Grzegorz Baziur: Geopolityczny i gospodarczy blok państw Międzymorza jako alternatywa wobec groźby rozpadu Unii Europejskiej

MSZ_Warszawadr Grzegorz Baziur

Powyższy tekst dotyczy kwestii Europy rozumianej nie tyle w sensie geograficznym, lecz jeszcze bardziej, jako wspólnota społeczno-polityczna i ekonomiczna. W kontekście zmian geopolitycznych, które niesie ze sobą neoimperialna geopolityka rosyjska, należy postawić fundamentalne wręcz pytania: jaka jest kondycja Unii Europejskiej AD. 2015?, co zostało z idei wspólnot europejskich z okresu zimnej wojny? i czy jako Europejczycy nie zagubiliśmy fundamentu i idei, które legły u podstaw rozpoczętego w 1950 r. procesu integracji europejskiej? Celem ówczesnej integracji była przecież obrona interesów Europy i jej mieszkańców przed groźbą ekspansji ze strony Związku Sowieckiego…

Czy i dlaczego UE grożą podziały i rozpad?

Niestety, na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI w. wśród państw Unii Europejskiej zaczęły coraz bardziej dominować walki grup interesów ekonomicznych i geopolitycznych, coraz bardziej był też widoczny podział na „unię dwóch prędkości”, której ekonomiczno-finansową „lokomotywą” były zjednoczone w 1990 r. Niemcy i Francja, które wykazują coraz bardziej niechęć do dalszego nieformalnego przewodnictwa krajom UE. Jednocześnie od początku XXI w. Federacja Rosyjska podejmuje próby „rozmiękczania” spoistości UE z myślą o powstaniu Europy „od Atlantyku po Pacyfik”. Nie jest to nowy projekt, ponieważ idea imperium euroazjatyckiego nie była już obca otoczeniu cara Mikołaja II, pod koniec istnienia ZSRR wrócił do niej ostatni przywódca Związku Sowieckiego, Michaił Gorbaczow, który w 1987 r. mówił o „wspólnym europejskim domu”, a w lipcu 2010 r. – trzy miesiące po katastrofie smoleńskiej, w której tragicznie zginęła znaczna część polskiej elity politycznej z prezydentem, Lechem Kaczyńskim – jeden z najbliższych współpracowników, prof. Siergiej Karaganow pisał na łamach „Izwiestii” o Związku Europy „od Atlantyku po Pacyfik”. Możemy się tylko domyślać, że obszarowo Unia Europejska, jak i cała zresztą Europa jest dużo mniejsza, niż cała Federacja Rosyjska – kto zatem skorzysta na takim układzie: bogata i nowoczesna Unia Europejska, czy też Rosja z jej postsowiecką gospodarką i starymi technologiami? Czy Związek Europy autorstwa S. Karagonowa nie pociągnie Zachodu na ekonomiczne i geopolityczne dno – nie mówiąc już o różnicach mentalnych społeczeństw euroatlantyckiego i euroazjatyckiego, w jego części postsowieckiej?

Kolejnymi problemami, generującymi groźbę pogłębiania się podziałów w ramach UE i w konsekwencji jej rozpadu jest sytuacja międzynarodowa. W moim przekonaniu, po raz pierwszy podziały uwidoczniły się podczas drugiej wojny irackiej w marcu 2003 r., kiedy to część państw UE poparła inwazję USA i koalicji na Irak Saddama Husajna (Wielka Brytania, Polska), a część była jej przeciwna (Niemcy, Francja, Włochy). Podział pogłębił się jeszcze bardziej podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r., kiedy to Polska i państwa Międzymorza (Ukraina, państwa bałtyckie) oraz Szwecja udzieliły politycznego poparcia Gruzji, a Niemcy i Francja były przeciwne takiej postawie wobec Moskwy, nie chcąc „drażnić Rosji”, choć trzeba przyznać, że ówczesny prezydent Francji, Nicolas Sarkozy był mediatorem w tej wojnie. Nie będę szczegółowo analizował tych postaw, bo nie jest to zasadniczym tematem tej analizy, jednak należy to zaznaczyć, gdyż każde takie „pęknięcie” w monolicie UE, jako całości może w końcu doprowadzić do jej ostatecznego „miękkiego rozkładu od środka” lub rozpadu, podobnie, jak to miało miejsce z ZSRR w 1991 r.

Warto – jak sądzę sięgnąć do pracy polskiego politologa z Uniwersytetu w Oxfordzie, prof. Jana Zielonki, pt. Koniec Unii Europejskiej, w której analizuje obecną sytuację UE, w której dramatycznie zauważył, że: Unia Europejska jest niesprawna, niesprawiedliwa i hamuje postęp społeczno-gospodarczy, a w jej instytucjach panuje chaos i brak wiary w możliwość zasadniczych reform. Wspólna Europa w obecnej formie przestała być obiektem podziwu i zazdrości całego świata, a stała się kompromitacją. Faktów tych nie da się już ukryć za fasadą unijnej propagandy sukcesu”. W tym też duchu wypowiadają się polscy „euroentuzjaści”, z Platformą Obywatelską na czele.

Jakie są zatem źródła rozpadu tak misternie budowanej od 1950 r. wspólnoty? Nie chodzi wyłącznie o kwestie finansowo-techniczne, jak np. zadłużenie. Europa już wcześniej zmagała się z różnymi kryzysami, z których wychodziła do tej pory zwycięsko. Tym razem – według prof. Zielonki – występuje potrójny kryzys: spójności, zaufania i wyobraźni. Dostrzega też słowną walkę o to, kogo powinno winić się za kryzys i rozpoznaje co najmniej dwie walczące ze sobą opcje. Pierwsza obwiniająca Grecję, która rzekomo była jedynym powodem kryzysu, jest poważnym uproszczeniem, która, choć w pewniej mierze zapracowała na swoje problemy, była także poddana procesom i politykom, na które nie miała i nie mogła mieć żadnego wpływu.

Rozważając charakter obecnego kryzysu zwraca też uwagę na pojawienie się większej niż dotychczas polaryzacji w ramach UE, w coraz większym bowiem stopniu widać grupę krajów, które ustalają reguły i tych, które do tych reguł muszą się stosować. Państwa ustalające reguły są wierzycielami, państwa stosujące się do reguł – dłużnikami. Czarę goryczy i błędnych rozwiązań przelewa ordynowanie tego samego – i nieskutecznego – lekarstwa krajom poddanym drakońskiej kuracji. W efekcie wpisana na europejskie sztandary „coraz ściślejsza unia” skutkuje coraz większymi podziałami w jej wnętrzu – zupełnie wbrew założeniom niezwykle ważnej dla Wspólnoty polityki spójności. Generowane podziały mają w znacznej mierze wymiar ekonomiczny, jak np. poziom bezrobocia na południu i północy, czy nierównomierny rozwój gospodarczy, co przekłada się na przewidywaną „Europę dwóch prędkości”. Pojawiły się też podziały polityczne, m.in. wzrost znaczenia antyeuropejskich partii prawie we wszystkich krajach Unii.

Jakie są scenariusze dezintegracji Unii Europejskiej? Według J. Zielonki wprawdzie istnieje wiele teorii integracji europejskiej, nie powstała żadna teoria dezintegracji, jednak w latach 60. XX w. powstała jedna z teorii integracji europejskiej – teoria neofunkcjonalizmu, która zakładała też „zwijanie się” czy też „cofanie się” (spill-back) integracji, a zatem mogła posłużyć także jako teoria dezintegracji. Prof. Zielonka kreśli trzy scenariusze dezintegracji europejskiej przewidując, że nie będzie ona efektem celowej świadomej decyzji, ale raczej niezamierzoną konsekwencją paraliżu.

1/ europejscy przywódcy tracą kontrolę nad rozwojem wydarzeń finansowych i politycznych. Jednym z punktów zapalnych takiej „lawiny” mogłoby być wyjście Grecji ze strefy euro, co po zwycięstwie antyeuropejskiej Syrizy w tym kraju wcale nie jest takie nierealne. Możliwe także, że w ślad za zmniejszeniem strefy euro mogłoby pójść także ograniczenie europejskiej strefy wolnego handlu – w opinii wielu badaczy znacznie bardziej kluczowej dla istnienia Unii Europejskiej niż strefa euro. Prawdopodobieństwo zaistnienia tego scenariusza zwiększa się wtedy, gdy rynki finansowe podejmują ataki na strefę euro (także na poziomie retoryki i złej prasy).

2/ rozpad Unii w wyniku podjęcia reform. Choć może to zakrawać na pewien paradoks, ale historia zna takie przykłady, jak choćby reformy Austro-Węgier pod koniec pierwszej wojny światowej, czy nieudana próba przebudowy ZSRR w okresie rządów Michaiła Gorbaczowa, która przyspieszyły rozpad Związku Radzieckiego. W kontekście Unii Europejskiej reformą, która mogłaby przyspieszyć upadek Wspólnoty, może być pakt fiskalny z 2012 roku, określany jako „kontrproduktywny”, zbyt „sztywny” i „niesprawiedliwy”. Jeśli wyraźnym przejawem polityki oszczędności może być ów pakt, to przejawem wyraźnego sprzeciwu wobec polityki oszczędności i jej skutków dla Europy mogą być powstające i zyskujące na znaczeniu partie antyeuropejskie: grecka Syriza, hiszpański Podemos czy francuski Front Narodowy. Nietrudno sobie wyobrazić, że partie te – po dojściu do władzy (co jest nie tylko bardzo prawdopodobnie, ale aktualnie ma już miejsce) – będą torpedować wszelkie kroki zmierzające do większej integracji, a nawet wspierać i inicjować dezintegrację.

3/ świadome zaniechanie reform lub wdrożenie reform pozornych. Państwa UE w coraz większym stopniu będą próbowały rozwiązywać swoje problemy poza instytucjonalnymi ramami UE. Dezintegracja w myśl tego scenariusza będzie następowała powoli i mało spektakularnie. Już dziś można wskazać przejawy tego typu działań. Jednym z nich jest funkcjonowanie tzw. formatu normandzkiego w ramach relacji z Rosją. Format normandzki opiera się na czterostronnych rozmowach Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy w sprawie rozwiązania kryzysu ukraińskiego. Widać tu wyraźne odejście od prób zbudowania wspólnego stanowiska w UE w kierunku rozmów pomiędzy wybranymi aktorami, niejako „za plecami” Wspólnoty. 

Być może zwolennikiem ponownej integracji według wzorca imperialnego mogą być Niemcy, jako najsilniejsze i największe państwo w Europie. Jednak nie do końca pojęły one, czym jest przywództwo i nie do końca chce pełnić taką rolę. Opinia taka wynika z kilku przesłanek: Niemcy, zamiast bardziej zdecydowanie pomagać innym krajom w wyjściu z kryzysu, do którego same się przyczyniły (projektując obecną architekturę UE i strefy euro), skupiają się na pouczaniu i karaniu państw łamiących wyznaczoną dyscyplinę. Na ironię zakrawa fakt, że to właśnie Niemcy i Francja były pierwszymi krajami, które złamały obowiązującą w strefie euro dyscyplinę budżetową. W celu uzyskania legitymizacji, imperium powinno zaproponować peryferiom stabilność i bezpieczeństwo, a funkcja lidera integracji wymaga pewnego poświęcenia i odpowiedzialności. Berlin, uchylając się od bardziej aktywnej roli w pomaganiu pogrążonym w kryzysie krajom i oskarżając Europę, że chce tylko niemieckich pieniędzy, nie rozumie sensu imperialnego przywództwa, dlatego też widać, że integracja pod niemieckim przywództwem jest obecnie niemożliwa, ponieważ nie chcą tego ani Niemcy, ani inne kraje pogrążonej w kryzysie Unii Europejskiej. Wprawdzie prof. J. Zielonka przewiduje rozpad Unii w obecnym kształcie, jednak nie przewiduje powrotu do epoki klasycznych państw narodowych, gdyż wielu obywateli oprócz niezadowolenia z UE, są niezadowoleni z funkcjonowania ich własnych państw.

Co w zamian, co po obecnej Unii? Według J. Zielonki, porządkiem, który miałby zastąpić obecny, jest nowy mediewializm, czyli nawiązujący do średniowiecza system wielu pozapaństwowych aktorów i nakładających się na siebie lojalności. W nowym modelu, wzorem średniowiecznej Europy, rozmaite organy władzy nakładają się na siebie, suwerenność ulega przez to podziałowi, a ściśle określone granice – charakterystyczne dla modelu westfalskiego – stają się nieostre i bardziej otwarte. Kolejne pytanie dotyczy kwestii – do kogo należałaby władza? Państwa w neośredniowiecznym modelu nie znikają, ale ulegają dalszym przekształceniom i są zmuszone podzielić się władzą z innymi podmiotami, m.in. z organizacjami, czy też jednostkami terytorialnymi zarówno niższego (regiony, miasta) jak i wyższego szczebla (organizacje ponadnarodowe). Szczególną rolę w nowym systemie miałyby odgrywać wielkie aglomeracje i „miasta globalne”. Nowy mediewializm nie oznaczałby też odejścia od integracji, ale integrację na nowych zasadach, już bez UE, nie na zasadzie hierarchicznych struktur i wielkich traktatów, ale wzdłuż funkcjonalnych sieci różnego rodzaju. Prof. Zielonka, korzystając metafory zaczerpniętej z obszaru muzyki, nazywa swoje podejście do integracji europejskiej „polifonią”, czyli określeniem odnoszącym się do sytuacji, w której dwa lub więcej głosów prowadzonych jest niezależnie od siebie.

Wizja prezentowana przez prof. Jana Zielonkę przypomina założenia przedwojennego funkcjonalizmu i jego powojennej wersji w postaci neofunkcjonalizmu, gdzie nieefektywne państwa miałyby stopniowo znikać, a w ich miejsce pojawiałyby się wyspecjalizowane agencje, integrujące nowych aktorów w ramach funkcjonalnych sieci, np. handlowych, ochrony środowiska itp. Już w latach 60. XX w. neofunkcjonalizm został uznany za oficjalną teorię integracji europejskiej, a mimo tego i wbrew jego założeniom państwa narodowe nie zanikły, a „koniec historii” nie nastąpił.

Prof. Jan Zielonka nie pierwszy raz przedstawia neośredniowieczną wizję Europy – podobną receptę dla Starego Kontynentu zaproponował w 2007 r. w „Europie jako imperium”. O ile jednak wówczas nikt nie spodziewał się nadejścia kryzysu finansowego, a mieszkańcy krajów Europy Środkowo-Wschodniej cieszyli się ze swojego świeżego wejścia do Unii Europejskiej i dyskusja o jej rozpadzie wydawała się czymś abstrakcyjnym, o tyle w 2014 r., po doświadczeniu kryzysu finansowego, jego wizja może być odebrana, jako bardziej aktualna i odpowiadająca wyzwaniom rzeczywistości. J. Zielonka racjonalnie analizuje możliwe scenariusze rozpadu Unii Europejskiej w sytuacji, gdy jej jedność została naruszona po doświadczeniach kryzysu finansowego 2010 i rosyjskiej agresji na Ukrainie w 2014 r., a efektywność tej organizacji w kontekście tych wydarzeń coraz częściej stawiana jest pod znakiem zapytania.

Jaką zatem przedstawia alternatywę po UE? Być może neośredniowieczna wizja zintegrowanej funkcjonalnie Europy, bez dominującej roli państwa, jako aktora stosunków międzynarodowych, jest pociągająca, ale jest jednocześnie w zbyt dużym stopniu oderwana od aktualnych wyzwań w tej części świata. Bo czy nowoczesne i zintegrowane funkcjonalnie sieci poradzą sobie potencjalną rosyjską agresją wojskową? W Europie Środkowo-Wschodniej odpowiedź na to pytanie raczej nie pozostawia złudzeń. Podobnie wygląda sprawa wspólnego zwalczania terroryzmu międzynarodowego – czy np. w wypadku ataków terrorystycznych Państwa Islamskiego na obiekty wojskowe lub rządowe państw europejskich z terytoriów Syrii, Iraku, Czeczenii, czy Bałkanów państwa poradzą sobie same z grupami terrorystów? A co, jeśli np. militaryści rosyjscy zechcą wykorzystać ich do wojny hybrydowej z państwami bałtyckimi, na Południowym Kaukazie, czy w Naddniestrzu? Jak zareagują kraje należące obecnie do Unii Europejskiej i NATO? Są to pytania dziś retoryczne, na które obyśmy nie musieli szukać odpowiedzi w czasie konfliktów zbrojnych.

Obok Jana Zielonki podobnie wypowiadał się w listopadzie 2014 r. papież Franciszek na forum Parlamentu Europejskiego, a od wielu lat również George Friedman z ośrodka Stratfor przewiduje w perspektywie upadek UE – o ile nie zmieni się jej polityka i podejście do spraw zasadniczych w polityce światowej i stosunkach międzynarodowych. Friedman słusznie zauważył, że: „Jeśli Niemcy i Grecja nie biorą wzajemnej odpowiedzialności za swoje długi i dobrobyt, to jaki jest cel istnienia Unii Europejskiej?”. Problem tkwi w tym, że większość państw członkowskich UE nie zamierza spłacać długów Grecji, w czym szczególnie zainteresowane są Niemcy, jako państwo, które dźwiga główny ciężar finansów europejskich. W związku z tym ciężar spłaty długów wziął na siebie Europejski Bank Centralny. 

Media europejskie informowały o przeciekach z EBC, dotyczących jego przygotowań do ratowania europejskiej gospodarki w postaci luzowania ilościowego. Jako pierwszy o sprawie pisał niemiecki „Der Spiegel”, potem inne media, a nikt z EBC nie zaprzeczył tym pogłoskom. Plan polega na próbie pobudzenia aktywności gospodarczej w Europie poprzez zwiększenie ilości dostępnych pieniędzy. Od rządu wymaga to zwiększenia zadłużenia na różne projekty, które mają pobudzać wzrost i zmniejszać bezrobocie. Zamiast sprzedaży obligacji skarbowych na otwartym rynku, chodzi o działania skłaniające do podwyżek stóp procentowych, obligacje zaś miałyby być sprzedawane bankom centralnym krajów strefy euro, które mają możliwość dodruku nowego pieniądza. Pieniądze trafiają do budżetu państwa, a ich dopływ zmniejsza skutki recesji spowodowanych brakiem pieniędzy.

W takiej formie EBC wdraża luzowanie ilościowe, ponieważ wiele krajów strefy euro nie jest w stanie spłacić swoich długów. Państwa europejskie nie chcą pokrywać długów innych krajów, zarówno bezpośrednio jak i poprzez narażenie banku centralnego na straty – co sprawiłoby, że dług stałby się wspólny. W szczególności Niemcy nie chcą doprowadzić do bankructwa całej Europy, co tym samym pogrążyłoby Niemcy. To właśnie dlatego Berlin tak długo sprzeciwiał się luzowaniu ilościowemu – nawet w sytuacji dużych problemów w krajach południowych strefy euro oraz w obliczu zmniejszającego się popytu na niemieckie produkty, napędzającego niemiecki PKB, dlatego też Niemcy wolały niższy wzrost gospodarczy niż przyjąć odpowiedzialność za bankructwa innych krajów. Główny spór toczył się między szefem EBC, Mario Draghim, a niemiecką kanclerz Angelą Merkel. Draghi miał świadomość, że w przypadku braku luzowania ilościowego doszłoby do załamania gospodarki europejskiej, zaś Angela Merkel jest odpowiedzialna za Niemcy, a nie całą Europę. Z drugiej strony jednak Berlin potrzebuje europejskiej strefy wolnego handlu, ponieważ Niemcy eksportują ponad 50 proc. swojego PKB, co oznacza, że nie mogłyby sobie pozwolić na utratę wolnego dostępu do europejskich rynków na skutek załamania się popytu, ale z drugiej strony nie zamierzają także wziąć na siebie europejskiego długu.

Ostatecznie doszło do zawarcia kompromisu między EBC a Angelą Merkel w obecnej formie planu luzowania ilościowego: EBC wydrukuje pieniądze i przekaże je bankom centralnym krajów strefy euro na zasadach, które jeszcze nie zostały oficjalnie określone. Przy tej formie luzowania ilościowego każdy kraj odpowiada tylko za siebie. Europejski Bank Centralny zapewnia zatem mechanizm do stymulacji gospodarek państw strefy euro, które przyjmują odpowiedzialność za stymulowanie i potencjalną klęskę. Jednak europejska osobliwość planu EBC tkwi w osobliwości całego europejskiego eksperymentu. Podczas gdy np. Kalifornia i Nowy Jork są częścią USA, to Niemcy i Grecja, jako kraje członkowskie UE, są jednak odrębnymi państwami, a skoro tak, jaki jest cel istnienia Unii Europejskiej? G. Friedman słusznie zauważył, że Unia Europejska – w przeciwieństwie do USA – nigdy nie odnosiła się do „prawa dążenia do szczęścia”, co wyrażała Deklaracja Niepodległości, a zamiast mówiła o obietnicy „pokoju i dobrobytu”, która jednak nie jest prawem do „dążenia”, ale wyłącznie prawem do „posiadania”. W książce pt.: „Flashpoint: The Coming Crisis in Europe” G. Friedman pisał: „Radość płynąca z połączenia tego, co wcześniej było podzielone, w efekcie prowadzi do braterstwa ludzi. Braterstwo jednak oznacza wspólny los. Jeśli wszystkim co nas łączy, jest pokój i dobrobyt, te dwa czynniki nie mogą zniknąć, bo wraz z ich zanikiem zanika także i braterstwo. Jeśli jedni są biedni, a inni bogaci, jeśli jedni idą na wojnę, a inni nie, to gdzie tu mamy wspólny los?”  

Kryzys gospodarczy w wielu państwach Europy powoli, ale systematycznie niszczy wiele systemów politycznych, pojawiają się nowi aktorzy, którzy stanowią coraz większe zagrożenie dla dominacji tych tradycyjnych. Sojusze i wydarzenia, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się nie do pomyślenia, są dziś otwarcie dyskutowane w wielu państwach Europy. Zresztą kryzys europejski nie ma li tylko wymiaru gospodarczego, a problem Unii Europejskiej polega na tym, że obiecała narodom radość pomimo różnic, radość z braterstwa i powszechnego pokoju w dobrobycie. Tymczasem – jak widać z codziennych relacji różnych mediów – nie da się ich zagwarantować, dlatego też UE w obecnej formie przypomina biblijny dom zbudowany na piasku, który pod wpływem wichrów, burz i wezbranych rzek może runąć – „a upadek jego był wielki” – jak pisze Biblia. Właśnie kompromis EBC z Niemcami jest przejawem zarówno budowania zamków z piasku, jak i walącego się europejskiego braterstwa. Założeniem kompromisu jest zasada, że Niemcy nie będą dzielić losu Grecji, ani Francji, ani Włoch.  Zachodzi więc pytanie – czy UE, złożona z krajów o tak różnych tradycjach, oczekiwaniach i gospodarkach może dalej przetrwać i dzielić wspólny los? Jak widać Europa określiła granice swojego braterstwa, a jedną z granic jest dobrobyt. Każdy kraj zdecyduje o tym, jak potoczy się jego dalszy los. Wprawdzie pieniądze z polityki luzowania ilościowego zapewni Europejski Bank Centralny, ale ich dystrybucja odbędzie się według reguł wewnętrznych każdego z krajów i bez zmuszania kogokolwiek do ponoszenia odpowiedzialności za innych.

Dlaczego doszło do kryzysu tożsamości europejskiej? Zauważmy, że na wspólnej walucie euro nie ma postaci historycznych, ponieważ europejskie kraje są bardzo podzielone w kwestii swoich bohaterów, w przeciwieństwie do USA, gdzie Amerykanie wiedzą, że ich bohaterami byli Waszyngton, Lincoln, Hamilton, Jackson, Grant, Franklin. W Europie nie ma tego typu wartości, dlatego nie przejawia się ich transcendencja. Europa nie spodziewała się, że zmierzy z kryzysem tożsamości, ufając, że pokój i dobrobyt będą trwały wiecznie, co z góry jest fałszywym założeniem. Wspomniany program luzowania ilościowego jest nie tylko chęcią uniknięcia odpowiedzialności za dobrobyt: w Europie wystąpił brak jedności: w kwestii stosunku do hybrydowej wojny Rosji i Ukrainy, czy wobec islamskiego terroryzmu.

Jeśli Europa w imię dążenia do dobrobytu jest w stanie na chłodno rozważyć secesję jednego z jej członków – Grecji – to jakie europejskie instytucje mogą mieć gwarancję, że zostaną nienaruszone? Jeśli można wyrzucić kogoś ze strefy euro i jeśli można zamknąć granice dla Słowaków szukających pracy w Danii, to pewnie można też zamknąć granice dla niemieckich produktów. A jeśli to wszystko jest możliwe, to jaki jest los Niemiec, które przecież polegają na eksporcie swoich dóbr do Europy?

Podsumowując trzeba zadać pytanie: czym jest dziś Europa? Czy staje się ona nie tyle projektem moralnym, ile pewną korzyścią, traktatem, z którego dane państwo może wedle własnej woli wystąpić, jeśli uzna to za zgodne ze swoimi interesami? Gdy w 1961 r. południowe stany USA były gotowe oderwać się od północy, ludzie z północy byli gotowi ginąć za jedność amerykańskiej unii. Czy ktokolwiek w Europie jest dziś w stanie umierać jedność Unii Europejskiej? Dziś AD 2015 okazało się, że Europa ostatecznie jest tylko kontynentem, a nie ideą, a narody nie wyszły poza sferę państw. Dlaczego Europa ma tak duże problemy z asymilacją imigrantów i dlaczego wprowadziła politykę multikulturalizmu? Jedną z odpowiedzi było to, że samo państwo narodowe uniemożliwiło osobom urodzonym poza nim stać się prawdziwą częścią wspólnoty. Kolejne pytanie brzmi, dlaczego EBC nie może sam rozdystrybuować pieniędzy, które drukuje, ale przekazuje w zarządzanie narodowym bankom centralnym? Ponieważ żadne państwo w Europie nie chce być odpowiedzialne za długi innych państw. Nie jest to podejście pozbawione sensu, ale jednocześnie czyni budowę unii niemożliwą, a istniejące różnice są nie do przekroczenia.

Kolejną kwestią jest odrodzenie patriotyzmu narodowego w wielu państwach Europy, co przekłada się na preferencje wyborcze. Widać to na przykładzie Węgier, gdzie od 29 maja 2010 r. rządy sprawuje polityk partii Fidesz w koalicji z Chrześcijańsko-Demokratyczną Partią Ludową, Viktor Orban.

Z kolei po wyborach w Szwecji z września 2014 r. koalicja rządowa nie zdołała zbudować większości w parlamencie, ale wyjątkowo dobry wynik uzyskała prawicowa partia Szwedzkich Demokratów – 12,9 proc. poparcia. Partia ta cztery lata wcześniej, w 2010 roku, po raz pierwszy weszła do szwedzkiego parlamentu, uzyskując 5,7 proc. głosów. Premier Szwecji, Stefan Lofven ogłosił przyspieszone wybory parlamentarne po tym, jak jego centrolewicowy rząd nie zdołał uzyskać wymaganego poparcia dla ustawy budżetowej. Stało się to zaledwie 3 miesiące po tym, jak partia ta doszła do władzy. Za taki stan rzeczy odpowiada skrajnie prawicowa, antyimigracyjna partia Szwedzkich Demokratów, która podczas głosowania nad budżetem wsparła opozycję. Przyspieszone wybory w Szwecji miały odbyć się po raz pierwszy od 60 lat 22 marca 2015 r., jednak premier Loefven osiągnął porozumienie z partiami opozycyjnymi i odwołał je. Przyjęte porozumienie oznacza, że w Szwecji powstanie rząd mniejszościowy i nie będzie przedterminowych wyborów, przewidując, że Loefven zachowa stanowisko premiera i będzie realizował budżet przygotowany przez centroprawicową opozycję, choć z poprawkami.  Na ogół stabilna szwedzka scena polityczna zatrzęsła się w grudniu, gdy antyimigrancka, nacjonalistyczna partia Szwedzcy Demokraci, która po wrześniowych wyborach stała się trzecią siłą w parlamencie i języczkiem u wagi, zagłosowała przeciwko rządowemu budżetowi, popierając alternatywy budżet opozycji.

Szwecja ma jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek w Europie, a bezrobocie pozostaje na nieco wyższym poziomie niż przed kryzysem finansowym 2010 r. Co ważniejsze, Szwecja charakteryzuje się największą liczbą podań o azyl na mieszkańca wśród krajów UE, ale brutalne zamieszki z udziałem imigrantów ujawniły duże problemy w integracji imigrantów ze społeczeństwem. Z sondaży wynika, że choć Szwedzi w większości popierają ideę kraju otwartego dla imigrantów, to obawiają się jednocześnie o kulturowe i gospodarcze konsekwencje imigracji.

26 stycznia 2015 r. w Grecji odbyły się wybory do parlamentu, w których mandat do rządzenia dostała skrajnie lewicowa Syriza, która obiecała wyborcom, że zmusi Niemcy i resztę unijnych wierzycieli kraju do umorzenia części monstrualnego długu kraju. To znak, że zdesperowani Grecy nie boją się już opuszczenia Unii, ale też nikt już nie zamierza ich w niej zatrzymywać. Zadłużenie Grecji wynosi już 321,7 mld euro, z czego 240 mld stanowi pomoc finansowa udzielona jej w latach 2010-2014 w celu ratowania gospodarki przed bankructwem. W lutym 2015 r. Grecja dostała z Unii ostatnie 1,8 mld euro, ale problemem nie jest to, że kończy się zapisana poprzednio kroplówka. Kuracja nie działa.

Grecja funkcjonuje w światowej gospodarce dzięki dobrej woli i pieniądzom z Niemiec, a szokowa terapia oszczędnościowa, zlecona przez UE nie przynosi poprawy, przynajmniej z perspektywy greckiej ulicy, na której przybywa bezdomnych i zamkniętych sklepów. W takiej sytuacji społeczno-gospodarczej ultralewicowa Syriza przekonała łatwo Greków, że jedynym ratunkiem dla nich będzie powstanie z kolan i zażądanie od reszty Unii, aby bezpowrotnie pożegnała się ze znaczną częścią pieniędzy wpakowanych w ratowanie jej ekonomii i budżetu. Grecy powołują się przy tym na programy pomocowe, z jakich po wojnie skorzystała RFN i redukcję długów Polski, która w latach 90. szybko wstała z ekonomicznych kolan dzięki solidnemu oddłużeniu.

Zmaltretowanym Grekom ta nowa retoryka przypadła do gustu, ale ludność chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że obecność Grecji w strefie euro, która jeszcze w 2010 r. była dla Berlina i Paryża priorytetem w utrzymaniu wspólnej waluty, dziś nie jest już argumentem wartym dalszych ustępstw. Według mediów niemieckich, rząd już właściwie wkalkulował opuszczenie przez Grecję strefy euro w swoje plany polityczne i ekonomiczne. To zaś oznacza, że Syriza w rozmowach z Brukselą i Berlinem na temat oddłużenia nie będzie mieć tak silnego argumentu, jak się jej początkowo wydawało. Greckie wyjście ze strefy euro oznaczać będzie opuszczenie Unii. Bank Centralny w Atenach zyska swobodę kształtowania polityki monetarnej kraju i pewnie zacznie od powrotu do drachmy i jej znacznego zdewaluowania do euro, co oznacza, że grecki sklepikarz czy hotelarz straci w jeden dzień 30-40 proc. swoich oszczędności (o ile jeszcze jakieś ma), ale zyska na konkurencyjności wobec kolegi z Włoch, który wciąż będzie kasować klientów w droższym euro. Grecja rozpocznie bolesną ekonomiczną rekonwalescencję bez wsparcia bogatych wujków w Unii.

Syriza chyba rozumie, że to byłaby droga do przegranych wyborów, bo Grecy, którzy o większość nieszczęść oskarżają Niemcy, zwaliliby całą winę na rządzących. Kuracja odchudzająca, jaką musieliby zaaplikować krajowi politycy, niekoniecznie będzie wyzwaniem bez kolejnych miliardów z Brukseli. Jeśli się nie uda wyjście Grecji ze struktur UE, Syriza może doprowadzić kraj do bankructwa gospodarczego, dlatego bezpiecznej gdyby Grecja pozostała w UE, negocjując z Niemcami. W sytuacji odrzucenia przez Greków cięć i reform, których domaga się UE, premier Alexis Cipras podał się do dymisji, a w kraju odbyły się kolejne wybory, w których ponownie zwyciężyli politycy Syrizy z Ciprasem na czele. Po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów on też został po raz drugi desygnowany przez prezydenta Prokopisa Pawlopulosa na premiera Grecji, która zapewne będzie musiała wprowadzić niepopularne w społeczeństwie reformy oszczędnościowe.  

Kolejnym krajem, który zamierza akcentować swoją pozycję w ramach UE jest Wielka Brytania. W sondażu przeprowadzonym dla „Guardiana” o preferencjach wyborczych do Parlamentu Europejskiego liderami są konserwatywni libertarianie z UK Independence Party (UKIP), z wynikiem 31 proc., druga jest Partia Pracy – 28 proc., a trzeci – konserwatyści – 19 proc. Jest to szok dla lewicy, bowiem lider libertariańskich konserwatystów Nigel Farage zapowiedział, że idzie do wyborów, aby wyprowadzić kraj z Unii Europejskiej. Niepodległościowcy uważają się za prawdziwych spadkobierców thatcheryzmu. Ich program ma charakter konserwatywny, libertariański i zdecydowanie eurosceptyczny. Partia chce ograniczenia biurokracji, radykalnej obniżki podatków, większej autonomii dla władz lokalnych, obrony swobód obywatelskich (np. zniesienie zakazu palenia) i wolności słowa.

Stosunkowo młode ugrupowanie, założone w 1993 r., zdobyło szybkie poparcie na rozczarowaniu polityczną nieskutecznością i degradacją wartości w Partii Konserwatywnej, która zbliżyła się w swoich poglądach do laburzystów. Program Partii Niepodległości zakłada wyjście Wielkiej Brytanii ze struktur unijnych. W ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. UKIP zdobyła 16,5 proc. głosów, co dało jej aż 13 mandatów. Obecnie ma szanse podwoić, a może nawet potroić ten wynik. Mimo takich sondaży, w wyborach parlamentarnych 7 maja 2015 r. odniosła zwycięstwo Partia Konserwatywna Davida Camerona, która popiera zasadniczy postulat Partii Niepodległości dotyczący wyjścia kraju ze struktur UE. Przed wyborami D. Cameron, obiecał rodakom renegocjacje członkostwa w Unii, a w przypadku, gdyby to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów – referendum o wystąpieniu z UE, co miałoby jednak nastąpić dopiero w 2017 r. Ewentualne wyjście Wielkiej Brytanii z UE zapewne też może odbić się niekorzystnie na polskich imigrantach, którzy już teraz nie są mile widziani ze względu na brytyjską pomoc socjalną dla rodzin polskich pracowników – w tym tych, które pozostały w Polsce.

Pod koniec 2015 r. odbędą się też wybory parlamentarne w Hiszpanii, które będą miały prawdopodobnie jeszcze większy wpływ na system polityczny tego kraju. Przedłużający się kryzys gospodarczy i seria skandali korupcyjnych z udziałem partii głównego nurtu doprowadziły tam do znaczącego wzrostu popularności ugrupowania Podemos, lewicowej partii protestu, której politycy domagają się renegocjacji warunków zadłużenia z krajami członkowskimi Unii Europejskiej oraz dyskusji nad celami ograniczania deficytu budżetowego i restrukturyzacją hiszpańskiego długu.

Wprawdzie Podemos powstał w marcu 2014 r., jednak popularność tego ugrupowania wynosi w 2015 r. ok. 28 proc., a zatem więcej, niż dwie hiszpańskie partie głównego nurtu: Partia Ludowa (PP) i Hiszpańska Partia Socjalistyczna (PSOE). Wzrost poparcia dla Podemosu jest tak duży, że jej przewodnicząca Maria Dolores de Cospedal zadeklarowała gotowość wejścia tego ugrupowania w koalicję rządową z lewicową PSOE. Partia Socjalistyczna (PSOE) na razie odrzuciła ten pomysł, a Partia Ludowa (PP) zupełnie odcięła się od tej deklaracji. Bez względu na reakcje dwóch głównych partii, Podemos zagraża systemowi dwupartyjnemu, który istnieje w Hiszpanii od czasów obalenia dyktatury generała Franco pod koniec lat 70. XX wieku.

Warto przypomnieć, że przed kryzysem finansowym 2010 r. dwie główne hiszpańskie partie zdobywały w sumie od 70 do 80 proc. głosów. Wybory w 2015 prawdopodobnie będą pierwszymi w historii nowoczesnej Hiszpanii, gdy poparcie dla dwóch głównych partii spadnie poniżej 50 proc. Sytuacja jest szczególnie trudna dla Partii Socjalistycznej (PSOE), która w ostatnim czasie przesunęła się na lewo, aby przyciągnąć część wyborców Podemosu. PSOE jednak stoi przed trudną decyzją zawarcia sojuszu politycznego z Partią Ludową (PP), tracąc wyborców lewicowych, albo z Podemosem, tracąc wyborców centrowych. Są to – w przekonaniu autora – modelowe przykłady, w jaki sposób Unia Europejska w obecnym kształcie może się rozpaść bez jednego wystrzału, ponieważ społeczeństwa europejskie mają już dość niejasnych dyrektyw brukselskich, a zaczyna odżywać idea państw narodowych – poza które tak naprawdę Europejczycy nigdy nie wyszli.

Jak w tej sytuacji powinny zachować się narody i państwa Europy Środkowej, czyli historycznego Międzymorza? Zamiast rozpływać się w ponadnarodowej formule UE, jako brukselskiego europaństwa powinny doprowadzić do wzajemnej współpracy politycznej, gospodarczej, kulturalnej i militarnej w formie konfederacji. Niestety, ich współczesne elity polityczne nie są jednak do tego zdolne, dlatego też wyzwanie to powinny podjąć środowiska patriotyczne tych krajów – tak niedawno przecież zniewolonych przez imperium sowieckie. 

Głównym założeniem idei Międzymorza jest utworzenie na obszarze bałtycko-adriatycko-czarnomorskim bloku państw i narodów współpracujących ze sobą. Międzymorze jest pojęciem historycznym i geopolitycznym. Na obszarze położonym między Niemcami a Rosją, powstały historyczne królestwa Czech, Polski, Węgier i Chorwacji, a w momencie przyjęcia religii rzymsko-katolickiej państwa te znalazły się w kręgu cywilizacji łacińskiej. W ciągu kolejnych wieków, w dziejach I Rzeczypospolitej, Królestwa Węgier i Królestwa Czech ważną rolę odgrywała dynastyczna polityka Jagiellonów, jednak w XVIII w. obszar ten zdominowany został przez wpływy Rosji, Niemiec, Austrii, a na południu (nad Adriatykiem) także Turcji. Klęska trzech pierwszych mocarstw w 1918 roku stworzyła geopolityczne warunki dla zmian w tej części Europy, ale ład wersalski poprzez ograniczenie roli Polski, stworzenie sztucznego zlepku narodów w postaci Jugosławii i rozbiór Węgier po traktacie trianońskim z 1920 r. skutecznie uniemożliwiły współpracę państw Europy Środkowej.

Prekursorem idei Międzymorza w polskiej polityce był Józef Piłsudski, który jako Tymczasowy Naczelnik Państwa w latach 1918-1922 podjął próbę realizacji federacyjnych projektów w tym regionie Europy, czego wyrazem była wyprawa kijowska, podjęta w kwietniu 1920 r. Celem federacji Polski z Ukrainą, Białorusią i Litwą było odtworzenie polskich wpływów na Kresach Wschodnich, które do 1795 r. stanowiły integralną część obszaru I RP. Dzięki tej idei Polska miała szansę odgrodzenia się od Rosji, targanej od wiosny 1918 r. wojną domową, która była konsekwencją przewrotu bolszewickiego z 1917 r. Federacja Polski z Litwą i Ukrainą i jej wpływ na kształtowanie się państwowości białoruskiej stanowił dla piłsudczyków ośrodek siły, który w ich koncepcji był matecznikiem Międzymorza. W latach 30. tę koncepcję kontynuowały środowiska piłsudczykowskie, głównie młodzi konserwatyści skupieni wokół pism „Bunt Młodych” i „Polityka”.

Podczas drugiej wojny światowej idea stanowiła dla emigracyjnych rządów Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Czechosłowackiej podstawę podpisanej w 1940 r. deklaracji o utworzeniu konfederacji polsko-czechosłowackiej. Koncepcja tej konfederacji cieszyła się poparciem wszystkich ugrupowań niepodległościowych, i to zarówno emigracyjnych, jak i Polskiego Państwa Podziemnego w okupowanym przez Niemców i Sowietów kraju. Jednocześnie każde z tych ugrupowań rozwijało własną, znacznie szerszą wizję konfederacji środkowoeuropejskiej.

Stronnictwo Narodowe podkreślało, że między Niemcami a Związkiem Sowieckim nie ma miejsca na słabe państwo polskie, dlatego też wyzwaniem dla Polski miało być stworzenie w Europie Środkowej systemu bezpieczeństwa. Stronnictwo opowiadało się za granicą ryską na Wschodzie oraz istnieniem niepodległych państw bałtyckich z wyjątkiem Litwy, która jako „siedlisko intryg niemiecko-rosyjskich” miała być włączona do Polski. Polityczno-militarny sojusz tworzyłyby: Polska, Czechy, Węgry, Grecja, Jugosławia, Turcja, Bułgaria i Rumunia. Koncepcja Stronnictwa Narodowego zakładała również stworzenie bloku współpracujących państw i narodów. Ten 190-milionowy obszar, od Skandynawii aż po Adriatyk i Bałtyk, miał stanowić (obok bloku Skandynawskiego i Zachodniego) jeden z filarów bezpieczeństwa Starego Kontynentu. Jego warunkiem było zniszczenie militarnej, gospodarczej i kulturalnej pozycji Niemiec. Inne środowiska narodowe, jak np. grupa „Szańca”, opowiadały się za systemem bezpieczeństwa Europy Środkowej opartym na sojuszu Polski z Węgrami i Rumunią oraz konfederację z Czechosłowacją.

Również piłsudczykowski Obóz Polski Walczącej, jako kontynuator przedwojennego Obozu Zjednoczenia Narodowego propagował stworzenie bloku środkowoeuropejskiego, który miał obejmować Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i następnie inne państwa regionu. Oryginalne koncepcje głosiła także katolicko-narodowa Unia Jerzego Brauna. Politycy z jej środowiska uważali, że narody zamieszkujące miedzy Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym miały tworzyć potężne państwo związkowe, prowadzące wspólną politykę zagraniczną i obronną, a fundamentem polityki gospodarczej tego związku miała być unia celna i monetarna.

Z kolei Front Odrodzenia Polski pod przewodnictwem Zofii Kossak-Szczuckiej oraz pismo „Pobudka” propagowały koncepcję Związku Środkowo-Europejskiego, który miał obejmować zachodnią i południową Słowiańszczyznę z poszanowaniem niezawisłości poszczególnych narodów. Podobnie też za ideą Unii Państw Słowiańskich opowiadało się Stronnictwo Pracy, partia o proweniencji chrześcijańsko-demokratycznej.

Środowiska ruchu ludowego popierały z kolei konfederację środkowoeuropejską, w której główną rolę miała pełnić Polska połączona sojuszem z Czechami, Słowacją, Ukrainą, Węgrami i państwami nadbałtyckimi: Litwą, Łotwą i Estonią oraz Białorusią jako autonomiczną częścią Polski. Największe ugrupowanie tego nurtu – Stronnictwo Ludowe propagowało utworzenie „państwa związkowego bratnich narodów”: polskiego, czeskiego, słowackiego, ukraińskiego i białoruskiego, które zdolne byłoby zabezpieczyć się zarówno przed imperialną polityką Sowietów jak i Niemców. Niestety, geopolityczne położenie Polski i pozostałych, ewentualnych udziałowców tych koncepcji w strefie sowieckiej po 1944 r., a w konsekwencji narzucenie tym państwom systemu sowieckiego i „sojusznicza okupacja” ich terytoriów wykluczała możliwość ich realizacji do 1989 r.

Po upadku komunistycznych dyktatur w krajach sowieckiej strefy wpływów w 1989 i rozpadzie ZSRR w 1991 r. zmieniły się uwarunkowania geopolityczne w tym regionie Europy i państwa zniewolone 45 lat przez Sowietów zaczęły szukać alternatywnych rozwiązań dla swojej pozycji w środowisku międzynarodowym. Elity polityczne państw Międzymorza musiały mieć świadomość, że imperium sowieckie rozpada się, ale Rosja potrafi podnieść się z upadku – co już nieraz pokazywała w swojej historii.      

Po powstaniu w 1991 r. Grupy Wyszehradzkiej, skupiającej Polskę, Czecho-Słowację (od 1993 r. Czechy i Słowację) oraz Węgry, wiele polskich środowisk politycznych wyrażało nadzieję, że może być to pierwszy krok w kierunku bliskiej współpracy. Jednak aktywność rządów państw tworzących Grupę Wyszehradzką zamiast w kierunku pogłębiania wzajemnej współpracy koncentrowała się na wspomaganiu w drodze do Unii Europejskiej, po czym – po wstąpieniu doń 1 maja 2004 r. współpraca zamierała w sposób naturalny, a scedowano ją na konto polityki władz i struktur unijnych. Jak wspomniano, Międzymorze jest obszarem geopolitycznym i historycznym, a obecnie obejmuje: kraje bałtyckie – Litwę, Łotwę i Estonię, państwa zachodniosłowiańskie – Polskę, Czechy, Słowację, Ukrainę i Białoruś oraz segment dunajsko-bałkański – Węgry, Chorwację, Słowenię, Rumunię, Mołdawię, Macedonię, Bułgarię, Albanię, Serbię, Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę.

Konfederacja środkowoeuropejska powinna mieć wymiar gospodarczy poprzez utworzenie strefy wolnego handlu i polityczno-instytucjonalny. Poważną przeszkodą na są tu jednak historyczne zaszłości i resentymenty np. pomiędzy krajami byłej Jugosławii, Czechami i Słowakami, Węgrami i Rumunami. Nasuwa się też pytanie: czy obecna Ukraina – która deklaruje chęć wstąpienia do NATO i UE – zdolna będzie kształtować swoją przyszłość na fundamencie cywilizacji łacińskiej, czy też w oparciu o zbrodniczą ideologię szowinizmu ukraińskiego UPA?

Próbę realizacji idei Międzymorza, jako silnego bloku wschodniego w ramach Unii Europejskiej w latach 2005-2010 podjął ówczesny prezydent RP, prof. Lech Kaczyński. Słusznie zauważył Bartosz Światłowski, że: Wojna w Gruzji, idea wschodnia Lech Kaczyńskiego czy szczyty energetyczne dały jasny argument na to, że widzenie Polski jako lidera regionu, jako kraju tworzącego rzeczywistość międzynarodową i wygrywającego geopolitykę na własną korzyść nie jest ideologiczną mrzonką. Kaczyński dał jasny sygnał – jakościowa zmiana miejsca Polski na świecie jest nie tylko pożądana, planowana, wymarzona – ta zmiana jest możliwa tu i teraz, w dodatku w oparciu o do bólu racjonalne i pragmatyczne warunki polityki energetycznej. Ci co widzieli w tym postępowaniu „potrząsanie szabelką” zdawali się zapominać, że gra idzie nie o to, kto zdobędzie więcej prestiżu, ale o to, kto na lata zapewni sobie bezpieczeństwo i silną pozycję. Ten realizm „geopolityki rurociągów” nie mógł być jednak pełny bez neoprometeizmu, bez szlachetnego i jakże polskiego hasła „za wolność naszą i waszą”, czyli bez przekonania, że twarda Realpolitik nie unieważnia ideałów i romantycznych celów. Urzeczywistniało się to tak w jednostkowej postawie Lecha Kaczyńskiego na placu przed gruzińskim parlamentem, jak i w strategicznie wyznaczonym celu przyciągania państw Wschodu i Kaukazu w zachodnie struktury. Była to idea, której źródeł można poszukiwać w polityce Jagiellonów, przyobleczona w nowoczesną, ekspercką i realistyczną koncepcję podmiotowego współtworzenia przez Rzeczpospolitą architektury energetyczno – geopolitycznej”.

Lech Kaczyński stwierdził w swoim ostatnim wywiadzie, iż „… mocna pozycja na Wschodzie to mocniejsza pozycja w Unii, a to z kolei, wraz z dobrymi stosunkami z USA, mocniejsza pozycja wobec Rosji. Dlatego też fundamentem jego polityki zagranicznej była polityka wschodnia. Zafascynowany dziejami Rzeczypospolitej Obojga Narodów, osobą marszałka Józefa Piłsudskiego, ideą sojuszu z Ukrainą, koncepcją polityki wschodniej Giedroycia i Mieroszewskiego i jej adaptacji do współczesnych realiów, zdawał sobie sprawę z faktu, iż osiągniecie statusu podmiotu w relacjach z Unią Europejską i jej największymi państwami wymaga zbudowania głębokiej koalicji państw Europy Środkowowschodniej.  Jednak realizm polityczny L. Kaczyńskiego wobec Rosji nakazywał walkę o podmiotowość i bezpieczeństwo kraju poprzez politykę energetyczną. Lech Kaczyński widział, że cele polityki wschodniej Polski musiały być ambitne, musiały wykraczać poza przedmiotową rolę regionu Europy Środkowo-Wschodniej w rozgrywkach wielkich imperiów. Podmiotowość, budowana wspólnocie interesów, wynikających z geopolitycznych i energetycznych uwarunkowań powstała na bazie pewnej wspólnej, realistycznej drogi dochodzenia swoich praw względem silniejszych państw. Sposobem realizacji polityki wschodniej państw Europy Środkowowschodniej, nadbałtyckich i Kaukazu stała się polityka energetyczna.

System energetyczny Polski ciągle jest oparty głównie węglu, choć wykazuje jednocześnie ciągły wzrost zapotrzebowania na inne źródła energii, jak gaz i ropa, co wiąże się z wyczerpywaniem zasobów węglowych, a jak się przyjmuje zagrożenie szantażem energetycznym pojawia się w przypadku importu ponad 20 % całości sprowadzanego surowca od jednego dostawcy. W wypadku Polski stanowi to około 60 % ropy i gazu pochodzących z rosyjskiego importu. Oznacza to znaczne uzależnienie  Polski od dostaw z Rosji. Poza tym Polska jest terytorium gazu do państw Europy Zachodniej, dlatego w interesie Polski jest utrzymanie swojego statusu pośrednika w dostawach tych surowców, a inne próby transportu surowców rosyjskich do UE są w sprzeczności z deklarowaną przez UE solidarnością energetyczną i uderzają bezpośrednio w interesy Polski. Ta sytuacja grozi Polsce szantażem energetycznym ze strony Rosji. Podpisane przez Rosję i Niemcy we wrześniu 2005 roku porozumienie w sprawie budowy Gazociągu Północnego, leżącego na dnie Morza Bałtyckiego i omijającego Polskę wraz z jej wschodnimi sąsiadami, spotkało się ze sprzeciwem władz polskich, kontrowersje budził zwłaszcza fakt ekonomicznej nieopłacalności projektu, który dodatkowo miał zastąpić budowę planowanej dotąd drugiej nitki gazociągu jamalskiego.

Czynnikami zaostrzającymi sytuację tuż przed wyborem L. Kaczyńskiego na prezydenta RP były też kwestie historyczne, głównie poparcie jesienią 2004 r. przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie. Od tego momentu Rosja rozpoczęła wojnę historyczną, której celem była rewizja faktów historycznych na potrzeby wielkomocarstwowej polityki Moskwy. Groźne dla polityki historycznej było stwierdzenie prezydenta Rosji, Władimira Putina, iż upadek ZSRR był największą katastrofą geopolityczną XX wieku. Inne przykłady reinterpretacji przeszłości to obchody zwycięstwa drugiej wojny światowej, podczas których został odznaczony komunistyczny generał, Wojciech Jaruzelski – wykonawca woli Kremla w latach 1943-1990, czy marginalizacja prezydenta A. Kwaśniewskiego, umorzenie śledztwa katyńskiego i nieprzedstawienie stronie polskiej najważniejszych dokumentów w sprawie mordu na polskich oficerach, czy obchody 750 – lecia Kaliningradu bez obecności przedstawicieli władz polskich. W warunkach odrodzenia rosyjskiej polityki neoimperialnej, nie znoszącej sprzeciwu – zarówno w wymiarze symbolicznym jak i geopolitycznym prezydentem RP został Lech Kaczyński, a rządy objęła partia Prawo i Sprawiedliwość.

Pionierskim pomysłem Lecha Kaczyńskiego w realizacji polityki wschodniej wobec Rosji były zorganizowane przez prezydenta i jego sojuszników szczyty energetyczne, które wraz ze wspólnym wyjazdem prezydentów państw regionu podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r. były momentami kreacyjnymi polskiej polityki zagranicznej i geopolityki regionalnej. Podczas tych wydarzeń Polska udowodniła, że jest w stanie kreować sytuację geopolityczną w regionie, co wywołuje pośpieszną reakcję Rosji, że są skuteczne w obronie niepodległości państw sojuszniczych, i dodajmy, że stało się to pierwszy raz od 1989 r., gdy Polska ukazała swoją pełną podmiotowość w stosunkach międzynarodowych. Polska została też regionalnym przywódcą, którego inicjatywy zorientowane były na energetyczną emancypację państw odbiorców, uniezależnienie krajów tranzytowych oraz ekonomiczną korzyść dostawców energii. Dzięki tej polityce podmiotowość stała się wspólnotą interesów państw regionu, grupujących się wokół pragmatycznej, realistycznej osi wspólnych spraw.

Pierwszym przejawem tworzenia przestrzeni interesów energetycznych państw leżących nad Morzem Bałtyckim, Kaspijskim i Czarnym stał się szczyt energetyczny zorganizowany przez prezydenta Kaczyńskiego w maju 2007 roku w Krakowie, gdzie gościli prezydenci Ukrainy, Litwy, Gruzji, Azerbejdżanu oraz przedstawiciel Kazachstanu. Efektem szczytu było powołanie międzyrządowej grupy ds. energetyki, zapowiedzią stworzenia spółki budującej dalszą część ropociągu Odessa-Brody-Płock-Gdańsk. Mimo zapewnień prezydenta Kaczyńskiego o nie konfrontacyjnym charakterze zjazdu, realistycznym uzasadnianiu, że Polska wobec swojego potencjału zasobów nośników energii nie może być konkurencją dla Rosjan, Moskwa nie pozostała obojętna wobec tej inicjatywy, a w odpowiedzi zorganizowała ona pośpiesznie kontrszczyt Władimira Putina, któremu udało się zatrzymać w Turkmenbaszy prezydenta Kazachstanu, Nursułtana Nazarbajewa. Jednak obecność na Wawelu sekretarza stanu w ministerstwie energetyki Kazachstanu oraz jego podpis pod wspólną deklaracją prezydentów, wskazywały na szansę przekonania Kazachów do włączenia się w projekt celem zdywersyfikowania rynków zbytu, gdy tymczasem Putin dążył do rozwoju nadkaspijskiego połączenia surowcowego, które tłoczyłoby nośniki energii z Turkmenistanu przez Kazachstan do Rosji.

Rurociąg Odessa-Brody-Płock budził też kontrowersje związane z jego ekonomiczną opłacalnością – była to jednak cena, jaką należało zapłacić w celu choćby częściowego uniezależnienia energetycznego od Rosji. Podczas szczytu akcentowano także znaczenie budowy gazociągu Nabucco, wspieranego przez Komisję Europejską – dla energetycznej solidarności UE i większej przejrzystości na rynkach surowców. I choć spotkanie przywódców nie miało oficjalnego, jednoznacznego poparcia państw UE i USA, prezydent Kaczyński niestrudzenie przekonywał unijnych decydentów:  Plan związany z ropociągiem Odessa–Brody–Gdańsk, czy z Nabucco to nie są plany, które są dla poszczególnych państw europejskich. One w istocie służą całej Europie, całej Unii Europejskiej i wydaje mi się, że byłoby bardzo dobrze, żeby Unia Europejska sobie to do końca uświadomiła.

Niestety, szczyt spotkał się z krytyką opozycji jeszcze przed jego rozpoczęciem, uświadamiając prezydentowi jak bardzo kruchy pozostaje kompromis między różnymi środowiskami politycznymi dotyczący polityki zagranicznej. Był to sygnał ostrzegawczy przed hipotetyczną zmianą rządu już na jesieni tego samego roku, co przyniosło fatalne konsekwencje dla spójności polskiej polityki zagranicznej. Również kwestii energetycznych dotyczyły rozmowy prowadzone na czerwcowym spotkaniu organizacji GUAM w Baku, gdzie prezydent RP został zaproszony jako honorowy gość. Kaczyński przekonywał o konieczności pogłębiania wspólnej inicjatywy energetycznej, o euroatlantyckich aspiracjach i perspektywach państw zrzeszonych w Organizacji na rzecz Demokracji i Rozwoju Gospodarczego. W październiku 2007 r. doszło do kolejnego szczytu energetycznego – tym razem w Wilnie, z udziałem tych samych przedstawicieli, co w Krakowie, dodatkowo z udziałem prezydentów Łotwy, Rumunii oraz reprezentantów UE i USA. Jego najważniejszym rezultatem było powołanie międzynarodowego konsorcjum Sarmatia, które do umowy polsko-ukraińskiej dołączało przedsiębiorstwa litewskie, gruzińskie i azerskie.

Zachwianiem w pozytywnym bilansie spotkania był fakt nie podpisania umowy o budowie mostu energetycznego między krajami bałtyckimi i Polską. Warto podkreślić profesjonalizm szczytów, które były polityczno-eksperckimi spotkaniami, na których wypracowywano wspólną strategię rozwoju przestrzeni energetycznej, a potwierdzeniem rosnącego zainteresowania innych członków UE koncepcją Kaczyńskiego, stał się kolejny szczyt energetyczny, odbywający się w maju 2008 r. w Kijowie. Oprócz stałego składu prezydenckiego, wzięli w nim udział przywódcy Łotwy, Estonii oraz przedstawiciele Kazachstanu, Słowacji, Bułgarii, USA i UE. Rozważano wówczas coraz szerszą koncepcję euroazjatyckiego korytarza transportowego, włączającą w przyszłe plany rafinerie słowackie i czeskie, które wykazywały zainteresowanie importem kaspijskiej ropy. Ta wysoce suwerenna i asertywna postawa środkowowschodnich członków UE i ich sprzymierzeńców budziła niepokój polityków unijnych. Komisja Europejska dostrzegając niebezpieczeństwo w ukraińskim postulacie stworzenia nowej organizacji zajmującej się realizacją prezydenckich pomysłów, źle oceniła spotkanie głów państw Wschodu, uznając ich pomysły za zagrażające spoistości Unii Europejskiej. Była to o tyle kuriozalna ocena, że w tle jawił się już niemiecko-rosyjski gazociąg Nordstream, którym gaz miał być tłoczony bezpośredni z Rosji do Niemiec pod dnem Morza Bałtyckiego – z ominięciem „niepokornych” wobec Rosji państw bałtyckich i Polski, której dodatkowo blokował wejścia dużym statkom do portów zespołu Szczecin-Świnoujście, co było jedną z przyczyn ograniczenia ich obrotów towarowych i zwolnień znacznej części pracowników.   

Mimo tych problemów, bilans wdrażania idei Lecha Kaczyńskiego jest pozytywny. Sukcesem zakończyły się zabiegi o uzyskanie poparcia UE, udało się zapewnić przychylność Azerbejdżanu, Ukraina zaczęła wyrastać na najbardziej zaangażowanego sojusznika, a całe przedsięwzięcie znajdowało coraz większe zainteresowanie wśród państw regionu. Poza tym jego koncepcja miała charakter długofalowy i strategiczny, nie ograniczając swojego zasięgu do kilku lat, czy zamkniętej grupy odizolowanych państw. Prezydent Kaczyński rozumiał niezbędność użycia realnej przynęty, którą trzeba było zwabiać inne państwa regionu do współpracy, łącząc podejście z kwestią zwiększania bezpieczeństwa energetycznego Polski z neoprometejskim odcinaniem państw WNP od wpływów neoimperialnej Rosji. Testem tej sojuszniczej lojalności okazała się wojna w rosyjsko-gruzińska w sierpniu 2008 r., podczas której prezydent Kaczyński postanowił wykorzystać cierpliwie przez siebie budowany alians państw regionu do obrony niepodległości Gruzji. 

Zaogniająca się sytuacja w rejonie północnej Gruzji (Abchazja, Osetia Południowa), której wyrazem były wielkie rosyjskie manewry wojskowe „Kaukaz 2008” i ostrzeliwanie baz gruzińskich w dniach 8-12 sierpnia 2008 r. doprowadziła do wybuchu otwartego konfliktu.

Po rozpoczęciu walk zbrojnych, ujawniła się jednak fundamentalna rozbieżność w pomysłach na rozwiązanie konfliktu, jaki proponowała Kancelaria Premiera i ośrodek prezydencki. Mimo początkowo wspólnego potępienia rosyjskich bombardowań, rząd prezentował europejską ścieżkę zażegnania sporu zgodnie z przekonaniem premiera Tuska, iż to co leży w interesie rządu, to aktywne współtworzenie przez Polskę głównego nurtu zdarzeń europejskich, co oznaczało silne poparcie dla mandatu UE na rozejmowe negocjacje z Rosją. Premier podkreślał, że to UE powinna doprowadzić do wstrzymania walk i moderowania pokojowych ustaleń. Inną wizję miał Lech Kaczyński, który uważał, że zasadnicza kwestię stanowiły zachowanie integralności terytorialnej i niepodległości Gruzji. Temu celowi służyła też deklaracja przywódców Polski, Litwy, Łotwy i Estonii potępiająca imperialną politykę Kremla i wzywającą NATO i UE do podjęcie zdecydowanych, konkretnych działań.

Kulminacyjnym momentem wydarzeń był wyjazd 12 sierpnia 2008 r. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przywódców państw sąsiadujących z Rosją do Tbilisi, prezydentów Ukrainy – Wikotra Juszczenkę, Litwy – Valdasa Adamkusa, Łotwy – Ivarsa Godmanisa i Estonii – Toomasa Hendrika Ilvesa. Inicjatywę poparł także prezydent Azerbejdżanu, Gajdar Alijew udostępniając karawan samochodów niezbędny do przewozu delegaci z Azerbejdżanu do Gruzji. Była to chwila kluczowa dla niepodległości całej Gruzji, ponieważ zbliżające się do Tbilisi wojska rosyjskie, na wiadomość o obecności w stolicy głów państw członkowskich NATO i UE musiały wstrzymać ofensywę, dlatego też działania polityczne prezydenta L. Kaczyńskiego pokazywała potencjał skuteczności wykorzystania realistycznego mechanizmu stosunków międzynarodowych, jakim było zebranie koalicji mniejszych państw neutralizujących działania potężniejszego, rosyjskiego przeciwnika – możemy tu mówić o polityce miękkiego nacisku – soft power. Przed parlamentem gruzińskim prezydent wygłosił przemówienie, w którym wprost stwierdził: Jesteśmy tu po to by walczyć. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy „nie!”. Wiele wskazuje na to, że 10 kwietnia 2010 r. Rosja wzięła na nim tragiczny w skutkach odwet za te słowa… – Kaczyński przestał też „przeszkadzać” polskim agentom Kremla.

Jednak warunki rozejmu były ustalane między prezydentem Rosji, Dmitrijem Medwiediewem a prezydentem Francji, Nicolasem Sarkozym, który przewodził ówcześnie całej Unii w ramach prezydencji francuskiej. Niestety sześciopunktowy plan obu przywódców potwierdzał obawy Lecha Kaczyńskiego odnośnie miękkiej postawy UE i faktycznego podziału terytorium Gruzji – wynegocjowane porozumienie pozostawiało nierozstrzygnięty status przynależności Abchazji i Osetii Południowej. Poza tym plan został naruszony już na początku obowiązywania, ponieważ Rosjanie złamali punkt 5, dotyczący wycofania wojsk na pozycje zajmowane przed rozpoczęciem walk), dlatego też polityka Sarkozy’ego przyniosła porażkę unijnej polityce pojednania, prowadzonej początkowo (co warto podkreślić) nie przez wspólnotowe instytucje, jak np. Wysoki Przedstawiciel ds. WPZiB lub szef KE, ale pod dyktando Rosji. Jak przekonywał znawca polityki wschodniej Juliusz Mieroszewski: Nie wszystko, co jest szlachetne i romantyczne, musi być nierealistyczne. Sprawdzianem i kryterium realizmu jest konieczność. Konieczność ratowania życia, konieczność ratowania niepodległości państwowej. (…) Konieczność można zdefiniować jako brak wyboru. Droga jedyna jest konieczna, a tym samym realna – ponieważ innej drogi nie ma. Lech Kaczyński miał pełną świadomość i wagę znaczenia tych słow.

Konflikt gruziński pokazał różnice między liberalną, wspólnotową i deklaratywną polityką rządu, a realistyczną, sojuszniczą, konfiguracyjną i geopolityczną postawą obozu prezydenckiego. Zdecydowana reakcja prezydenta Lecha Kaczyńskiego pozwalała podjąć szybko decyzję dotczaca poparcia Gruzji w wojnie z Rosją. Jego gruzińska eskapda ukazała wielką intuicję geopolityczną.

Zmiana koalicji rządzącej po przegranych przez PiS jesienią 2007 r. wyborach parlamentarnych doprowadziła do zmiany sposobu pojmowania kwestii międzynarodowych przez polityków kierujących polską polityką zagraniczną. Od samego początku premier, Donald Tusk podkreślał palącą konieczność poprawy stosunków z Rosją, a rzekome ich „polepszenie” odbyło się kosztem sojuszu z Litwą, która na forum UE samotnie sprzeciwiała się rosyjskiej polityce. Symbolicznym i symptomatycznym gestem Tuska był wyjazd najpierw do Moskwy, a potem do Kijowa, a także nieobecność premiera na szczycie energetycznym w stolicy Ukrainy. Ukraińcy musieli odczytać ów sposób rozłożenia akcentów jako odejście od dotychczasowej polityki polskich władz. Potwierdzała to opinia prof. Bohdana Osadczuka: Od kilkunastu lat Ukraina była dla Polski na pierwszym planie. I nagle się to zmieniło.(…) Tak było za Wałęsy, za Kwaśniewskiego i tak się zapowiadało za prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale przyszedł do władzy premier Tusk i lekkomyślnie obalił ten fundament. W Warszawie zarzucono idee eksperckich spotkań energetycznych i koncepcję śp. Prezydenta tworzenia niezależnej od rosyjskiego potentata przestrzeni geopolityczno-energetycznej. W kontaktach z Rosją postawiono na kartę ocieplenia personalnych relacji przywódców państw, co odbiło się na satelickiej wręcz pozycji Polski w Unii Europejskiej, która odtąd stała się głównym punktem odniesienia dla polityki Donalda Tuska. O ile Lech Kaczyński używał geopolitycznego klucza w interpretacji stosunków międzynarodowych, o tyle premier Tusk kierował się wewnętrznymi uwarunkowaniami popularności swoich decyzji i zewnętrznymi wskazówkami o naturze wizerunkowej. Rzeczpospolita Polska włączyła się w główny nurt polityki europejskiej, rezygnując z ambicji wdrażania anachronicznych zdaniem Sikorskiego idei jagiellońskich.

Prezydent Kaczyński w swojej „geopolityce rurociągów” był przekonany o twórczych możliwościach polskiej polityki zagranicznej. Nie lekceważąc ograniczeń geopolitycznych państwa, L. Kaczyński starał się zewnętrzne uwarunkowania wygrywać na korzyść zarówno Polski, jak i państw sąsiednich. Polityce Tuska na ogół towarzyszył realizm pesymistyczny, czy może deprecjacyjny przebrany w liberalną retorykę. Szczególny fatalizm wykazywał premier np. w stosunku do niemieckich planów, uznając, że nasi sąsiedzi (…) i tak zrobią, co uznają za stosowne. Wyrażał tym samym przekonanie, że Polska niewiele może osiągnąć budując niezależne, suwerenne koncepcje polityczne, dlatego też dyplomacja polska powinna najściślej współpracować z niemiecko-francuskim tandemem, próbując podnosić swoją wartość w Unii Europejskiej. Europocentryzm polityki Tuska i Sikorskiego przejawiał się w równoczesnym odejściu od idei bliższego związania sojuszem z USA, ponieważ w liberalnej optyce rządu nie było miejsca na gorące konflikty, zagrożenie dla pokoju w tej części Europy. Rząd PO bezkrytycznie związał się z moralnie rozłożoną przez różne ruchy lewackie, często związane z marksizmem kulturowym, politycznie poprawną Europą Zachodnią.

Charakterystycznym dla Tuska i Sikorskiego punktem zagranicznych planów, było lobbowanie za polskimi kandydatami na ważne funkcje w instytucjach międzynarodowych, a wybór prof. Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego przedstawiano jako wielki sukces i potwierdzenie rosnącego znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Jeszcze większą oprawę propagandową kontrolowane przez poprawnych politycznie dziennikarzy, związanych z obozem władzy (PO) media nadały nominacji Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli odpowiednika kolektywnej prezydentury UE, niczym, np. Rada Państwa PRL. Jak już wspomniano, polityka zagraniczna prezydenta stanowiła konfiguracyjny model rozpoznawania i definiowania wspólnych i rozbieżnych interesów politycznych, na różnych płaszczyznach instytucjonalnych, co wymagało sprawności negocjacyjnej i przede wszystkim strategicznego myślenia w kategoriach wyzwań dla bezpieczeństwa  i przyszłości Polski i Europy. W przypadku ministra Sikorskiego podjął on próbę odpowiedzi na bieżące wyzwania w dość gwałtowny sposób, jak np. tzw. doktryna Sikorskiego wygłoszona trzy miesiące po wojnie gruzińskiej, proponująca reakcję wspólnoty euroatlantyckiej w razie rosyjskiej interwencji na Ukrainie). Na forum Unii Europejskiej rząd Donalda Tuska obawiał się wetować niekorzystne dla Polski rozwiązania dotyczące paktu energetyczno-klimatycznego czy de facto wspierał Rosję w rozmowach z UE, przekreślając sojusz z państwami bałtyckimi i zrywając solidarność z Gruzją.

Polityka D. Tuska była zaprzeczeniem i całkowitą negacją dyplomacji Lecha Kaczyńskiego. Powstaje pytanie skąd się bierze taka zasadnicza odmienność w pojmowaniu relacji międzynarodowych, skąd to dryfowanie i minimalizm w polskiej polityce zagranicznej po 10 kwietnia 2010 r.? Czy to faktycznie fundamentalna różnica w filozofiach polityki zagranicznej? A może prozaiczna, aczkolwiek na dłuższą metę autodestrukcyjna i zabójcza konieczność odróżnienia się od poprzedników, wywołana wewnętrzną walką polityczną?

Warto też przytoczyć dwie opinie dotyczące rządów braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz zmiany wektorów polityki zagranicznej, jakiej dokonał premier Tusk. Pierwsza ocena pochodzi od rosyjskiego politologa dobrze notowanego na Kremlu: Uparcie broniąc swojego stanowiska, Kaczyńscy naprawdę podnieśli status Polski w UE. To oni zmusili duże europejskie stolice do liczenia się ze stanowiskiem Warszawy i do tego, by o wiele więcej niż dotąd uwagi poświęcać nowym państwom członkowskim. Ustępstwa, do których zmuszono Unię w ostatnich miesiącach(…), zapewniły bowiem Polsce stabilną pozycję na wiele dziesięcioleci. Autorem drugiej oceny jest b. premier Litwy, Vytautas Landsbergis, który stwierdził: Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łato staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina. Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Lech Kaczyński poleciał do Smoleńska na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej i „wszystko się zmieniło” – przynajmniej do nowego rozdania w polskiej polityce zagranicznej, które nastąpiło 24 maja 2015 r.  po wyborze Andrzeja Dudy ma urząd prezydenta RP. Przed Polską stanęła realna perspektywa odzyskania podmiotowości w polityce międzynarodowej i przywództwa regionalnego państw Międzymorza, przedwcześnie opuszczonego przez Lecha Kaczyńskiego z powodów geopolitycznych.  

W kontekście katastrofy smoleńskiej i spowodowanej nią polityki serwilizmu wobec Unii Europejskiej lat 2010-2015 polskie elity polityczne muszą sobie uświadomić, że rzeczywistą jedność Europy i Europejczyków może zagwarantować dopiero wspólnota kulturowa. W wypadku Polski i innych państw Międzymorza należy również jak najszybciej odbudować sojusz geopolityczny na tym obszarze, z udziałem Finlandii, Szwecji, krajów bałtyckich – na północy, zaś Rumunii, Bułgarii Grecji, Turcji i państw kaukaskich – na południu. Jeśli chodzi o Europę Środkowa, to konieczna jest odbudowa realnej pozycji politycznej Grupy Wyszechradzkiej, co jest związane z jej kryzysem na skutek odmiennych stanowisk Polski, Czech, Słowacji i Węgier w kwestii kwot imigracyjnych. Powyższe działania są niezbędnym elementem kontynuacji geopolityki Międzymorza śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, brutalnie przerwanej w wyniku do dziś niewyjaśnionej katastrofy smoleńskiej. Trzeba do niej wrócić, zwłaszcza w kontekście zagrożenia Polski i całego regionu Europy Środkowej przez rosyjską geopolitykę rurociągów, która jest początkiem podporządkowywania Rosji obszaru UE. Ostatecznym celem tej geopolityki połączonej z geoekonomą jest niewątpliwie utworzenie Związku Europy – czy bardziej nawet Związku Eurazjatyckiego przez Rosję – pod przewodnictwem rosyjsko-niemiecko-francuskiego triumwiratu. Powstanie takiego tworu byłoby realizacją koncepcji jednego z bliskich współpracowników W. Putina – prof. Siergieja Karaganowa, który w trzy miesiące po katastrofie smoleńskiej pisał o „Związku Europy”. Niestety, kultura jest najsłabszym elementem Międzymorza. Trudno też mówić o jego tożsamości, ponieważ jest ono obszarem, na którym ścierają się cywilizacje łacińska (państwa o przewadze ludności katolickiej) i bizantyńska (państwa o przewadze ludności prawosławnej). Stąd powstanie bloku Międzymorza to długi, budowany stopniowo proces. Pierwszym jego etapem musi być konfederacja wolnych i niezależnych narodów związanych zarówno unią gospodarczą i militarną, jak i jednością kulturowo-cywilizacyjną. Chodzi tu o Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i Chorwację. Konfederacja tych państw może stać się w przyszłości fundamentem sojuszu państw Europy Środkowej. Do takiego bloku warto by chyba również zaprosić na północy Europy Finlandię i Szwecję, a na południu również Bułgarię, Cypr, Grecję, Turcję, a także państwa regionu Kaukazu Południowego – Azerbejdżan i Gruzję. Taki blok geopolityczny i geoekonomiczny może być podstawą silnego rozwoju ekonomicznego tego regionu Europy, budowanego na fundamencie Wolnej Europy Ojczyzn.

W swoich założeniach powinna ona odwołać się do tradycji cywilizacji chrześcijańskiej (łacińskiej i grecko-bizantyjskiej), do idei pracy organicznej i wspólnoty historycznej narodów ją zamieszkujących – w celu niwelowania nacjonalizmów lub wręcz szowinizmów, na rzecz wzajemnie korzystnej współpracy, opartej o wartości duchowe, silną ekonomię i pragmatyzm na rzecz wzajemnie korzystnej współpracy. Na takim fundamencie, odwołującym się również do dziedzictwa Ojców Zjednoczonej Europy – Jeana Monneta, Alcide de Gasperiego, Konrada Adenauera, Roberta Schumana i Paula-Henri`ego Spaaka oraz wielu innych – można budować nową Wolną Europę Ojczyzn. W takim związku konieczne też będą nowe podstawy ekonomiczne państw Międzymorza lub szerszego bloku, takie, jak: otwarte granice wewnętrzne (tu powinny pozostać aktualne zasady Schengen), swobodny przepływ ludzi i kapitału, jednak z zasadą kontroli danego państwa nad strategicznymi gałęziami gospodarki i równego traktowania państw bloku – niezależnie od ich wielkości, liczby ludności i potencjału gospodarczego. Tylko na takich podstawach będzie można „miękko wylądować” w wypadku ewentualnego rozpadu strefy euro, który będzie de facto końcem Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie, dlatego też – o ile Unia Europejska chce nadal się rozwijać i rozszerzać na kolejne państwa, to musi powrócić do źródeł swojej integracji z początku lat pięćdziesiątych XX wieku, zerwać z samochwalstwem, przestać „chować głowę w piasek” w sprawie Ukrainy, pomóc emigrantom z Afryki i wrócić do historycznych wartości duchowych Europy, w tym kulturalnych, religijnych i etycznych. Dlatego trzeba zerwać z wszechobecną poprawnością polityczną w jej władzach i strukturach, a władze UE muszą zrozumieć ewangeliczne słowa, że nie samym chlebem żyje człowiek…

Z drugiej strony, do obszaru bezpieczeństwa europejskiego – i szerzej – euroazjatyckiego należy włączyć Chiny i Japonię, ale, aby tak się stało – dyplomacja USA i Polski powinna podjąć działania w kierunku pojednania obu państw, zwłaszcza w kwestii masakry nankińskiej 1937 r., jak i innych, japońskich zbrodni wojennych, popełnionych w Chinach i innych państwach Azji Południowo-Wschodniej w latach 1931-1945. Ewentualny sojusz geopolityczno-wojskowy państw USA i NATO z Chinami i Japonią (obok istniejącego już aliansu amerykańsko-japońskiego) może być mocnym zabezpieczeniem całej Europy przed ewentualną ekspansją Moskwy na Zachód – czego w kontekście Ukrainy i być może Syrii – nie można dziś wykluczyć.        

Powyższe konflikty i akcje terrorystów ISIS doprowadziły do exodusu ludności z tych państw o ogromnej liczbie – według stanu na koniec września 2015 r. tylko do Europy przybyło przez Morze Śródziemne, Turcję, Grecję, kraje bałkańskie, Włochy i Węgry około 500 tys. ludzi. Konsekwencje braku skoordynowanych działań państw UE w walce z terroryzmem, w udzieleniu skutecznej pomocy uchodźcom wojennym z Bliskiego Wschodu, opieszałość dyplomatyczna Unii w sprawie zakończenia wojen w Syrii i na Ukrainie może w dość krótkiej perspektywie wpłynąć na pogorszenie uwarunkowań geopolitycznego położenia zarówno Polski, jak i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Pierwszym symptomem nadchodzącego kryzysu Unii Europejskiej jest prawdopodobny rozpad państw Grupy Wyszechradzkiej, związany z odmiennym stanowiskiem Polski, Czech, Słowacji i Węgier w kwestii uchodźców z państw Bliskiego Wschodu. Do tekstu powyższej Analizy autor załącza stanowisko Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego z 17 kwietnia 2015 r., którego tezy są dziś niezwykle aktualne, zwłaszcza wobec wojny hybrydowej na wschodzie Ukrainy, działalności terrorystycznej ISIS, wojny domowej w Syrii i niestabilnej sytuacji w Iraku:   

Stanowisko PTG ws. wyzwań w polskiej polityce międzynarodowej w nadchodzącej kadencji prezydenckiej („Alfabet prezydencki”)

Uchwałą zarządu 13/4/2015 przyjęto wspólne stanowisko PTG w sprawie wyzwań dla Polski na nadchodzącą kadencję prezydencką. Na poniższej liście znajdują się najważniejsze problemy, z jakimi muszą się zmierzyć osoby będace u sterów władzy oraz służby państwowe w najbliższych latach. Stanowisko to powstało poprzez współpracę wszystkich członków PTG i jest dokumentem mogącym służyć w przygotowywanych debatach z kandydatami na urząd prezydenta RP.

Lista wyzwań i problemów, nad którymi powinien pracować przyszły prezydent (tzw. Alfabet Prezydencki):

a) Wpływ konfliktu na wschodzie Ukrainy na pogorszenie bezpieczeństwa RP (w tym możliwość agresji rosyjskiej w formie wojny hybrydowej na kraje bałtyckie i Mołdawię).

b) Fatalne stosunki polsko-rosyjskie.

c) Status prawny polskiej mniejszości narodowej na obszarze postsowieckim nie broniący jej praw w taki sam sposób jak mniejszości krajów postsowieckich w Polsce.

d) Wojna informacyjna (w tym wojna w cyberprzestrzeni) powodująca zakłócanie prac urzędów i organów decyzyjnych oraz wyciek informacji niejawnych.

e) Wzrost znaczenia zagrożeń asymetrycznych i konieczność opracowania adekwatnych metod i środków z ich zapobieganiem oraz łagodzeniem negatywnych konsekwencji ich użycia (przede wszystkim zagrożenia płynące z funkcjonowania grup terrorystycznych, transnarodowej przestępczość zorganizowanej, a więc powrót spraw: konieczności wprowadzenia obrony terytorialnej i zmian systemu szkolenia rezerw SZ RP oraz służb mundurowych).

f) Wyzwania dla bezpieczeństwa międzynarodowego płynące ze wzrostu wydatków na zbrojenia Federacji Rosyjskiej, Chin i Stanów Zjednoczonych (w perspektywie możliwość wybuchu III wojny światowej).

g) Konieczność wzmocnienia głosu Polski na forum NATO i ONZ w kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego.

h) Zahamowanie osłabiania współpracy bilateralnej z państwami sąsiednimi.

i) Brak aktywności Polski w ugrupowaniach regionalnych (Trójkąt Weimarski, Grupa Wyszehradzka) i pełnienia przez nią roli państwa wyznaczającego kierunki współpracy.

j) Imigracja (w tym nielegalna) Ukraińców do Polski w wyniku eskalacji konfliktu w Donbasie.

k) Konflikt interesów wewnątrz UE – centralizacyjna polityka Niemiec versus siły odśrodkowe (Grecja, Węgry, Wielka Brytania) – wizja rozpadu Unii.

l) Upadek nauki i poziomu edukacji oraz systemu wartości moralnych w młodym pokoleniu, w tym niski odsetek chętnych do poświęcania się dla dobra ojczyzny.

m) Wymieranie narodu (za mała liczba polskich dzieci) i masowa emigracja.

n) Problem z utrzymaniem polskiej świadomości narodowej, jako efekt między innymi polityki multikulturalizmu i braku wsparcia postaw patriotycznych i narodowych w mediach.

o) Problem ze sztucznym, tylko tymczasowym, powstrzymywaniem (poprzez dodruk pieniądza i dawanie kredytów bez pokrycia) aktualnego globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego, który może wybuchnąć ponownie.

p) Upadek rodzimego przemysłu zbrojeniowego i uzależnienie wojska od dostaw z zagranicy w kontekście przestarzałego sprzętu na wyposażeniu wojska, w szczególności we flocie i obronie przeciwlotniczej.

r) Uzależnienie energetyczne i surowcowe Polski poprzez brak dywersyfikacji dostaw (głównie dostawy z kierunku wschodniego) i źródeł pozyskiwania (energetyka jądrowa, gaz łupkowy).

s) Zadłużenie Polski sięgające ponad 80000zł na mieszkańca (wraz z długiem ukrytym), nie pozwalające na wzrost gospodarczy.

t) Zagrożenie konfliktem nuklearnym na świecie i idącymi za tym nieprzewidywalnymi zmianami klimatycznymi i ekonomicznymi.

u) Roszczenia terytorialne wobec Polski, ze strony niemieckiej (zwroty ziemi), izraelskiej (zwroty nieruchomości i odszkodowania) oraz ukraińskiej (Chełmszczyzna i część Podkarpacia).

w) Wysoka podatność Polski na działalność obcych wywiadów korumpujących osoby na stanowiskach.

y) Wysoki poziom skorumpowania urzędników, nawet na najwyższych szczeblach władzy, czego dowodem są liczne afery.

z) Niski poziom zaufania do instytucji publicznych i polityków oraz niska ocena systemu politycznego Polski wśród obywateli.

Jeśli Europa będzie budowana na fundamentach, o których pisano w powyższym tekście, to będziemy mogli żyć spokojnie i w pokoju budować dobrobyt narodów w Wolnej Europie Ojczyzn, na fundamentach duchowych wartości Starego Kontynentu.    

 

WYKORZYSTANA LITERATURA

G. Baziur, Marksizm kulturowy: ideologia wielokulturowości społecznej i politycznej poprawności, jako realne fundamenty współczesnego neokolonializmu [komputer opis w posiadaniu autora].

Europa oblała test z braterstwa. Czy istnienie UE ma sens?, forsal.pl [online] – http://forsal.pl/artykuly/848033,stratfor-friedman-ebc-luzowanie-ilosciowe-qe-europa-oblala-test-z-braterstwa-czy-istnienie-ue-ma-sens.html

Integracja europejska na początku XXI wieku: wybrane problemy, pod red. R. Fiedlera, Poznań 2004.

Karaganow  S., Związek Europy: ostatnia szansa?, „Gazeta Wyborcza”, 30.08.2010 [online] – http://wyborcza.pl/1,76842,8304987,Zwiazek_Europy__ostatnia_szansa_.html

Kawęcki K., Międzymorze – środkowoeuropejska alternatywa Unii Europejskiej [online]

http://kpn-1979.pl/old/articles.php?article_id=143

Międzynarodowe stosunki polityczne: praca zbiorowa pod red. W. Malendowskiego i C. Mojsiewicza, Poznań 1996.

Organizacje w stosunkach międzynarodowych. Istota – Mechanizmy – Działania – Zasięg, pod red. T. Łoś-Nowak, Warszawa 2004.

Rabij M., Radykalnie lewicowa Syriza zwycięża w Grecji. Co to oznacza dla Unii Europejskiej? „Nesweek Polska”, 26.01.2015 [online] – http://swiat.newsweek.pl/syriza-wygrala-wybory-parlamentarne-w-grecji-co-to-oznacza-dla-unii-,artykuly,355863,1.html

Rotfeld A. D., Polska w niepewnym świecie, Warszawa 2006.

Stratfor: To już koniec Europy, jaką znamy. Przed nami okres wielkich zmian, forsal.pl [online] – http://forsal.pl/artykuly/839771,stratfor-to-juz-koniec-europy-jaka-znamy-przed-nami-okres-wielkich-zmian.html

Stratfor: Trwa wojna cywilizacji. Europa znów zetrze się z islamem, forsal.pl [online] – http://forsal.pl/artykuly/846909,stratfor-trwa-wojna-cywilizacji-europa-znow-zetrze-sie-z-islamem.html

Światłowski B., Podmiotowość polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego [online] – http://www.teologiapolityczna.pl/bartosz-wiat-owski-podmiotowo-c-polityki-zagranicznej-lecha-kaczy-skiego/

Unia na skraju upadku. Oto 3 scenariusze rozpadu UE, forsal.pl [online] – http://forsal.pl/artykuly/850396,jan-zielonka-koniec-unii-europejskiej-recenzja-scenariusze-rozpadu-ue.html

Walkiewicz W., Polska na drodze do Unii Europejskiej: aspekty negocjacyjne i dostosowawcze, Tenczyn 2002.

Zamach założycielski Związku Europejskiego, „Bibuła” pismo niezależne, 7.09.2010 [online] – http://www.bibula.com/?p=26627

Zawojska A., Unia Europejska, Unia Gospodarcza i Walutowa, Warszawa 2000.

Żurawski vel Grajewski P., Podmiotowość już nie przeszkadza,Rzeczy Wspólne” 4 (2/2011)http://www.rzeczywspolne.pl/2011/04/podmiotowosc-juz-nie-przeszkadza/

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze