskiej świcie Jan, biskup tyrolskiego biskupstwa w Brixen. Król zapytał grzecznościowo siedzącego obok arcybiskupa Jakuba Świnkę, jak ocenia kaznodzieję. <Dobrze by mówił – odparł metropolita – gdyby nie był Niemcem i psią mordą>. Psy, jak pamiętamy, to obiegowe wtedy wśród Polaków określenie Niemców. Nie spodobały się te słowa królowi, <kto bowiem – jak stwierdza czeski kronikarz – mówi takie rzeczy, pokazuje, że ma język gorszy od psa; psi język daje wszak zdrowie, a język takiego człowieka wylewa zabójczy jad złorzeczeń.>[18]” Najciekawsza jest tutaj prezentacja tego incydentu w dobie rozpasanego polskiego nacjonalizmu: “Charakterystyczne, że polscy historycy cytowali chętnie tylko słowa polskiego arcybiskupa, mające świadczyć chlubnie o jego patriotycznym nastawieniu, a pomijali na ogół kronikarski komentarz, pokazujący, że już ludzie średniowiecza odnosili się nieufnie do takiego zacietrzewienia.[19]
 
Mit dynastii piastowskiej wyprowadzał jej początki z czasów dużo wcześniejszych od wystąpienia Polski na widownię dziejową, przedstawiał ją jako rdzenny, plemienny symbol tożsamości polskiej, doprowadzający do tego, że przy wyborze elekcyjnych królów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, szlachta zniechęcona do przedstawicieli obcych dynastii, zaczęła domagać się elekcji “Piasta”, czyli kogoś z własnego państwa. Tak było przy elekcjach Michała Korybuta Wiśniowieckiego w roku 1669 i Jana Sobieskiego w roku 1674, kiedy zagranicą, na Śląsku, żył jeszcze Fryderyk Wilhelm, ostatni autentyczny przedstawiciel dynastii piastowskiej, od wieków tam zniemczonej, i od czasów Łokietka z własnego wyboru powiązanej z czeską Koroną św. Wacława, zamiast z Królestwem Polskim.

Współczesna historiografia polska odrzuca istnienie Piasta i jego trzech następców jako legendę dynastyczną Piastów, wymyśloną w XII wieku przez kronikarza Galla Anonima; stwierdza, że Mieszko jest pierwszym poświadczonym przedstawicielem dynastii Piastów i że od niego wywodzi się ród Mieszka, zwany później Piastami[20]. Testamentem Krzywoustego księstwo polskie zostało podzielone pomiędzy jego czterech synów; w kolejnych pokoleniach do tych czterech głównych linii dynastycznych, dochodziły kolejne, lokalne, jak linia kujawska, która świetną, choć krótkotrwałą karierę, zawdzięcza Władysławowi Łokietkowi. Kiedy w krótkim odstępie czasu wygasły linia małopolska w 1279 i linia wielkopolska w 1296 roku, ubiegający się o tron polski Łokietek opanował obie te dzielnice i w 1320 roku został w Krakowie koronowany królem Polski. Obie trwające nadal, rozrośnięte linie dynastyczne Piastów – duża mazowiecka i znacznie od niej liczniejsza śląska – zdystansowały się od tego “króla krakowskiego”, wybierając zależność lenną od korony czeskiej. Kazimierz Wielki, następca Łokietka, wynegocjował kompromis: wzamian za zgodę na pozostawienie Śląska przy Czechach, otrzymał Mazowsze jako lenno Królestwa Polskiego. Ród Piastów odrzekł się wtedy obu ostatnich przedstawicieli linii kujawskiej, która wygasła ze zgonem Kazimierza Wielkiego w 1370 roku; linia mazowiecka przeżyła ją o ponad półtora wieku (do 1526 r.), linia śląska o ponad trzy wieki (do 1674 r.), ale obie miały już na zawsze zamkniętą drogę do ubiegania się o tron polski. Drogi dziejowe rodziny rozeszły się: podczas, gdy Łokietek był jedynym z rodu, który walczył z Krzyżakami, piastowscy książęta śląscy wspomagali Krzyżaków i pod Grunwaldem i podczas wojny trzynastoletniej 1454-1466. Mieli przed sobą dalsze wieki swej historii, tyle iż praktycznie przez Polaków nieznanej; można się o tym przekonać, sięgając po pierwsze w naszej historiografii “Dzieje Ślązka” , w końcu XIX wieku napisane przez Feliksa Konecznego[21]. Trafnie też “Biegiem Piastów” nazwano coroczną masową imprezę narciarską, organizowaną po drugiej wojnie światowej w dolnośląskich Sudetach: bo też Śląsk zapisał się w historii jako kraina najdłużej piastowska ze wszystkich, chociaż Piastowie ci kontynuowali swe dzieje już jako dynastia niemieckojęzyczna.

Minął rok 1989, skończył się PRL i w ostatniej dekadzie XX wieku w tekstach na tematy polsko-niemieckie uczciwość intelektualna zaczęła się przebijać przez pokłady jadu i nienawiści. W niemcożerczych w epoce Polski Ludowej periodykach o tym profilu, teraz pojawiać się zaczął   obiektywizm ocen: “Historia w Polsce stanowi medium kolektywnego samozrozumienia i <filtr> do postrzegania i oceny teraźniejszości. Charakterystycznym przykładem jest stosunek do rycerzy krzyżowych, zwanych w Polsce Krzyżakami. Chociaż ich państwo istniało stosunkowo krótko, to żywa legenda o nich istnieje w Polsce do dzisiaj. Rozwinęła się ona szczególnie w okresie zaborów, a jej głównymi architektami byłi – według J. Tazbira – malarze i pisarze (J.I. Kraszewski, J. Matejko, H. Sienkiewicz i kilka pokoleń Kossaków). Mimo że zachodnia granica Polski należała w latach 1525-1772 do najbardziej spokojnych w Europie, a głównymi rywalami były Turcja, Rosja czy Szwecja, to np. w okresie PRL przywiązywano szczególną wagę do zwycięstwa pod Grunwaldem nad Krzyżakami. Charakterystycznym sporem pomiędzy historykami obu narodów stała się m.in. przynależność narodowa Mikołaja Kopernika. Dopiero niedawno spór ten utracił ostrość, gdyż Kopernika traktuje się obecnie bardziej jako <własność> całej Europy, a nie tylko jednego narodu.[22]

Trzeba było samemu zbilansować i spożytkować to wszystko, co się w PRL zbierało i przygotowywało “do szuflady”. W 1964 roku poznałem Konrada Studnickiego-Gizberta, mieszkającego w Kanadzie, skąd przybył z odwiedzinami do Polski. Gdy dowiedziałem się, że jest on synem Władysława Studnickiego, pochwaliłem się znajomością wszystkich publikacji jego ojca, jakie znalazłem w bibliotekach, wyrażając swe ogromne uznanie dla jego osoby, światopoglądu i twórczości. Tak się zaczęła moja z Konradem przyjaźń, trwająca już 45 lat. Dysponował on maszynopisem dotąd nigdzie nie publikowanych wspomnień Władysława Studnickiego z lat drugiej wojny światowej. Dostarczył mi ich kopię, dzięki czemu doprowadziłem do ich prawydania w Gdańsku[23]. Zachęcony tym Konrad, sfinansował czterotomowy wybór Pism Wybranych swegoojcaw Wydawnictwie Adam Marszałek[24]. W ten sposób twórczość tego czołowego szermierza idei przyjaźni polsko-niemieckiej, w PRL wspominanego tylko w celu jego znieważania, udostępniona została generacjom Polaków, dla których inaczej pozostawała by nadal nieznaną.

Korzystając z dostępu do prohibitów Biblioteki PAN w Gdańsku, mogłem na bieżąco zapoznawać się z emigracyjną twórczością Józefa Mackiewicza, młodszego brata Mackiewicza-Cata. Przed wojną obojętny, jeśli nie wręcz sceptyczny w stosunku do Niemiec, pod wpływem wojennych doświadczeń z okupacją sowiecką, przeżył głęboką ewolucję duchową, stając się na emigracji kontynuatorem dzieła Władysława Studnickiego w budowie zrozumienia i przyjaźni pomiędzy Polakami i Niemcami. Pamięci ich obu był poświęcony mój referat na konferencji naukowej zorganizowanej przez politologię Uniwersytetu Gdańskiego[25].

Mieszkając po sąsiedzku z historykiem Bogusławem Drewniakiem, spędzałem z nim wiele czasu na gawędach na temat obu nas pasjonujący: powiązań kulturowych między Polakami i Niemcami. Profesorowi Drewniakowi najbliższymi tu były lata międzywojenne, o których wydał w Niemczech książkę[26], później mającą swe wydania w Polsce. W odwrotnej kolejności ukazywały się jego fundamentalne książki o teatrze i kinematografii Trzeciej Rzeszy, najpierw w języku polskim[27], dopiero po latach na Zachodzie po niemiecku i angielsku, odrębnie o teatrze i o filmie Trzeciej Rzeszy. Mnie w tych rozmowach interesowała epoka porozbiorowa: dlaczego w jej realiach, tyle rodzin niemieckich, osiedlając się między Polakami, polonizowało się, wnosząc olbrzymi wkład w rozwój kultury polskiej, wśród nich Joachim Lelewel [ Lölhöffel ] (1786-1861), Wincenty Pol [ Pohl ] (1807-1872), Władysław Ludwik Anczyc [ Antschütz ] (1823-1883), Karol Estreicher [ Österreicher ] (1827-1908), Aleksander Brückner (1856-1939) ? No a obaj z Bogusławem nie zapominaliśmy o współczesnym nam gdańszczanienie, Günterze Grassie, w twórczości swej żywym łączniku pomiędzy kulturami niemiecką, kaszubską i polską. Napisałem o niej szkic Umbilicus mundi:Gdańsk Güntera Grassa, następniew tłumaczeniu na niemiecki zamieszczony w “Studia Germanica Gedanensia”[28].
 
Moim najgłębszym przekonaniem, przemyślanym i ugruntowanym we mnie na długo przed upadkiem PRL, była potrzeba mocnej przyjaźni między narodami polskim i niemieckim a w jej następstwie ścisłego sojuszu politycznego pomiędzy Polską i Niemcami. Tylko w tym widziałem nadzieję na wydobycie się Polski z dna, w jakie wpadła w wyniku drugiej wojny światowej i jej następstw. Kiedy w 1979 roku poznałem moją obecną żonę, na jej pytanie, jak sobie wyobrażam przyszłość Polski w Europie, odparłem:“W ścisłym sojuszu Niemców, Polaków i Ukraińców. Razem jest nas więcej niż Rosjan i mamy szansę stworzyć siłę, jaka zmusi Rosję do oddania wszystkiego, co zrabowała Europie.” Ona, absolwentka studiów historycznych, żachnęła się na to, mówiąc: “Jest to największy absurd, jaki kiedykolwiek słyszałam”.- “Poczekaj – odpowiedziałem – ten <absurd> może niedługo stać się rzeczywistością”. Po zjednoczeniu Niemiec, upadku PRL, ogłoszeniu niepodległości przez Ukrainę i rozpadzie Sowietów, dokładnie taką samą wizję rozwijał ukraiński historyk, profesor Bohdan Osadczuk, głosząc, że sojuszniczy blok Niemiec, Polski i Ukrainy jest Europie znacznie bardziej potrzebny od lansowanego wówczas “trójkąta weimarskiego”, złożonego z Francji, Niemiec i Polski.

Słowo stawało się ciałem. Kiedy już ta wizja zamieniała się w postulat z obszaru Realpolitik, poproszony przez telewizję gdańską do udziału jej stałym programie politycznym “Gdański Dywanik”, powtórzyłem w niej przytoczoną naszą rozmowę sprzed kilkunastu lat. Na to prowadzący ten program redaktor Ponikowski, zacytował inne zdanie z ówczesnej mojej publicystyki: “Polska droga do Unii Europejskiej prowadzi przez Bramę Brandenburską”. Nie ja jeden byłem wówczas zdania, że nikt inny na Zachodzie nie zastąpi Niemiec w funkcji lokomotywy, wwożącej Polskę i inne postkomunistyczne państwa sąsiednie do integrującej się Europy. Ale rola Niemiec była dla mnie nie tylko w tym szczególna. Ich polityczna struktura, będąca zdecentralizowaną federacją Landów, i ich wielowiekowa cesarska przeszłość, na podobnej federalizacji oparta, tworzyła w moim przekonaniu wzorzec, do jakiego docelowo zmierzać musi Unia Europejska, jeżeli ma stać się europejskim państwem federalnym a nie tylko stowarzyszeniem państw narodowych, którym permanentnie odbija się nacjonalistyczna czkawka. I w tym kontekście można jedynie powtórzyć owe dumne słowa, jakie w Wolnym Uniwersytecie Berlina Zachodniego wypowiedział Jose Ortega y Gasset: “Dlatego też do owych Niemiec zmiażdżonych politycznie i ekonomicznie, z wypatroszonymi miastami i rzekami pozbawionymi mostów, wszyscy będziemy wracać. Po co? Po naukę.[29]

W takim duchu starałem się edukować kolejne roczniki słuchaczy moich wykładów i uczestników moich seminariów; w PRL “poprzez przypowieści” ( bo, jak ostrzegał Tuwim: “dowcip, jaki cenzor z r o z u m i a ł   – zasługuje na konfiskatę”); od roku 1989 już tylko “otwartym tekstem”. W jakim stopniu ziarno przeze mnie zasiewane trafiało na podatną glebę? Sądzę, że w znacznym, skoro wykłady moje były “lubiane”, cieszyły się dużą frekwencją i słuchano ich z uwagą. Tych, których pozytywnie z moich zajęć dydaktycznych zapamiętałem jest wielu, lecz gdybym miał imiennie wybrać spośród nich trzy osoby, wskazałbym – nie traktując ich kolejności jako rankingu – trójkę następującą.

Jan Krzysztof Bielecki jest tym z moich seminarzystów, który po studiach zrobił największą karierę polityczną. Byłem promotorem jego pracy magisterskiej, którą obronił w 1974 roku. Przez dwa następne lata pozostawał praktycznie w środowisku uczelnianym, uczestnicząc w zajęciach studium doktoranckiego. Potem odszedł do pracy zawodowej i przez piętnaście lat, zanim został premierem rządu polskiego, tylko raz przypadkowo się z nim zetknąłem, gdy odwiedził wspólnych naszych znajomych. W latach 1990-1991 bywałem często w Urzędzie Rady Ministrów jako członek działającego przy nim zespołu do spraw reformy podziału administracyjnego państwa. W marcu 1991 roku na posiedzeniu tego zespołu pojawił sie premier Bielecki. Na wstępie posiedzenia dyrektor URM powitał kolejno imiennie wszystkich obecnych członków zespołu, po czym oddał głos premierowi, który powiedział: “Witam serdecznie wszystkich obecnych, dyrektor URM wyręczył mnie z zadania imiennego witania każdego z osobna, więc ograniczę się tylko do tego, że z radością widzę na sali profesora Piskozuba, gdyż od jego seminarium na Uniwersytecie Gdańskim rozpoczęła się cała moja kariera.” Jako premier, w jednym z wystąpień powiedział, że należy do pokolenia urodzonego po drugiej wojnie światowej, a zatem jest wolny od wszelkich negatywnych uprzedzeń w stosunku do Niemców. Przeprowadzony w tym czasie sondaż wykazał, że tylko 5% ankietowanych Polaków obawia się Niemców, natomiast aż 31% Rosjan. W 1993 roku Bielecki, wtedy jako minister do spraw integracji europejskiej, odwiedził Uniwersytet Gdański. Był to akurat 1 kwietnia, więc na Wydziale Ekonomicznym zaproponowano mu taki prima aprilis, aby bez zapowiedzenia, zamiast właściwego wykładowcy, pojawił się w auli na katedrze i wygłosił wykład o integracji Europy. Relacja z tego, pod tytułem Wykładanie Europy, ukazała się następnego dnia w “Głosie Wybrzeża”. Minister zaczął od wspomnienia swojego pierwszego wykładu na ten temat, jaki wygłosił w latach 70. : “Nikt z mądrych na wydziale nie miał czasu, więc profesor Piskozub poprosił mnie. Przygotowałem się, nauczyłem wykładu na pamięć, ale przyszły tylko cztery osoby.Dziś wydaje mi się, że mam znacznie mniej do powiedzenia, choć przyszło dużo więcej osób.” Tak hartowała się stal.

Marta Knoch, jako absolwentka mojego seminarium magisterskiego, zasłużyła na laury, za swoją, wydaną książkowo pracę[30] o ośmiu wiekach przedrozbiorowego dobrego sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Dawna Polska wyłoniła się na widownię dziejową w cztery lata po powstaniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego w Niemczech; ich pierwsi władcy – Mieszko I i cesarz Otton I byli rówieśnikami. Cesarstwo przeżyło dawną Polskę tylko o 11 lat; ich ostatni władcy – Stanisław August Poniatowski i cesarz Franciszek II również byli rówieśnikami. Przez tyle wieków dobre sąsiedztwo zakłóciła tylko jedna wojna między nimi, wywołana przez Bolesława Chrobrego. Granica między nimi była nie tylko prawdziwą granicą pokoju, ale też jedną z najtrwalszych w Europie. Jej zarys ukształtował się już w XII wieku, za cesarza Barbarossy, kiedy Śląsk od 1163 roku, po doświadczeniach Władysława Wygnańca i jego synów, zaczął się dystansować wobec pozostałych dzielnic piastowskich a nadodrzańskie Księstwo Pomorskie w 1181 roku stało się częścią Cesarstwa. Ostateczny kształt granicy polsko-niemieckiej ustabilizował się na początku XIV wieku i praktycznie nie zmieniał się do rozbiorów a zachodnia granica międzywojennej Polski tylko nieznacznie różniła się od granicy sprzed rozbiorów.

Maciej Rytczak od początku swych studiów uczęszczał pilnie na moje otwarte wykłady wydziałowe a deklarując się jako wielbiciel Waldemara Łysiaka, eurosceptyk i niemcofob, nie krył się z dezaprobatą w stosunku do światopoglądu wykładowcy. Gdy zaczął czwarty rok studiów, zgłosił się na moje seminarium magisterskie i wypróbowując moją determinację, domagał się mojej zgody na to, aby pracę magisterską pisał o światopoglądzie Łysiaka. Ku jego zaskoczeniu, nie sprzeciwiłem się, stawiając jedynie warunek, że ma to być praca poparta argumentami, a nie emocjami. Taktyka moja wydała owoce. Praca o Łysiaku powstała i została obroniona, magister Rytczak wyjechał do Niemiec, gdzie kilka lat pracował, a po powrocie odwiedził mnie, mówiąc: “Panie profesorze, przekonał mnie pan do Niemców, ale do Europy to mnie pan nie przekona!” Odpowiedziałem: “To wystarczy panie Maćku. Skoro przekonał się pan do Niemiec, to przekona się pan i do Europy. Bo z tym jest tak samo, jak z niedawnymi relacjami między Leninem a Partią: <Mówimy Niemcy, a myślimy Europa; mówimy Europa, a myślimy Niemcy>”. I co się okazało? Maciej Rytczak osiadł w Olsztynie, w tamtejszym starostwie zajmuje się promocją Warmii, w tym jej niemiecką przeszłością, w “Przeglądzie Warmińskim” wychwala współpracę polskoniemieckąoraz zalety integracji europejskiej, organizuje doroczne obozy integracyjne młodzieży polskiej i niemieckiej w partnerskiej współpracy Olsztyna i Osnabrück (w tym roku pod hasłem <Europa – razem raźniej>), został współautorem księgi jubileuszowej z okazji przyznania przez Uniwersytet Olsztyński doktoratu honoris causa Hansowi-Georgowi Pöteringowi. Nic, tylko się cieszyć, gdyż jak głosi Pismo: większa będzie radość z jednego nawróconego, niż z 99 sprawiedliwych.
 
“ARCANA” w 2001 roku rozpisały ankietę na temat: “Białe plamy w historiografii polskiej na progu XXI wieku[31]”. Biorąc w niej udział, zająłem się w niej głównie potrzebą odkłamania stosunków-polsko niemieckich w historiografii polskiej. Na reakcję “Prawdziwych Polaków” nie musiałem długo czekać. W ich imieniu wystąpił Mateusz Piskorski, wówczas asystent Uniwersytetu Szczecińskiego propagujący wtedy nacjonalizm słowiański, a kilka lat później poseł na Sejm z Samoobrony i jej rzecznik prasowy (jakżeż pojemne ideologicznie jest plemię “Prawdziwych Polaków”), z “demaskatorską” tyradą pod tytułem „Progermańskie dziwactwa prof. Piskozuba”[32] . Zbyłem ją milczeniem, bo czemu miałem zaprzeczać? Mógłbym odpowiedzieć jedynie, powtarzając za Władysławem Studnickim: “Tak, jestem germanofilem polskim”.
                           




[1]     Stanisław Mackiewicz (CAT), Historja Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r., PULS Publications, Londyn 1985, s. 136.

[2]     Tamże, s. 129. 

[3]     A.T. Olszański, Zarys historii Ukrainy w XX wieku, Warszawa 1990, s. 208.

[4]     Andrzej Piskozub, Endekomuna (w:) Nie trzeba głośno mówić. Publicystyka 19972002, Toruń 2003, s. 67 n.

[5]     Władysław Studnicki, Od socjalizmu do nacjonalizmu, Lwów 1904, s. 246.

[6]     Władysław Studnicki, Z przeżyć i walk, Warszawa 1928, s. 208.

[7]     Mackiewicz, op.cit., s. 46.

[8]     Władysław Studnicki, Ludzie, idee i czyny, Warszawa 1937, s. 7.

[9]     Franciszek Duchiński, Pisma, Rapperswyl 1901-1904, t.II, s. 344.

[10]    Tamże, t.III., s. 80.

[11]    Adam Mickiewicz, Dzieła, Warszawa 1950, t.VIII, s. 78.

[12]    Szymon Askenazy, Wczasy historyczne, Warszawa 1902, s. 22 n.

[13]    Henryk Sienkiewicz, Krzyżacy, Warszawa 1900, t.II., rozdział 51.

[14]    Duchiński, op.cit., t.II, s. 345.

[15]    Zygmunt Gloger, Geografia historyczna ziem dawnej Polski, Kraków 1903, s. 323.

[16]    Jerzy Kłoczowski,  Młodsza Europa. Europa Środkowo-Wschodnia w kręgu cywilizacji chrześijańskiej średniowiecza, Warszawa 1998.

[17]    Za: Marta Knoch, Święte Rzymskie Cesarstwo (962-1806) i dawna Polska (966-1795). Osiem wieków dobrego sąsiedztwa, Toruń 2005, s. 87.

[18]    Polska. Dzieje cywilizacji i narodu, T.II. Monarchia Piastów 1038-1399, Wrocław 2003, s. 132.

[19]    Ibidem.

[20]    Polska. Dzieje cywilizacji i narodu, T.I. U źródeł Polski do roku 1038, Wrocław 2003, s. 146.

[21]    Feliks Koneczny, Dzieje Ślązka, Kraków 1896.

[22]    Zjednoczone Niemcy w nowej Europie, “Przegląd Zachodni” 1993, nr 4.

[23]    Władysław Studnicki, Tragiczne manowce. Próby przeciwdziałania katastrofom narodowym 1939-1945, Gdańsk 1995.

[24]    Władysław Studnicki, Pisma Wybrane. Tom I. Z przeżyć i walk; Tom II. Polityka międzynarodowa Polski w okresie międzywojennym; Tom III. Ludzie, idee i czyny; Tom IV. Tragiczne manowce – próby przeciwdziałania katastrofom narodowym 1939-1945, Toruń 2000-2001.

[25]    Andrzej Piskozub, Polscy zwiastuni powojennego porozumienia z Niemcami – Władysław Studnicki i Józef Mackiewicz (w:) Ruch oporu wobec Trzeciej Rzeszy, Gdańsk 1995.

[26]    Bogusław Drewniak, Polen und Deutschland. Wege und Irrwege kultureller Zusammenarbeit, Düsseldorf 1999.

[27]    Bogusław Drewniak, Teatr i film Trzeciej Rzeszy, Gdańsk 1972.

[28]    Andrzej Piskozub, Umbilicus Mundi: Gdańsk Güntera Grassa, “Gdański Rocznik Kulturalny” 15, Gdańsk 1994; Tenże, Danzig und Dublin als Umbilicus Mundi. Die Rolle der Vaterstädte bei Grass und Joyce in ihren Visionen vom Erdenraum, “Studia Germanica Gedanensia” 3, Gdańsk 1997.

[29]    Jose Ortega y Gasset, Rozmyślania o Europie, (w:) Bunt mas i inne pisma socjologiczne, Warszawa 1982, s.742.

[30]    Vide przypis 17.

[31]    "ARCANA", nr 6/2001.

[32]    Mateusz Piskorski, Historia według “ARCANÓW”. Progermańskie dziwactwa prof. Piskozuba, “Nowa Myśl Polska”, nr 8-9/2002.
 
 
 
 

Komentarze

komentarze

stat4u