Andrzej Zapałowski: Ukraina tańczy na linie

Ukrdr Andrzej Zapałowski

Na Ukrainie obecne starcia przekształcają się w regularna wojnę domową z użyciem czołgów po obu stronach. Jest oczywiste, że Rosja wspiera to powstanie. Nie można już mówić o terrorystach, ale o regularnym powstaniu. Pytanie tylko, kiedy zapadnie decyzja o rozprzestrzenieniu się fali powstania na nowe obwody. Dla słabej armii ukraińskiej będzie to poważny problem z uwagi na potrzebę rozciągnięcia obszarów kontroli na nowe tereny. Przy obecnych ograniczeniach liczebnych będzie to prawie niewykonalne. Mając na uwadze fakt, iż po obu stronach walczą także formacje nie będące częścią sil zbrojnych państw, a czasami fanatyczni bojówkarze, może dochodzić z czasem do zbrodni wojennych.  Inną cechą tego powstania jest uczestnictwo w nim (po obu stronach) osób reprezentujących całą Ukrainę. To spowoduje w bliskiej perspektywie wzrost zagrożenie terroryzmem w całym państwie, a w konsekwencji jego destabilizację. Jeżeli nałożą się na to kwestie socjalne to jest już bardzo blisko do upadku ukraińskiej państwowości.

Warto zauważyć, iż obecnie opinia publiczna w Europie bardziej zajęta jest kwesta wzrostu nastrojów eurosceptycznych w elektoratach Unii Europejskiej oraz ofensywą islamistów w Iraku, niż potrzebującemu pilnie wsparcia i pieniędzy rządowi w Kijowie. W zachodnich mediach relacje z walk na wschodzie Ukrainy schodzą na dalszy plan. Także Warszawa została dziwnym zbiegiem okoliczności pogrążona w awanturze politycznej. Także tu migawki z walk w Ługańsku czy Doniecku ledwie przewijają się przez portale informacyjne. To może świadczyć o jednym – świat jest już znużony Ukrainą, nie chce na nią płacić i za nią ponosić kosztów politycznych i gospodarczych. Dla Polski to zła wiadomość.

Stratedzy polityczni PO i PiS włączyli nasz kraj w tę wojnę, a nawet byli częściowo jej politycznym katalizatorem. To przecież Radosław Sikorski podkreślał, iż Kijów ma prawo do bezwzględnego rozprawienia się z powstaniem na wschodzie Ukrainy. Tu rodzi się pytanie, jakie będzie stanowisko Warszawy w odniesieniu do rozszerzenia się wojny na Ukrainie. Obawiam się, iż także w Warszawie „stratedzy” zastanawiają się obecnie jak się wycofać z gwarancji politycznych danych obecnemu rządów w Kijowie. Jak się zachować w przypadku włączenia się rosyjskich sił „pokojowych” w stabilizacje Ukrainy (niezależnie czy Kijów je zaprosi), czy ma tam uczestniczyć także polski kontyngent, bo o to przecież będzie prosiła wkrótce Ukraina.

Dla każdego analityka bezpieczeństwa jasno widać, iż Kijów nie dostanie ciężkiej broni z USA, a resursy i straty obecnie posiadanej będą się wyczerpywać. Powstańcy mają nieograniczone możliwości jej uzyskiwania (na Krymie pozostał sprzęt i wyposażenie dla 20 tysięcy żołnierzy, a Rosja zapewne przekaże go obywatelom Ukrainy, jak to obiecał Putin).

Kiedy ktoś zapyta, czy to początek destabilizacji Ukrainy, czy też jej zmierzch, to powiem że jest to oczywiście początek jej dezintegracji. Czy można to wstrzymać, oczywiście tak, ale to wymaga współpracy przede wszystkim USA i Polski z Rosją. Kijów musi się zgodzić na federalizację państwa. To tutaj jest klucz. Większość państw Unii tak naprawdę nie chce się w ten proces w fazie początkowej angażować z uwagi na swoje interesy. Kijów jest obecnie coraz bardziej w szarej strefie bezpieczeństwa, a za kilka miesięcy obecny rząd i prezydent może znaleźć się w sytuacji Janukowycza. Pytanie tylko czy będzie na tyle sprytny jak ten pierwszy, czy też podzieli los Nicolae Ceausescu.   

Fot. ria.ru

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze