Artur Brzeskot: Patrioty, forty, triumfy i problematyczny rozjemca

Duda_TrumpArtur Brzeskot

Polityczna deklaracja podpisana między Polską i USA (12 czerwca 2019 r.) w sprawie współpracy militarnej wskazuje, że wśród amerykańskiego establishmentu ds. bezpieczeństwa narodowego zaczyna przeważać partia popierająca strategię selektywnego zaangażowania w Europie. To rezultat odrzucenia przez Amerykę strategii liberalnej hegemonii, mniej więcej od 2016, na rzecz nieliberalnej, choć w dalszym ciągu hegemonii. W rezultacie panuje ogólne przeświadczenie, że Stany Zjednoczone ograniczają promowanie demokracji i wolności na świecie, a stawiają większy akcent na realizm. To jest jednak złudzenie, ponieważ strategia selektywnego zaangażowania podobnie jak liberalna hegemonia nie mają nic wspólnego z Realpolitik. Właściwie wszystko pozostaje bez zmian używając słów Barry R. Posen’a — It’s business as usual.

W swojej istocie strategia selektywnego zaangażowania, jako pewna alternatywa dla liberalnej hegemonii, eksponuje bardziej kij (odstraszanie i obronę) niż marchewkę (wolność i dobrobyt). Można uznać, że jest ona defensywna, ponieważ nie zakłada takich fajerwerków jak społeczna inżynieria, kolorowe rewolucje, a w ostatecznym rezultacie obalanie autorytarnych reżimów przez groźbę lub nawet użycie siły zbrojnej. Tak więc mocarstwo status quo zza wielkiej wody wykazuje intencję mniejszego zainteresowania stanem demokracji np. w państwach postkomunistycznych Europy Środkowo-Wschodniej (Polska, Węgry, Rumunia) oraz dalszego jej rozszerzania np. na Bałkanach lub w byłych republikach przestrzeni sowieckiej (Gruzja, Ukraina, Mołdawia).

W jaki sposób strategia selektywnego zaangażowania działa w praktyce? Liczne grono entuzjastów tej polityki argumentuje, że Stany Zjednoczone powinny utrzymywać znaczące siły lądowe w Europie, aby uniknąć poważnych problemów geopolitycznych w przyszłości. Taka strategia może pozwolić oszczędzić wiele istnień ludzkich i pieniędzy w przypadku wojny. W rezultacie dzięki rotacyjnej lub stałej obecności armii amerykańskiej na terytorium swoich mniejszych sojuszników z Europy Zachodniej, teraz też i Środkowej rozwiązano by uciążliwy problem rzutowania siły militarnej na Stary Kontynent. Choć strategia ta brzmi atrakcyjnie nie działa to w praktyce.

Jak już zdążyliśmy zauważyć selektywne zaangażowanie jest zbieżne z liberalną hegemonią, obie strategie ignorują koncepcję polityczną balance of power oraz logikę anarchicznego systemu międzynarodowego. W efekcie imperatyw zachowania pokoju w Europie – za wszelką cenę – może być dla amerykańskich przywódców nie tylko kosztowny, ale też kuszący, aby ulec polityce promowania, a w ostateczności narzucania demokracji przy użyciu siły. Kiedy ma się duży kij marchewka jest wydajniejsza. W takiej polityce tkwi fałszywa przesłanka, że demokratyczne państwa nie prowadzą ze sobą wojen. W efekcie hipoteza ta prowadzi elity polityczne państw demokratycznych do utopijnego celu anihilacji autorytarnych reżimów ze struktury systemu międzynarodowego. Z powodu takich wypaczonych wniosków Zachód podjął decyzję o rozszerzeniu NATO i Unii Europejskiej po zakończeniu zimnej wojny, aby osiągnąć abstrakcyjny cel budowy europejskiej wspólnoty bezpieczeństwa. Należy to wyraźnie powtórzyć w realnej polityce międzynarodowej linia podziału między strategią selektywnego zaangażowania, a liberalną hegemonią jest zamazana i nieczytelna, i nie ma ona nic wspólnego z realizmem.

Właściwie rzecznicy selektywnego zaangażowania są przekonani, że sama obecność amerykańskich sił zbrojnych w Europie będzie gwarantowała stabilność i pokój. Więc Ameryka nie będzie musiała się martwić, że zostanie wciągnięta w jakieś niejasne politycznie konflikty w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów. Innymi słowy wysunięta obrona i szerokie gwarancje bezpieczeństwa stanowią dla Ameryki niewielkie ryzyko, bo z założenia mają nigdy nie być honorowane. To przypuszczenie jest jednak nadmiernie optymistyczne i w rzeczywistości fałszywe.

Należy zauważyć, że sami sojusznicy USA mogą sprowokować jakiś konflikt zbrojny, także Ameryka może zachować się lekkomyślnie i uwikłać w jakąś awanturę, za którą zapłacą mniejsze państwa. Jeśli popatrzymy na historię stosunków międzynarodowych to wyraźnie widać, że dyplomaci z Waszyngtonu wielokrotnie ponosili spektakularne fiaska w trakcie negocjacji pokojowych lub nadmiernego zaufania do swojej obecności polityczno-militarnej. Tak było np. na Bałkanach w latach 90. XX w., przed wojną rosyjsko-gruzińską (2008) lub rosyjsko-ukraińską (2014). W sumie zasada ta odnosi się do wszystkich części świata – nie tylko do Europy. Wniosek: samo stacjonowanie amerykańskich sił zbrojnych w różnych zakątkach na świecie wcale nie musi zapewniać pokoju i bezpieczeństwa.

Strategia selektywnego zaangażowania nie rozwiązuje też problemu spychania odpowiedzialności na innych w sferze bezpieczeństwa (tzw. buck–passing). Zauważmy, że Wielka Brytania, która jest obecnie traktowana za strategicznego partnera Polski w Europie, poważnie redukuje swoje gwarancje bezpieczeństwa wobec kontynentalnej Europy. Po pierwsze, Brytyjczycy czynią to politycznie wraz z końcem procesu brexitu, po drugie strategicznie wraz z cięciami budżetu na wydatki wojskowe, w czasie kiedy NATO stoi przed sytuacją rosnącego zagrożenia ze strony Rosji. Jak zwykle państwa europejskie oczekują, że Stany Zjednoczone zajmą się przywróceniem ich błogiego poczucia spokoju i jednocześnie te same Stany poskromią rosnącą asertywność Kremla, pomimo tego, że pokój w Europie powinien stanowić największe zainteresowanie dla mocarstw europejskich.

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u