Juliusz Mieroszewski: Ustrój – geopolityka – niepodległość

juliusz_mieroszewskiJuliusz Mieroszewski

Po klęsce w roku 1863 pojawił się pozytywizm z programem pracy organicznej. Idealistów zastąpili realiści normalnym rzeczy porządkiem.

Po klęsce powstania warszawskiego Wokulscy nie pojawili się na scenie. Królował "bohater pozytywny" produkcyjniaków, na którego grobie w roku 1956 wyrosła "mowa-trawa". Antytezą patosu powstania nie stał się pozytywizm tylko surrealizm, groteska i anty-bohater. Ową urzekającą atmosferę odmalował doskonale Flemming. Na tym tle poważni młodzieńczy Kuroń i Modzelewski wyglądają jak emisariusze zabłąkani z innej epoki. W jakiej mierze są reprezentatywni – czy mówią za tysiące czy tylko za setki współobywateli?

Piankowość, dowcip, poczucie groteski i wdzięk warszawskiej atmosfery nie opisują w całości "Polski mało znanej". Trzeba jeszcze odnotować inny surrealizm i inny typ "groteski". Krajowi fizjologowie-dietetyści ustalili cztery normy spożycia. Norma "A", najniższa, określona jako niewystarczająca na dłuższy okres czasu przewiduje 3.000 gr mięsa miesięcznie na osobę. (Dodam w nawiasach, że mój jamnik spożywa pół angielskiego funta mięsa codziennie tzn. około 7.000 gr. mięsa miesięcznie). Jak ustaliły badania budżetów rodzinnych, przeprowadzone przez GUZ – 20% rodzin robotniczych nie osiąga normy spożycia "A" (3.000 gr. mięsa miesięcznie na osobę). W granicach normy "A" utrzymuje się 30% rodzin robotniczych.

W roku 1957 w Warszawskiej Fabryce Motocykli 23% rodzin robotniczych jadło mięso na obiad raz w tygodniu lub rzadziej. Dane powyższe są nadal niestety aktualne, ponieważ spożycie mięsa i przetworów mięsnych w roku 1957 wynosiło w skali krajowej 43,9 kg na osobę – natomiast w roku 1960 tylko 42,5 kg na osobę. Poziom spożycia mięsa wśród uboższych rodzin robotniczych jest nadal katastrofalnie niski.

W chwili gdy piszę te słowa ogłoszono prowizoryczne dane cenzusu przemysłowego Polski. W 160.000 zakładach przemysłowych pracuje 13,5 milionów osób. 42,5 procent wszystkich zatrudnionych pracuje w przemyśle. Robotnicy przemysłowi produkują 65% dochodu narodowego. I co z tego mają?

Pracownicy przemysłowi stanowią niemal połowę ludności i trudno jest pojąć, że tak potężna i liczna klasa społeczna pozwoliła się całkowicie ubezwłasnowolnić. Ponura groteskowość sytuacji polega na tym, że wyzysk robotników i jawne okradanie ich z owoców pracy – odbywa się w imię… socjalizmu.

Komuniści jako organizatorzy życia społecznego i gospodarczego są często naiwni i niewydajni. Trzeba im jednak obiektywnie przyznać geniusz dezorganizacyjny. Potrafili zatomizować i zdezorganizować masy robotnicze w stopniu nie notowanym w przeszłości. Ich negatywne osiągnięcia są zdumiewające. Zdołali ubezpieczyć się utrwalając w masach przekonanie, że próby oporu byłyby bez sensu, ponieważ nie ma alternatywy. Z komunistami jest źle lecz bez komunistów groziłaby natychmiastowa katastrofa. Owo unicestwienie alternatywy stanowi ich największe osiągnięcie. Chciałbym podkreślić ten punkt ponieważ ta sprawa stanowi klucz do tajemnicy sukcesu dyktatury "nowej klasy".

Panuje powszechnie przekonanie, że "nowa klasa" opiera swe panowanie na sile. To jest prawdą lecz nie całą prawdą. W okresie październikowym w roku 1956 – partia nie była zdolna do opanowania rewolucji siłą a mimo to nie zwyciężyli rewolucjoniści tylko "nowa klasa".

W momencie październikowego kryzysu – "nową klasę" uratował brak alternatywy. Z powszechnego wówczas frontu antystalinowskiego nie wyodrębniła się żadna grupa o własnym obliczu i programie. Rewolucja nie wyłoniła partii politycznej, nie wyłoniła alternatywnej platformy.

Lewica październikowa nie odcięła się od "liberalnego" skrzydła partii i wskutek tego VIII Plenum uznała za swoje własne zwycięstwo. Gomułka dążył natomiast do uspokojenia mas społecznych pewnymi koncesjami i do zlikwidowania rewizjonizmu.

Angielska polityczna zasada taktyczna głosi: "jeżeli nie możesz pobić przeciwnika – połącz się z nim". Tak postąpiło "liberalne" skrzydło partii z Gomułką na czele. Rady Robotnicze, kluby studenckie, "Po Prostu", rozluźnienie cenzury – to wszystko stwarzało pozór, że Gomułka w pewnej mierze identyfikuje się z lewicą październikową.

Wiosną 1957 r. na IX Plenum proklamowano już otwarcie walkę na "dwa fronty". Stłumiono strajk tramwajarzy łódzkich, zamknięto "Po Prostu", rozpędzono policją masowe demonstracje w Warszawie, podporządkowano Rady Robotnicze wyznaczonym aparatczykom i przywrócono w pełni cenzurę.

Można przyjąć, że lewica październikowa poniosłaby klęskę nawet wówczas gdyby miała wykrystalizowany program alternatywy. Tak jednak nie jest. Gdyby lewica październikowa zdołała wyodrębnić się jako niezależny ruch polityczny o własnym programie – Październik byłby przegraną, lecz nie klęską. Nawet gdyby przywódcy i działacze wylądowali w więzieniach – pozostałby program jako oś krystalizacyjna opozycji. Nie byłoby wówczas triumfu "nowej lewicy", który polega nie na stłumieniu rewolty lecz na wykazaniu politycznej bezpłodności sił społecznych stojących poza ramami partii

Rewolta nigdy nie stanowi głównego niebezpieczeństwa dla reżymu. Ci, którzy dysponują policją i pieniędzmi – demonstrantów mogą rozpędzić policją, a następnego dnia spacyfikować nastroje przyznając pewne ulgi i koncesje.

Prawdziwym zagrożeniem byłby natomiast program alternatywy – bo tylko odrębny program polityczny przemienić może strajki i demonstracje w akcję rewolucyjną. Tym różni się rewolucja od anty-reżymowych demonstracji. Demonstrantów w większości wypadków można "udobruchawać" przyznając pewne koncesje. Natomiast rewolucjoniści nie zadowolą się większym przydziałem mięsa czy podwyżką płac, ponieważ ich celem nie są koncesje tylko zmiana ustroju.

Czytelnik zauważy w tym miejscu, że najpierw trzeba obalić panowanie "nowej klasy" a dopiero później kłopotać się reformą ustroju. Najpierw trzeba odzyskać wolność a dopiero potem budować demokrację.

To są frazesy powtarzane w dobrej wierze – niemniej to są tylko frazesy. W Polsce nie było nigdy rodzimej rewolucji tylko powstania i walki o niepodległość. W rezultacie, z nawyku tradycji, Polacy myślą zawsze kategoriami nie ustrojowymi lecz niepodległościowymi. Obrona niepodległości jest istotnie programem, który niweluje wszystkie różnice społeczne i polityczne. Gdy bolszewicy zbliżali się do Warszawy – wszystkie stronnictwa polityczne stały solidarnie za ówczesnym rządem i za wodzem sił zbrojnych. Lecz tego schematu nie można żywcem przenosić w dziedzinę ideologii i ustroju. Ten błąd od samego początku popełniają naczelne polityczne władze emigracji, które sytuację Polski widzą wyłącznie w kategoriach niepodległościowych.

Tradycyjny program niepodległościowy nie wystarcza do rozwiązania zagadnienia polsko-rosyjskiego. Gdyby Niemcy przekroczyli zbrojnie granicę na Odrze i Nysie, program obronnu zjednoczyłby 90% Polaków tak w Kraju jaki i na emigracji. Zagadnienie rosyjskie jest innego rzędu i wtłaczanie go w ramy tradycyjnej polityki niepodległościowej nie prowadzi do nikąd. Polacy nienawidzą reprezentantów ustroju sowieckiego lecz w tej chwili w Polsce nie ma ani jednego ugrupowania, które byłoby programowo antyrosyjskie. Kuroń i Modzelewski są pro-rosyjscy i wszystkie swoje nadzieje wiążą z przemianami w Rosji. Polacy pomału zaczynają zdawać sobie sprawę, że ich ojczyzna nie jest wyspą na Ocenia tylko płatem otwartej płaszczyzny bez żadnych naturalnych granic. Światlejsi zaczynają również rozumieć, że w obecnej epoce geopolityka – ustrój – niepodległość stanowią jedno zagadnienie z którego nie można wyodrębnić poszczególnych części składowych.

Na czoło wybija się sprawa ustroju. Dlaczego? Z tej perspektywy, że niepodległość nie jest celem sama w sobie, ponieważ nie każda forma niepodległości jest pożądana. Załóżmy dla przykładu, że konflikt rosyjsko-chiński przechyla się wyraźnie na korzyść Pekinu i w Polsce Mijal i jego partia komunistyczna dochodzą do władzy. Być może Polska byłaby wówczas niepodległa zarówno w stosunku do Rosji jak i w stosunku do Niemiec. Lecz równocześnie panowałby w kraju ustrój stalinowski. Co komu z takiej niepodległości?

W okresie pierwszej wojny światowej ruch niepodległościowy był konkretnym programem. Cytuje się przy różnych okazjach, że Piłsudski "wysiadł na przystanku niepodległość". Natomiast jego pogrobowcy nie rozumieją, że Piłsudski nie osiągnąłby swojego celu gdyby wysiadł wcześniej. Piłsudski wiedział, że niepodległość jest tylko hasłem. Natomiast ideologia rewolucyjno-społeczna owo hasło przemienić mogła w program polityczny.

Nasi przywódcy na emigracji chcieliby wrócić na "przystanek" niepodległości zapominając, że parowóz Historii nie jest "torpedą czasu" i nie posiada biegu wstecznego.

Niepodległość jest cenną zdobyczą wówczas, gdy niepodległy jest naród a nie tylko państwo. Starałem się wykazać w poprzednich moich artykułach, że największą szansę zdobycia niepodległości państwowej w Europie wschodniej mają komuniści. Żaden rząd jugosłowiański nie byłby prawdopodobnie bardziej niepodległy w sensie państwowym niż rząd marsz. Tito. Nie wydaje mi się również by jakikolwiek inny rząd rumuński, a w analogicznej sytuacji, mógł uzyskać większy stopień państwowej niezależności niż obecny rząd komunistyczny.

Hasło niepodległość w oderwaniu od programu ustrojowo-społecznego jest patriotycznym frazesem. Odnieść go bowiem można zarówno do państwa demokratycznego jak i do państwa-więzienia.

Obecny ustrój w Polsce krytykowany jest powszechnie. Lecz zarówno krytyka jak i opozycja nie sumują się – ponieważ nie ma programu alternatywnego. Ów brak programu alternatywnego u rządzonych stanowi największą siłę rządzących.

Oczywiście w Polsce czy w innych krajach satelickich może dojść do przewrotu mimo braku programu alternatywnego. Lecz wówczas istnieje ryzyko, że powtórzy się Październik. Zbankrutowany przywódca wszystko obieca i niczego nie dotrzyma. Ludzie bez określonego programu politycznego będą skłonni uznać za swoje propozycje reform wysunięte przez nowego przywódcę partyjnego.

Gdzie leży główne niebezpieczeństwo? Główne niebezpieczeństwo polega na tym, że skutek braku programu alternatywnego – ferment, niezadowolenie, opozycyjność społeczna wygrywać będzie zawsze jeden przywódca partyjny przeciwko drugiemu przywódcy partyjnemu. Nie ulega wątpliwości, że Moczar stara się dyskontować na swoją korzyść ujemne saldo "gomułkizmu". Podejmuje wybranych intelektualistów "obiadami czwartkowymi", urządza "rajdy" literatów, daje do zrozumienia, że ułoży stosunki z Kościołem, bije w bęben mocarstwowo-nacjonalistyczny – jednym słowem sugeruje, że gdy on obejmuje władzę będzie niepomiernie lepiej niż obecnie. Ludzie, którzy sami nie mają ani władzy, ani bazy organizacyjnej, ani programu – skłonni są poprzeć każdego, który obiecuje zmianę. Ponieważ jest źle – wnioskuje się, że każda zmiana będzie zmianą na lepsze.

Nie chodzi w tym wypadku o Moczara. Nie będzie Moczar – to będzie ktoś inny. Chodzi natomiast o stwierdzenie faktu, że w konsekwencji braku programu alternatywnego – potencjalny ruch reformy w Kraju jest przedmiotem rozgrywek partyjnych i w rezultacie potencjalni reformatorzy i rewolucjoniści wynoszą na swych brakach nowego z kolei przywódcę klasy rządzącej na stanowisko dyktatora.

Marksizm na Zachodzie ewoluuje lecz nie we wszystkich kierunkach. Wystarczy przestudiować "Cahiers du Communisme" (Maj-Czerwiec 1966) by się przekonać, że francuscy komuniści są zwolennikami systemu wielopartyjnego i głoszą zasadę całkowitej wolności badań naukowych i twórczości artystycznej. Fińska partia komunistyczna idzie jeszcze dalej. Komuniści fińscy odrzucili koncepcję dyktatury proletariatu stwierdzając, że :termin ten nabrał negatywnego charakteru na skutek bezprawia i pogardy dla demokracji w Związku Sowieckim i w innych krajach socjalistycznych". ("On the Marxist Theory of State and the Finnish Road to Socialism", International Working Class Movement, Vol. IX, No. 5, 1965). Jak widzimy więc, Kuroń i Modzelewski nie są odosobnieni w stwierdzeniu, że dyktatura proletariatu jest w gruncie rzeczy dyktaturą nad proletariatem.

Francuscy w włoscy komuniści jeszcze ciągle żonglują tradycyjną formułką dyktatury proletariatu. Jednak jest oczywiste ponad wszelką wątpliwość, że z chwilą przyjęcia pluralistycznego modelu społeczeństwa i wielopartyjnego systemu w państwie socjalistycznym – koncepcja "dyktatury proletariatu" jest logicznie nie do utrzymania.

Zachodni komuniści nie rozumieją jednak podstawowej sprawy. Nie może być mowy o renesansie myśli marksistowskiej na Zachodzie – dopóki francuska i włoska partie komunistyczne nie przeprowadzą rzetelnej krytyki europejskich ustrojów komunistycznych. "Gomułkizm" kompromituje nie tylko polski komunizm lecz i światowy ruch komunistyczny. Kuroń i Modzelewski są urodzeni, wychowani i wykształceni w ustroju komunistycznym. Żaden z włoskich czy francuskich komunistów z p. Waldeck-Rochet na czele – nie może tego o sobie powiedzieć. Komuniści zachodni powinni przeanalizować "List Otwarty do Partii" jak najdokładniej, ponieważ zakwalifikowanie tego tekstu jako "bibuły rewizjonistycznej" nie zbija ani jednego zarzutu. Nie może być mowy o renesansie marksizmu dopóki komuniści zachodni na ołtarzu fałszywie pojętej jedności "obozu socjalistycznego" – poświęcać będą prawdę.

Jak wynika z wypowiedzi Władysława Tykocińskiego, zachodnie partie komunistyczne przyjmują pomoc (w twardej walucie) od bratnich partii rządzących w Europie wschodniej, m.in. od PZPR. Oczywiście nie można przyjmować od Gomułki dolarów i równocześnie potępiać w czambuł "gomułkizm". Jeżeli istnienie tak jest, należy uznać to za złą taktykę i jeszcze gorszą politykę. Społeczeństwa zachodnie, a w szczególności klasa robotnicza nie oceniają bowiem komunizmu według deklaracji i obietnic tych komunistów, którym do władzy niezmiernie daleko – tylko mierzą komunizm "kosygnizmem" i "gomułkizmem" tzn. teorią wprowadzoną w praktykę. Nie należy oczekiwać zbawienia od marksistów zachodnich. O upadku czy odrodzeniu marksizmu zadecydują kraje wschodniej Europy. Odrodzenie musi róść tak jak rewolucja – z ofiar, z więzień, z poświęceń i z odwagi. Wśród zachodnich marksistów nie brak wybitnych umysłów, lecz żaden z nich nie wywarł takiego wpływu jak Dżilas. Książkę włoskich czy francuskich marksistów ludzie nie wyrywają sobie z rąk tak, jak książki Kuronia i Modzelewskiego w Polsce. (…)

Jest moim głębokim przekonaniem, że nie ma dla indywidualnego, czysto polskiego wyzwolenia. Totalizm, wyzysk i panowanie "nowej klasy" muszą upaść w całej Europie wschodniej z Rosją włącznie. Program alternatywny – jeżeli ma zwyciężyć – musi znaleźć poparcie inteligencji i klasy robotniczej w całym imperium sowieckim. Postulaty niepodległości, sprawiedliwości społecznej oraz racje geopolityczne tylko na tej drodze znaleźć mogą swoje rozwiązanie.

W pierwszej części niniejszego artykułu podkreśliłem, że w gruncie rzeczy niepodległość, ustrój, geopolityka – stanowią części składowe jednego zagadnienia. Komunizm nie rozwiązał de facto naszego problemu geopolitycznego. Z jednej strony jesteśmy uzależnieni od Moskwy – z drugiej strony mur graniczny oddzielający oba państwa i narody jest trudniejszy do przebycia niż w przeszłości. Komunizm nie tylko nie przyczynił się do wyrównania stosunków polsko-rosyjskich lecz przeciwnie, pogłębił i upowszechnił nienawiść do Rosji. A przecież znajdujemy się dosłownie w tej samej łodzi i polsko-rosyjska wspólnota losu nigdy w przeszłości nie była silniej historycznie zaakcentowana.

Komuniści – podobnie jak endecy – porozumienie polsko-rosyjskie rozpatrują wyłącznie w płaszczyźnie oficjalnej. Pakty czy konwencje zawierane pomiędzy rządami dwóch państw, których narody nienawidzą się wzajemnie – ani politycznie ani strategicznie nie przedstawiają wielkiej wartości.

Prawdziwie porozumienie polsko-rosyjskie musi narastać od dołu. Muszą znaleźć drogę porozumienia i zrozumienia społeczeństwo polskie ze społeczeństwem rosyjskim, inteligencja z inteligencją, pisarze z pisarzami, intelektualiści z intelektualistami.

Dziś, w epoce Gomułki i Kosygina, wydaje się to postulatem absurdalnym. Lecz nie zawsze tak było. Polecam czytelnikom znakomitą rozprawę Wacława Lednickiego pt. "Rosyjsko-Poslka Entente Cordiale" ogłoszoną w X-tym Zeszycie Historycznym. Zmienili się ludzie, lecz problem przed nami jest ten sam co na początku bieżącego stulecia. Możemy odzyskać niepodległość tylko poprzez przebudowę ustrojów Rosji i Polski – ponieważ jedynie zdemokratyzowanie i przekształcenie imperium sowieckiego umożliwić może rzetelne wyrównanie stosunków polsko-rosyjskich. W świetle doświadczeń ubiegłego półstulecia należy stwierdzić, że wszystkie inne recepty niepodległościowe są iluzją.

Chciałbym zakończyć ten artykuł wyodrębnieniem dwóch punktów.

Omawiając na łamach "Myśli Polskiej" mój artykuł pt. "ABS Poiltyki 'Kultury' " p. T. P. zauważył, że wysuwane hasła przebudowy Rosji jest "sprawą delikatną i dzisiaj zupełnie nie na czasie".

Sprawa jest niewątpliwie delikatna – lecz czy istotnie nie jest na czasie?

Gdy przed kilki tygodniami skazano Mihajlova na 12 miesięcy więzienia – londyński "The Guardian" napisał, że choć Jugosławia – to jednak nie nadąża na Mihajlovem, który wyprzedza swój czas.

W polityce należy rozróżnić dwie dziedziny. Instrukcje dla ministra spraw zagranicznych i ambasadorów winny być zawsze aktualne i "na czasie". Natomiast pisarstwo polityczne o publicystyka nie spełniłyby swojego zadania gdyby nie wybiegały myślą poza swój czas. Przebudowa imperium sowieckiego o porozumienie polsko-rosyjskie by stać się mogły w przyszłości problemem "na czasie" – muszą być dziś omawiane i dyskutowane.

Wojna prewencyjna przeciwko Hitlerowi była propozycją realną i miała wszelkie widoki sukcesu. Opinia publiczna Zachodu a zwłaszcza Anglii – była jednak "nie zaprogramowana", nie przekonana i w rezultacie nie zdobyta dla tej koncepcji. Można zaryzykować pogląd, że konkretną kartę wojny prewencyjnej przegrali nie ministrowie spraw zagranicznych tylko publicyści polityczni, którzy nie przygotowali opinii do tego typu rozwiązania.

Weźmy inny przykład. Problem zjednoczenia Niemiec jest dziś całkowicie nie na czasie. Jednak prasa i agencje niemieckie nie pozwalają światu zapomnieć o tym zagadnieniu. Niemcy programują opinię Zachodu w tej sprawie stale i uporczywie. Z punktu widzenia interesów niemieckich jest to działanie mądre i celowe. Jeżeli kiedyś dojdzie do zjednoczenia obu republik – w znacznej mierze stanie się to dlatego, że Niemcy nie ustawili na chwilę w programowaniu tej koncepcji wówczas, kiedy była nie na czasie.

I punkt drugi, Problem przebudowy ustroju obcych państw nie stanowi "novum" w polityce amerykańskiej. W Japonii i w Niemczech dokonano ze znacznym sukcesem reorientacji ustrojów totalistycznych. Ową reorientację umożliwiło zwycięstwo wojenne. Bez uciekania się do wojny reorientacja jest programem niewspółmiernie trudniejszym – nie oznacza to jednak, że należy z owego programu zrezygnować.

Z analizy sytuacji w Wietnamie wynika jasno, że nie wystarcza pomoc wojskowa i gospodarcza. Konieczna jest jeszcze pomoc socjalna – pomoc umożliwiająca unowocześnienie ustroju społecznego.

Świat nie dzieli się na demokrację i komunizm. Ani Zachód nie jest w pełni demokratyczny, ani Zachód nie jest w pełni demokratyczny, ani Wschód nie jest w pełni komunistyczny. Istnieją dziesiątki odmian demokracji i kilkanaście modeli komunizmu. Świat dzieli się de facto na strefę rządzoną totalitycznie i na strefę rządzoną nie totalistycznie. Wszystkie inne podziały są nieistotne. Komunizm nie musi być totalistyczny. Model ustrojowy proponowany przez Kuronia i Modzelewskiego jest równie daleki od demokracji typu zachodniego jak i od totalizmu typu sowieckiego.

Koegzystencja z ustrojami totalistycznymi bez względu na ich ideologię – w praktyce oznacza tylko zawieszenie broni. Każdy naród ma prawo do ustroju jaki mu najlepiej odpowiada – żaden jednak naród nie może mieć prawa do ustroju, którego kardynalnym założeniem jest zniszczenie wszystkich innych ustrojów. Dlatego dalekofalowym celem polityki Stanów Zjednoczonych musi być reorientacja ustrojów totalistycznych.

Gdy na tych łamach mówimy o przebudowie Związku Sowieckiego czy o "europeizacji Rosji" – mamy na myśli reorientację jej totalistycznego ustroju. Uważamy natomiast, że reorientacja ustrojów totalnych – a w szczególności Rosji Sowieckiej – jest jednym z podstawowych problemów Zachodu z Ameryką na czele. Naszym zadaniem winno być dopomożenie w konkretnym rozpracowywaniu tego zadania, które w formule pokojowej nie ma precedensu. O ile w technologii brak precedensów Amerykanów nie przeraża – o tyle w sferze politycznej przełamywanie konserwatywnego sposobu myślenia idzie bardzo wolno. Na pewno jednak nic nie jest bardziej "na czele" jak przełamywanie owych oporów myślowych, szczególnie wśród Polaków, którzy jako naród są znacznie bardziej konserwatystami niż Amerykanie.

 

Źródło: „Kultura” 1966, nr 11.

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*