Dawid Madejski: Wrzesień 1939: niepotrzebna katastrofa

Wielun_1939Dawid Madejski
 
Tuż przed wybuchem II wojny światowej, pewien człowiek, który sam o sobie z dumą pisał, że jest „polskim germanofilem”, głosił pogląd o konieczności rozluźnienia przez Polskę sojuszu z Francją i porzucenia mrzonek o zawarciu aliansu z Wielką Brytanią. W zamian za to proponował sprzymierzenie się z III Rzeszą. 
Nam przecież wcale nie chodzi o Gdańsk, kamieniem obrazy jest wasz alians z Anglią.
Herman Göring (IV 1939)
 
Rosjanie […] przez pakt z Ribbentropem napuścili Hitlera na Polskę
i w ten sposób rozpoczęli wojnę.
Winston Churchil (X 1941)
 
Władysław Studnicki, bo o nim mowa zauważał przytomnie, że „[…] obiektywnych podstaw do wojny polsko-niemieckiej nie ma”, ponieważ czynnikiem decydującym o wybuchu wojny nie był wcale problem przynależności Gdańska do Niemiec, ani też budowa eksterytorialnego połączenia komunikacyjnego przez Pomorze, lecz rozstrzygnięcie kwestii o znaczeniu fundamentalnym, a mianowicie „[…] czy Niemcy będą przekonane, że Polska w razie wojny na Zachodzie wystąpi czynnie przeciwko nim, czy zajdzie znaczne prawdopodobieństwo neutralności Polski i obrony tej neutralności oraz neutralności Litwy i Łotwy, którą Sowiety zechcą naruszyć dla ukrytych dziś celów aneksyjnych. Mając przed sobą prawdopodobieństwo wojny na zachodzie, Niemcy nie mogą mieć chęci wywoływania wojny na dwóch frontach”[1]. Tak rozumując W. Studnicki nie zawahał się stwierdzić, że Polska w imię swoich narodowych interesów „winna była wejść do grona państw osi”, z uwagi na fakt, iż „[…] tereny osadnicze Polska może uzyskać tylko na wschodzie, co też stawia ją na biegunie antyrosyjskim”[2].
 
Koncepcja osi Warszawa-Berlin, jaką sformułował Studnicki mogłaby zostać uznana za rojenia umysłu „zaślepionego” germanofila i „chorego z nienawiści” rusofoba, gdyby nie fakt, że była ona zbudowana na solidnych przesłankach natury geopolitycznej[3]. Nie było jego winą, że decydenci w Berlinie i Warszawie nie byli w stanie dostrzec, jak wielkie korzyści mogła ona przynieść dla – tak hołubionej w dniu dzisiejszym – idei zjednoczenia Europy. Stało się jednak inaczej: Europa na blisko sześć lat pogrążyła się w odmętach wyniszczającej wojny, której rezultat dziwnym trafem prawidłowo określił nie kto inny, jak kanclerz Niemiec Adolf Hitler, który podczas rozmowy z szefem polskiego MSZ Józefem Beckiem, jaka odbyła się w Berlinie w połowie 1935 r. (a więc niedługo po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego) wygłosił następującą uwagę: „[…] ktokolwiek by wygrał następną wojnę, będzie zniszczony na równi ze swym przeciwnikiem, a prawdziwie wygrywającym będzie bolszewizm”[4]. Jeżeli przyjmiemy, że wygrywającym „w następnej wojnie” do 1941 roku były Niemcy a zniszczonym przeciwnikiem, którego pokonanie umożliwiło „uwerturę” do uzyskania militarnej hegemonii w Europie była Polska to rzeczywiście jedynym zwycięzcą w momencie totalnej klęski III Rzeszy w 1945 roku był „uniwersalny” system komunistyczny na czele z jego głównym „menadżerem”, czyli ZSRR.
Chociaż Polska ostatecznie „wygrała” II wojnę światową dzięki „braterskiej pomocy” udzielonej jej przez ZSRR, to została tak samo, jak Rzesza dosłownie zrównana z ziemią. Trudno bowiem nie zgodzić się z opinią, że wynik II wojny światowej był bardzo podobny tak dla Polski, jak i dla Niemiec: obydwa te państwa obok ogromnych strat „materiałowych” poniosły straszliwe ofiary w zasobach ludzkich, obydwa utraciły bezpowrotnie swoje „kresy wschodnie”, oba utraciły swoją suwerenność, której niewielką – jak do tej pory – cząstkę odzyskały dopiero pół wieku później[5]. Czy wspólna historia Polski i Niemiec mogła potoczyć się inaczej? Czy państwa te naprawdę nie miały innego wyjścia jak zwrócić się przeciw sobie we wrześniu 1939 roku? Czy ta „bratobójcza” wojna była możliwa do uniknięcia?
 
Postawienie pytań o takiej treści w dyskursie naukowym w dalszym ciągu jest niestety traktowane z ogromną nieufnością połączoną z nieuzasadnioną obawą, że ich autor zajmuje miejsce w „najciemniejszej” części „prawego narożnika”[6]. Akceptacja takiego toku myślenia unie­możliwia przeprowadzenie chłodnej i wyważonej analizy rzeczywistej roli, jaką odegrała strona polska w wydarzeniach poprzedzających nadejście katastrofy wrześniowej. Istotnym problemem jest również fakt, że w/w pytania w ogóle nie mieszczą się w ramach aktualnie obowiązującej „polityki historycznej”, która jest wymierzona w międzynarodowy wizerunek dwóch największych sąsiadów Polski jednocześnie, co jest sytuacją kuriozalną zważywszy na niesprzyjające położenie geograficzne „kraju przywiślańskiego” sytuujące go „w kleszczach” niemiecko-rosyjskich.
 
Tymczasem uzyskanie odpowiedzi na powyższe pytania, pozbawionych negatywnych emocji i narosłych przez długie lata uprzedzeń, powinno być w jak najwyższym stopniu pożądane, przede wszystkim z powodu przypadających w tym roku dwóch okrągłych i ściśle powiązanych ze sobą wydarzeń rocznicowych. Należą do nich podpisanie 23 sierpnia 1939 roku, paktu Ribbentrop-Mołotow słusznie uznawanego za akt IV rozbioru Polski i stanowiący jego bezpośrednią konsekwencję moment wybuchu II wojny światowej, czyli 1 września 1939 roku[7] Obydwie te daty składają się na wielce pouczającą, lecz jakże tragiczną w skutkach narodową „lekcję geopolityki”. Jest ona tym bardziej bolesna, gdy uświadomimy sobie, że w drugiej połowie lat 30. XX wielu, Niemcy dokonując na swoją rzecz znaczących „korekt przestrzennych” w postaci remilitaryzacji Nadrenii, anschlussu Austriii i demontażu Czechosłowacji, czyniły to korzystając w ogromnej mierze z postawy „życzliwej neutralności”, jaką okazywały im władze II RP. Ta nieformalna – o czym niżej – kooperacja polsko-niemiecka zmierzała wprost do znalezienia tak bardzo upragnionego przez W. Studnickiego modus vivendi między Warszawą a Berlinem. Do historycznego „odwrócenia przymierzy” nie doszło jednak głównie z winy strony polskiej. Warszawa odrzuciła bowiem ofertę sojuszu, składaną jej przez Berlin, co wypada uznać za największą życiową klęskę wspomnianego geopolityka. W pewnym sensie słuszność jego przedwojennej koncepcji doceniło kilku polskich uczonych, którzy w prowadzonych przez siebie badaniach uwzględnili możliwość zawarcia aliansu polsko-niemieckiego. Jako pierwszy uczynił to Jerzy Łojek[8]. W latach późniejszych wtórowali mu zgodnie Mieczysław Pruszyński[9] i Grzegorz Górski[10]. Ostatnio zaś w nader ostrożnych słowach wypowiedział się na ten temat Paweł Wieczorkiewicz[11]. Na podstawie ustaleń poczynionych przez w/w badaczy postaramy się dokonać rekonstrukcji wydarzeń, które doprowadziły do tragicznego finału we wrześniu 1939 roku.
 
I. „Siedzimy na dwóch stołkach…”
Położenie RP między Rzeszą Niemiecką na Zachodzie a ZSRR na Wschodzie było bez wątpienia skrajnie niekorzystne. Tragizm tego położenia podkreślał dodatkowo fatalny stan relacji z Czechosłowacją na granicy południowej i z Litwą na północno-wschodniej. Państwo polskie otoczone było, zatem niemal z każdej strony wrogimi ośrodkami siły. Wyjątek stanowiły w miarę poprawne stosunki z Rumunią i relacje szczerej przyjaźni z Węgrami. Niestety istotna słabością aliansu Warszawy z Bukaresztem była zbyt krótka granica na południowo-wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Z Węgrami natomiast wspólnej granicy Polska… nie posiadała. W takich oto niesprzyjających warunkach przyszło ówczesnych decydentom kształtować politykę zagraniczną, która miała za zadanie zapewnić bezpieczeństwo państwa polskiego. Jak wywiązali się oni z tego zadania?
 
Józef Piłsudski, który od maja 1926 roku faktycznie przejął ster rządów w Polsce przyjął zasadę utrzymywania „równego dystansu” w stosunkach z Berlinem i Moskwą, co oznaczało nie angażowanie się w jakiekolwiek działania wymierzone przeciw jednemu z sąsiadów w koalicji z drugim. Aby nadać tej zasadzie realne kształty strona polska wynegocjowała dwa pakty o nieagresji: w 1932 roku z ZSRR, na trzy lata i dwa lata później z Niemcami, na lat dziesięć. Oceniając położenie Polski po zawarciu w/w układów Piłsudski ostrzegał, że teraz „siedzimy na dwóch stołkach – to nie może trwać długo. Musimy wiedzieć, […] z którego spadniemy najpierw i kiedy”[12]. O ile podpisanie układu z ZSRR nie wzbudziło w kręgach sanacyjnych negatywnych emocji to zawarcie paktu z Niemcami zostało bardzo krytycznie przyjęte przez profrancusko nastawioną generalicję WP. Zirytowało to Piłsudskiego, który wówczas wygłosił następującą tyradę: „Chcą wojny z Niemcami […] ci głupi, niedouczeni i leniwi generałowie […]. Nic nie rozumieją […]. Gdzie mam tę wojnę prowadzić? Na Placu Saskim? Generałowie nie uczą się, nie umieją nic a wojny im się zachciewa”[13]. Ta upokarzająca uwaga Marszałka Polski skierowana przecież do wykreowanych przez jego samego wyższych oficerów musi zastanawiać. Czyżby Piłsudski wiedział coś, z czego nie zdawali sobie sprawy „głupi, niedouczeni i leniwi generałowie”?
 
Zdaniem M. Pruszyńskiego wszystko wskazuje na to, że Piłsudski (mimo, że wykazujący się daleko posuniętą ostrożnością w działaniach dyplomatycznych – „[…] ja prawie nikomu nie ufam, cóż dopiero Niemcom”)[14] był zdania, że w kwestii utrzymania niepodległości Polski warunkiem koniecznym będzie zachowanie pokojowych relacji właśnie … z Niemcami[15]. Co więcej: Komendant już w 1934 roku z niebywałą ścisłością prognozował, że poprawne relacje z tym krajem potrwają najwyżej cztery lata[16]. Nie powinna zatem dziwić relacja Mieczysława Malińskiego – polskiego chargé d’affaeires w Kairze, gdzie Piłsudski przebywał na urlopie w 1932 roku – który pisał o Marszałku, że „[…] zawsze upatrywał niebezpieczeństwo tylko z Rosji” i „[…] ciągle myślał jakby się z Niemcami dogadać, jakby te stosunki załagodzić, natomiast absolutnie nie wierzył, by jakiś modus vivendi z Rosją był możliwy”[17].
 
Próby „dogadywania się” z Niemcami istotnie miały miejsce począwszy od przejęcia w wyniku zamachu majowego władzy w Polsce przez Piłsudskiego. Od tej chwili Warszawa nie szczędziła wysiłków, aby doprowadzić do znormalizowania relacji wzajemnych i to nawet mimo konsekwentnie antypolskiej polityki prowadzonej przez władze Republiki Weimarskiej (wojna celna, polityka Rapalla i Locarna). Świadczyć o tym może rozmowa, jaką Piłsudski przeprowadził w grudniu 1927 roku z ówczesnym kierownikiem niemieckiego MSZ, Gustawem Stresemannem. W jej trakcie Piłsudski wyciągał rękę do zgody, a Stresemann nie spieszył się z jej przyjęciem, ponieważ Locarno otwierało mu drogę do oderwania od Polski jej ziem zachodnich[18]. Kilka lat później, jesienią 1930 r., oceniając, że z przedstawicielami władz Republiki Weimarskiej zawarcie rozsądnego porozumienia nie jest możliwe, Józef Piłsudski podjął próbę nawiązania „sondażowego” kontaktu z Adolfem Hitlerem, przyszłym – jak już wtedy trafnie przewidywał – kanclerzem Niemiec. Niestety jej rezultaty do dziś owiane są mgiełką tajemnicy[19].
 
Dopiero, gdy na przełomie lat 1932/1933 relacje na linii Warszawa-Berlin znalazły się w głębokim kryzysie – mocarstwa zachodnie bowiem, w tym także Francja [sic!] przyznały Niemcom równoprawny status w dziedzinie zbrojeń, co ośmieliło nowego kanclerza Adolfa Hitlera do nasilenia agresywnych działań w sprawie Gdańska – Piłsudski postanowił ostro zareagować. W odpowiedzi na rewanżystowską politykę Niemiec wobec Polski przedstawił projekt wojny prewencyjnej wymierzonej przeciw Niemcom, którego jednak nie poparła Francja. Mimo dwuznacznej postawy Paryża działania podjęte przez Piłsudskiego skutecznie odsunęły w czasie dążenia Niemiec do rewizji terytorialnego status quo na ich wschodnich granicach. Adolf Hitler odstąpił wówczas od swoich żądań na wyraźne sprzeciw zgłoszony przez kręgi dowódcze Reichswehry i kierownictwo niemieckiego MSZ (Auswärtiges Amt).
 
Stanowisko „sojuszniczej” Francji wobec Polski zagrożonej przez antypolską politykę Berlina wywołała u J. Piłsudskiego tak fatalne wrażenie, że jesienią 1933 roku wysłał do Paryża swojego tajnego emisariusza w osobie Ludwika Hieronima Morstina, aby zorientował się czy rząd w Paryżu w przypadku ewentualnej agresji Niemiec na Polskę odpowie na ten fakt ogólną mobilizacją sił zbrojnych i wystawi je przy granicach zachodnich Niemiec. Morstin otrzymał – za pośrednictwem generała Weyganda – odpowiedź, że Francja owszem udzieli poparcia Polsce, ale wyłącznie w sztabach wojskowych, uzbrojeniu i przychylnym dla Polski zorganizowaniu opinii światowej [sic!][20]. Gdy Piłsudski usłyszał treść sprawozdania Morstina zwrócił się do Józefa Becka ze stwierdzeniem: „No to niech Lipski [Józef Lipski, ambasador RP w Niemczech] jedzie do Berlina robić pakt o nieagresji”[21]. Polityka zagraniczna Piłsudskiego zatoczyła więc koło – tak jak w czasie I wojny światowej opowiedział się po stronie państw centralnych, tak i teraz u progu nowych rozstrzygnięć, jakie miały przekreślić postanowienia „(nie)ładu wersalskiego”, przewidywał, że Polska będzie zmuszona do zajęcia miejsca u boku Niemiec, ponieważ na realną pomoc ze strony „mocarstw” zachodnich nie będzie mogła liczyć[22]. Jednakże Marszałek, jak już wspomniano, Niemcom nie ufał. Dowodzi tego treść jego „testamentu”, jaki na dwa dni przed swoją śmiercią wyjawił ministrowi Beckowi. Nakazywał w nim, aby „jak długo to możliwe, utrzymać obecne stosunki z Niemcami”, lecz jednocześnie „za wszelką cenę utrzymać przymierze z Francją”, przy założeniu, że do sojuszu tego zostanie włączona również Wielka Brytania[23]. Marszałek uważał bowiem, że „Skuteczna droga do Paryża prowadzi przez Londyn. Jak długo nie nawiążemy bezpośrednich stosunków z Anglią, tak długo polityka polska stać będzie na «lotnym piasku»”[24].
 
Najbardziej zastanawiający w tej relacji jest fakt, że Piłsudski w „testamencie” dla Becka nie zawarł żadnych wskazówek dotyczących sposobu postępowania władz RP wobec ZSRR. Wydaje się, że jedynym kryterium oceny, co do sposobu postępowania ze wschodnim sąsiadem Polski pozostawała uwaga Marszałka Polski o „dwóch stołkach”, w postaci paktów o nieagresji, z których to Polska miała „spaść” prędzej czy później. Problem tkwił w tym, że nikt – poza Piłsudskim (i Studnickim) – nie dopuszczał możliwości, że Polska „spadnie z obydwu stołków” jednocześnie[25]. W dłuższej perspektywie czasu utrzymywanie poprawnych relacji z Niemcami nie było możliwe przy jednoczesnym upartym trwaniu Polski w „sojuszu” z Francją, który zostałby rozszerzony o Wielką Brytanię. Realnym rozwiązaniem tej sytuacji mogło być tylko sprzymierzenie się Polski z Niemcami przeciw „mocarstwom” zachodnim, a następnie wspólne z nimi wystąpienie zbrojne przeciw ZSRR. Druga opcja zakładała bowiem, że pozostając u boku zachodnich „aliantów” Polska podejmie będącą ponad jej siły próbę powstrzymania ekspansji niemieckiej w Europie i tym samym narazi się na ryzyko zawarcia przez Hitlera aliansu ze Stalinem stojącym na czele jedynego mocarstwa, które dokładnie tak samo jak Niemcy, było najbardziej zainteresowane w zdemontowaniu „(nie)ładu wersalskiego”.
 
Uzupełniając niejako testament J. Piłsudskiego w kwestii relacji RP z ZSRR płk Józef Beck przyjął taktykę izolowania ZSRR, o którym powiadał: „[…] staramy się trzymać z dala od Europy każdą Rosję, białą czy czerwoną”[26]. Tymczasem jedno spojrzenie na mapę powinno skłonić ministra do poważnego zastanowienia się, czy państewko wielkości ówczesnej Polski – położone w newralgicznym rejonie pomostu bałtycko-czarnomorskiego stanowiącym poważną przeszkodę dla „misjonistycznego” ekspansjonizmu Moskwy w kierunku Zachodu – byłoby w stanie skutecznie „trzymać z dala od Europy” imperium tak ogromnych rozmiarów, jakim był ZSRR. Ponadto trzymanie sowieckiego kolosa „z dala od Europy” wymagało przecież zagwarantowania bezpieczeństwa na zachodnich granicach RP, czyli zawarcia ugody z Niemcami. Czyżby oficer dyplomowany, jakim był pułkownik Beck, nie dysponował na Wierzbowej odpowiednimi mapami, aby to sobie uzmysłowić? Pytanie to pozostawiamy bez komentarza…
 
II. Niemcy über alles?
Po śmierci Józefa Piłsudskiego min. J. Beck rozpoczął swoje urzędowanie od zainicjowania… zbliżenia z Niemcami, i to w takiej formie, która – jak miało się okazać później – zdecydowanie wykraczała poza testament I Marszałka. Najpierw, na „dobry początek”, Beck występując na forum Ligi Narodów stworzył wrażenie poparcia dla polityki Niemiec w kwestii wprowadzenia powszechnej służby wojskowej (kwiecień 1935 rok), później zaś podobny ton miała jego wypowiedź w dyskusji nt. wypowiedzenia przez Niemcy układów z Locarno (marzec 1936 rok)[27]. Zdaniem G. Górskiego taka postawa polskiego dyplomaty wynikała nie z racji jego sympatii do Niemców, lecz z powodu jego głębokiej niechęci i pogardy wobec Francji, w której był on osobistością bardzo nielubianą[28]. Niemniej jednak Zachód odczytał obydwa wystąpienia J. Becka, jako wyraz jednoznacznego poparcia dla polityki Rzeszy. Wrażenie to zostało spotęgowane, kiedy to polska dyplomacja otwarcie wsparła Włochy podczas kryzysu abisyńskiego, co zbiegło się w czasie ze stopniową, lecz zauważalną poprawą oziębłych jak dotąd stosunków niemieckiego Führera z włoskim Duce. Wreszcie w 1937 roku Józefowi Beckowi udało się skłonić Niemcy do podpisania wspólnej deklaracji w sprawie mniejszości narodowych, która w jego ocenie mogła stanowić dla Polski wartościową „polisę ubezpieczeniową” na wypadek, gdyby Hitler zechciał wykorzystać problem mniejszości niemieckiej do rozgrywki z Polską, tak jak miało to miejsce na przykładzie Czechosłowacji.
 
Prowadząc w taki sposób polską politykę zagraniczną minister Beck mylnie sądził, że przyjęta przez niego linia postępowania wobec Niemiec oceniana jest przez polityków państw zachodnich, jako chwilowe prowizorium. Tymczasem jego poczynania stwarzały przesłanki do postrzegania Polski, jako sprawdzonego i lojalnego sojusznika tak Niemiec, jak i Włoch. Jest rzeczą znamienną, że proniemiecki wizerunek Becka utwierdzali z jednej strony Polacy, należący do antysanacyjnej opozycji politycznej, głoszący, że jest on „[…] zdrajcą przez Niemcy hitlerowskie opłacanym”[29] i tacy wpływowi dyplomaci, jak ambasador francuski w Polsce Noël, który urabiał Beckowi opinię germanofila, czy wręcz „hitlerofila”[30]. W tej sytuacji na zachodzie Europy zastanawiano się już tylko, kiedy Warszawa wejdzie w ściślejszy związek z Berlinem i Rzymem.
 
Postępowanie ministra Becka musiało dawać Hitlerowi asumpt do zadowolenia skoro zadeklarował, że „[…] swoją politykę wschodnią będzie mógł robić wraz z Polską, zamiast robić ją przeciw Polsce”[31]. Należy tutaj podkreślić, że kanclerz Niemiec wbrew obiegowym opiniom, formułowanym zresztą ex post już po zakończeniu II wojny światowej, nie był naśladowcą typowego dla pruskiego stylu myślenia, „tępego” kursu antypolskiego[32]. Adolf Hitler znał doskonale geopolityczne realia Wielkiej Wojny i kiedy wypowiadał się publicznie, że jego największym wrogiem jest komunistyczna Rosja to z całą pewnością chciał uchronić Niemcy od powtórzenia się scenariusza wojny na dwa fronty. W osiągnięciu tego celu była mu niezbędna przychylność Polski, ubezpieczającej Niemcy na Wschodzie od ewentualnego ataku ze strony ZSRR. Mając po swojej stronie II RP mógłby bez przeszkód skupić się na inkorporacji Austrii, podporządkowaniu Czechosłowacji, i „pacyfikacji” Francji, by następnie „z marszu” wyruszyć na podbój ZSRR mając za sojusznika tradycyjnie antyrosyjską Polskę. Taki wzorzec „dynamiki podbojów” Hitler miał w planach pod koniec 1937 roku. O ich wiarygodności dobitnie świadczy treść tzw.: protokołu Hossbacha. W dniu 5 XI 1937 roku pułkownik Friedrich Hossbach, pełniący funkcję adiutanta Hitlera, wziął udział, jako stenograf w odprawie kadry dowódczej niemieckich sił zbrojnych. Protokół, który sporządził z tego spotkania zawierał informacje nt. działań, jakie zamierzał podjąć kanclerz Niemiec. W pierwszej kolejności, korzystając ze zbliżenia z Włochami na tle ich wspólnego zaangażowania w wojnę domową Hiszpanii, zamierzał rozprawić się z Francją. Aby osiągnąć ten cel musiał jednak zapewnić sobie spokój na Wschodzie, gdzie sojusznikami Francji były Czechosłowacja i Polska. Ponieważ Rzeczpospolita prowadziła politykę życzliwą wobec Niemiec, Hitler w naturalny sposób postanowił zwrócić się przeciw tej pierwszej. Kanclerz zdawał sobie również sprawę z faktu, że powodzenie akcji przeciw Pradze musiało być poprzedzone zneutralizowaniem Austrii, która dzięki swemu położeniu idealnie nadawała się, jako baza wypadowa do przeprowadzenia demontażu Czechosłowacji[33].
 
Zawartość protokołu Hossbacha jednoznacznie wskazuje, że w planach Hitlera Polska w ogóle nie była brana pod uwagę, jako cel niemieckiej agresji. Wręcz przeciwnie: to stronie polskiej, jako pierwszej [!] Niemcy ujawnili swoje zamiary wobec Austrii i Czechosłowacji. Stało się to podczas rozmów, jakie w pierwszych dniach stycznia 1938 roku minister Józef Beck odbył w Berlinie z Hermanem Göringiem – osobą „numer dwa” w Niemczech, odpowiedzialną za stosunki z Polską – a następnie z Adolfem Hitlerem. Szef polskiej dyplomacji ustosunkował się do tych planów dokładnie tak, jak życzył sobie tego Kanclerz. Nie zgłosił mianowicie żadnego sprzeciwu wobec tej akcji przeciw Austrii tłumacząc, że „Polska posiada tamże jedynie interesy gospodarcze”. Następnie wyraźnie zaznaczył, iż Polska jest poważnie zainteresowana „w problemie czeskim”, a swoją uwagę skupia „w pewnym rejonie Czechosłowacji”, jakim było zajęte przez Pragę w 1919 roku Zaolzie[34]. Prezentując w Berlinie swoje opinie J. Beck był przekonany, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem dla Polski będzie skierowanie niemieckiej ekspansji „po linii Dunaju”, co sugerował ambasador RP w Moskwie Juliusz Łukasiewicz[35].
 
Wiedząc już, jakie stanowisko zajmie II RP w kwestii Austrii, Hitler podczas swego przemówienia w Reichstagu wygłoszonego 20 lutego 1938 r. nie tylko zwrócił uwagę na „przyjacielskie zbliżenie” z Polską, ale oświadczył także, iż Niemcy respektują polskie prawa na terenie Wolnego Miasta Gdańska [!][36]. Natomiast, kiedy został zapoznany ze stanowiskiem Polski w kwestii Czechosłowacji, H. Göring z zadowoleniem stwierdził, że „kanclerz wyraża do polityki polskiej prowadzonej przez p. ministra Becka jak najwyższe zaufanie”, na co usłyszał odpowiedź Becka, że „Polska na zasadzie wzajemności swą linię kontynuować będzie”[37]. Zdaniem G. Górskiego wystąpienie Hitlera z 20 II 1938 roku stanowiło „[…] najdalej idące uznanie interesów Polski w Gdańsku dokonane przez Niemcy w okresie międzywojennym”[38]. Rzesza była wówczas skłonna do daleko idących ustępstw na rzecz swego wschodniego sąsiada. Niestety w naj­dogodniejszym dla siebie momencie strona polska nie była zdolna do wypracowania żadnej rozsądnej koncepcji rozwiązania statusu Gdańska. Skalę owego „niedopatrzenia” może nam uzmysłowić dopiero zapoznanie się z tekstem osławionego przemówienia, jakie Beck wygłosił piętnaście miesięcy później w Sejmie RP, kiedy to rozwodząc w teatralnym stylu o „wymiernej cenie pokoju” oraz „bezcennej rzeczy, jaką jest honor” rozdzierał szaty nad żądaniami niemieckimi, dotyczącymi aneksji Gdańska do Niemiec i zbudowania eksterytorialnej linii komunikacyjnej przez Pomorze, perorując, że „[…] szanujące się państwo nie czyni koncesji jednostronnych”[39]. Czyżby już nie pamiętał, że to jego osobistą „zasługą” było złożenie takiej właśnie koncesji jednostronnej na rzecz Niemiec, ofiarowującej im niemal „za darmo” polskie poparcie w kwestii anschlussu Austrii i demontażu Czechosłowacji? Tego nie dowiemy się już nigdy…
 
Z kolei w marcu 1938 roku korzystając z milczącej aprobaty Warszawy, A. Hitler przeprowadził anschluss Austrii i od razu zwrócił się przeciw Czechosłowacji. I zarzucając Pradze łamanie praw trzymilionowej „mniejszości” niemieckiej w Sudetach, zażądał przyłączenia tego rejonu do Niemiec. Kryzys, jaki wytworzył się wokół Czechosłowacji został zażegnany przez układ monachijski zawarty przy udziale Włoch, Wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1938 roku Hitler na mocy jego postanowień zaanektował czeskie Sudety i zyskał w ten sposób idealny punkt wypadowy do likwidacji praskiej państwowości. Obydwu akcjom niemieckim „asystowała” z powodzeniem Polska. Oto bowiem kilka dni po anschlussie Austrii, rząd polski wystosował do władz litewskich ultimatum z żądaniem nawiązania stosunków dyplomatycznych w ciągu 48 godzin. W razie sprzeciwu Warszawa zagroziła Litwie użyciem „innych środków”[40] (w roku następnym Litwa stanie się obiektem zainteresowania Niemiec, które zażądają od władz w Kownie oddania im spornej Kłajpedy). Poważniejsze działania – z tą różnicą, że „inne środki” znalazły praktyczne zastosowanie – rząd polski podjął w czasie trwania kryzysu czechosłowackiego. Oddziały Wojska Polskiego wkroczyły wtedy na Zaolzie[41].
 
W oczach zachodnich polityków akcja polskich sił zbrojnych przeciw Czechosłowacji sytuowała Warszawę powtórnie w roli sprawdzonego i lojalnego sojusznika Niemiec[42]. Aby złagodzić ten niekorzystny dla Polski obraz sytuacji Beck postanowił zamanifestować swoją „niezależność” od władz w Berlinie. Otóż nie zgodził się na oddanie Niemcom miasteczka Bogumin, przez które przebiegała ważna dla nich magistrala kolejowa. Sądził zapewne, że manifestacja ta pokaże władzom Francji i Wielkiej Brytanii, że Polska mimo wszystko nie akceptuje do końca roli bezwolnego „podwykonawcy” Berlina. Była ona jednak nie tylko spóźniona, ale zupełnie bezużyteczna w kontekście działań, jakie strona polska prowadziła „ręka w rękę” z Niemcami, począwszy od 1935 roku. Poza tym Paryż i Londyn nie zauważyły owego „heroicznego oporu” Józefa Becka. Jedynym państwem, które ze zdziwieniem zwróciły na niego uwagę były oczywiście Niemcy. Berlin potraktował jednak epizod z Boguminem, jako mało znaczącą różnicę zdań, która nie powinna zakłócić dotychczasowej owocnej współpracy z RP. Postanowiono nie reagować by nie zrażać do siebie, lub co gorsza nie utracić cennego partnera[43].
 
III. „Osiołkowi w żłoby dano”…
Jeśli rzeczywiście minister Beck chciał zademonstrować niezależność polityki polskiej od ekspansywnego kursu przyjętego przez Niemcy to powinien znacznie wcześnie poszukać dla nich mocnej przeciwwagi. Zgodnie z testamentem Józefa Piłsudskiego przeciwwagę taką mogła stanowić wyłącznie Wielka Brytania, albowiem na Francję Józef Beck liczyć już nie mógł [44]. Wprawdzie sojusz francusko-polski formalnie obowiązywał nadal, lecz poziom nieufności Paryża do Warszawy był zbyt duży, z uwagi na funkcjonujący z powodzeniem nieformalny alians polsko-niemiecki. Zresztą Francja na wypadek ewentualnej agresji Niemiec przeciw Polskę nie byłaby zdolna do udzielenia jej skutecznej pomocy, ponieważ Paryż przez cały okres tzw. dwudziestolecia międzywojennego za jedynie słuszną strategię wobec Niemiec uznawał głęboką defensywę (symbolem tej polityki stała się budowa linii Maginota). Innym decydującym czynnikiem wykluczającym Francję, jako alianta Polski było notoryczne „trzymanie się klamki” Moskwy w konstruowaniu przez Paryż planów powstrzymywania ekspansji niemieckiej w Europie. W tej sytuacji Beck powinien był uważnie „zerkać” w stronę Wielkiej Brytanii. Możliwość nawiązania bliższych relacji z Londynem pojawiła się przed nim aż dwukrotnie i to w takich chwilach, które dla zdecydowanych przeciwników kooperacji polsko-niemieckiej mogłyby zostać uznane, niemalże za „dar niebios”, decydujący o polskim „być albo nie być”.
 
Po raz pierwszy okazja do rozpoczęcia wiążących rozmów z rządem Jego Królewskiej Mości pojawiła się na początku sierpnia 1938 roku, czyli w środku kryzysu czechosłowackiego, kiedy do Gdyni przybył Alfred Duuf-Cooper, pełniący urząd Pierwszego Lorda Admiralicji. Ten wpływowy polityk był zdecydowanym przeciwnikiem polityki appeasementu, tzn. polityki ustępstw prowadzonej przez premiera Nevilla Chamberlaina względem Hitlera (o reprezentowanej przez niego „twardej linii” najlepiej świadczy fakt, iż tuż po podpisaniu przez jego kraj „kapitulanckiego” układu monachijskiego niezwłocznie podał się do dymisji). Lord Duuf-Cooper podczas spotkania z szefem polskiego MSZ wskazywał na konieczność powstrzymania Niemiec w obawie, że ich polityka doprowadzi do wybuchu kolejnej wojny światowej. Beck zgodził się z tą opinią i wyraził szacunek dla polityki brytyjskiej w tej kwestii. Duuf-Cooper zachęcony postawą Becka zapytał go, co zamierza uczynić w sytuacji, jeżeli rząd brytyjski przyjmie z aprobatą fakt, iż polskie stanowisko jest zbieżne z opinia Londynu: „[…] co Pan wyobrażałby sobie jako następny krok? Wymianę poglądów? Porozumienie?”. Beck z pewnością nie „wyobrażał” sobie zbyt wiele skoro na tak bezpośrednią propozycję podjęcia współpracy polsko-brytyjskiej zareagował raptowną ucieczką od rzeczonego tematu do nic nieznaczących ogólników[45]. Dlaczego też Lord Duuf-Cooper został przez Józefa Becka odprawiony „z kwitkiem”? Być może minister Beck uważał, iż na ówczesnym etapie Niemcy nie stanowią dla Polski zagrożenia i nie warto ich drażnić prowadzeniem rozmów z Anglikami? Albo też, sądził, że uzyskanie dla Polski Zaolzia mogło się odbyć jedynie via Berlin, bez wsparcia Londynu. Jeśli tak było to musiał on być niemile zaskoczony, gdy dowiedział się, że to właśnie pod naciskiem Wielkiej Brytanii rząd w Pradze został zmuszony oddać Niemcom czeskie Sudety. Być może, gdyby przyjął wcześniej ofertę brytyjską Wojska Polskie nie musiałyby w ogóle wkraczać na Zaolzie, które RP mogłaby uzyskać dzięki „mediacji” Londynu. Warszawa nie występowałaby już wtedy, jako sojusznik Niemiec, co tak fatalnie zostało odebrane na Zachodzie, lecz jako nowy aliant Wielkiej Brytanii.
 
Tymczasem „w kolejce” państw chętnych do zawarcia przymierza z Polską w dalszym ciągu cierpliwie oczekiwały Niemcy. Pierwszy „ukłon” w tym kierunku wykonał nowy szef niemieckiego Auswärtiges Amt Joachim von Ribbentrop. Podczas rozmowy z ambasadorem Józefem Lipskim, jaka odbyła się 24 X 1938 roku w Berlinie, minister ten przedstawił projekt „[…] uporządkowania istniejących między obu krajami punktów spornych i ukoronowania rozpoczętego przez marszałka Piłsudskiego i Führera dzieła zbliżenia”[46]. Projekt ów zawierał propozycję wcielenia Gdańska do Niemiec (zapewniając stronie polskiej utrzymanie połączeń kolejowych i uprzy­wilejowaną pozycję gospodarczą w tym mieście), budowy linii kolejowej i autostrady łączącej Niemcy „właściwe” z enklawą prusko-wschodnią i przystąpienia Polski do paktu antykominternowskiego. Znalazła się w nim także propozycja przedłużenie paktu o nieagresji z Polską na okres dwudziestu pięciu lat i gwarancja uznania za nienaruszalną granicy polsko-niemieckiej. Istotnym uzupełnieniem tego projektu były sugestie o konieczności prowadzenia spójnej i skoordynowanej polityki wobec ZSRR, podjęcia współpracy w sprawach kolonialnych i zorganizowania akcji przymusowej emigracji ludności żydowskiej[47]. Józef Beck zapoznał się z projektem niemieckim i 31 października wysłał Lipskiemu instrukcje, o treści których polski ambasador poinformował Ribbentropa 19 listopada. Beck odrzucił w całości postulaty przedłożone przez Berlin, lecz mimo to zaproponował wspólny polsko-niemiecki protektorat nad Gdańskiem – bez udziału Ligi Narodów. Jednocześnie ostrzegł, że „[…] każda próba włączenia Wolnego Miasta do Rzeszy, musi nieuchronnie prowadzić do konfliktu”[48].
 
Jakkolwiek Berlin był pod silnym wrażeniem odpowiedzi szefa polskiego MSZ, to już 22 listopada ambasador Niemiec w Warszawie, Helmut von Moltke, zapewniał Becka o tym, że Ribbentrop uważa „[…] stosunki polsko-niemieckie to kapitał, który zdał egzamin i uratował pokój” i nadal przywiązuje „najwyższą wagę do dobrych stosunków polsko-niemieckich”[49]. Według von Moltkego minister przyjął też do wiadomości, że „[…] Gdańsk jest zagadnieniem, w którym stanowisko Polski jest zdecydowane i że Polska nigdy nie zgodzi się na radykalne jego załatwienie”[50]. Ta życzliwa „wyrozumiałość” Ribbentropa miała dać o sobie przy okazji kolejnej jego rozmowy z Lipskim, przeprowadzonej 15 grudnia, kiedy to nie poruszył on już kwestii statusu Wolnego Miasta, lecz skupił się jedynie na wybadaniu stosunku Polaków do postulatu budowy eksterytorialnej linii komunikacyjnej przez Pomorze.
 
Jednak Niemcy nie zamierzali ustępować w sprawie Gdańska. Świadczy o tym treść rozmowy Becka z Hitlerem, jaka odbyła się w Bertechsgaden 8 I 1939 roku. Przywódca Niemiec oświadczył polskiemu ministrowi, że Gdańsk jest miastem niemieckim i prędzej czy później znajdzie się w granicach Rzeszy. Zaznaczył jednak, iż rozwiązanie to „[…] w niczym nie ścieśni wszelkich uprawnień polskich w Gdańsku” i zapewnił, że „[…] w żadnym razie Rzesza nie zaskoczy Polski faktami dokonanymi”. Wyraził również nadzieję, aby „[…] na drodze wspólnego porozumienia znaleźć wyjście z sytuacji i osiągnąć jakąś formę zabezpieczenia słusznych interesów tak Polski, jak i Niemiec”. Na koniec oświadczył, że „[…] gdyby udało się w tej sprawie dojść do porozumienia, to można by zupełnie i definitywnie wyczyścić i usunąć wszelkie trudności między obu państwami”[51].
 
Odpowiedź, jaką Beck udzielił Hitlerowi była oczywiście odmowna, ale mimo jego nieustępliwej postawy kanclerz Niemiec nadal łudził się, że polski minister zmieni zdanie. Pod koniec stycznia 1939 roku wysłał do Warszawy Ribbentropa, aby omówił ze stroną polską kwestię przynależności Gdańska i postulat budowy autostrady i linii kolejowej przez Pomorze. Także i tym razem Beck „odrzucił w sposób kategoryczny postulat autostrady eksterytorialnej” i oznajmił, że „na ustępstwa, co do Gdańska iść nie możemy”[52].
 
Reakcja szefa polskiego MSZ musiała być kompletnym zaskoczeniem dla Niemców, którzy wszystkie swoje dotychczasowe plany realizowali po skonsultowaniu ich z II RP. Mimo to, do samego końca Niemcy nie chciały utracić możliwości kontynuowania współpracy z Rzecz­pospolitą i przyjęły wobec niej postawę wyczekującą. Świadczyć o tym może brak reakcji Berlina na zastosowaną przez Warszawę silną presję administracyjną wobec mniejszości niemieckiej w Polsce. Jej reprezentanci byli skłonni uznać, że stali się ofiarą, jaką Berlin zamierzał złożyć „na ołtarzu” poprawnych relacji z Warszawą[53]. O tym jak bardzo musiało zależeć Niemcom na zawarciu przymierza z Polską przekonują również instrukcje Berlina dla gdańskiego Senatu odradzające im organizowania antypolskich manifestacji[54]. Nie koniec na tym. Kanclerz Niemiec 1 III 1939 roku w rozmowie z ambasadorem Lipskim, niezrażony dwuznaczna postawą Becka, komplementował go, jako „mądrego i szlachetnego człowieka” i zapewniał równocześnie, że nie dopuści do konfliktu polsko-nie­miec­kiego[55].
 
Hitler nie mógł jednak w nieskończoność czekać na decyzję Warszawy i postanowił poddać – niepisany jak dotąd – alians z Polską ciężkiej próbie. Bez wcześniejszego poinformowania Warszawy przystąpił mianowicie do zlikwidowania Czechosłowacji. Równocześnie 14 III 1939 roku przy poparciu Berlina dokonała się secesja Słowacji, która ogłosiła się niepodległym państwem. Dwa dni później oddziały Wehrmachtu nie napotykając praktycznie żadnego oporu wkroczyły do Pragi. Hitler powołał do istnienia tzw. Protektorat Czech i Moraw, znajdujący się pod jego całkowitą kontrolą. Kilkanaście dni później 23 marca wojska niemieckie rewindykowały na rzecz Niemiec litewski port Kłajpedę. Łatwo się domyślić, że Warszawa została kompletnie zaskoczona działaniami Berlina. Adolf Hitler sądził zapewne, że likwidując niemiłego Polsce sąsiada, stanowiącego „posterunki sowieckie” u jej południowych granic i jednocześnie dokonując okrążenia Polski aż z trzech kierunków (zachód, północ i południe), skłoni Warszawę do pozytywnego rozpatrzenia dezyderatów niemieckich i zawarcia tak przez niego upragnionego przymierza[56].
 
Na tle powyższych wydarzeń należy rozpatrywać treść rozmów, jakie Ribbbentrop przeprowadził z ambasadorem Lipskim 21 i 26 III 1939 roku. Podczas pierwszej z nich niemiecki minister przypomniał ofertę A. Hitlera ze stycznia i ponowił propozycję uznania za nienaruszalną granicy polsko-niemieckiej. Zapewnił też chęci utrzymania dobrych stosunków, dając do zrozumienia, że „powstające między nami trudności wynikają także z braku całkowitego zrozumienia rzeczywistych zamiarów Rzeszy”. Aby je naświetlić zaprosić przedstawicieli obydwu państw do rozmów „[…] na wyższym szczeblu”[57]. Kiedy jego awanse nie odniosły żadnego skutku kilka dni później próbował sondować „czy w wypadku uspokojenia opinii publicznej istniałaby jakakolwiek szansa, że propozycje eksterytorialnej autostrady i niemieckiej suwerenności nad Gdańskiem mogłyby być podjęte przez rząd polski w niedalekiej przyszłości”. Zniżył się też do zadania pytania, „dlaczego w Polsce panuje taka nieufność” wobec polityki pro­wadzonej przez A. Hitlera[58]. Mimo takiej postawy Ribbentrop niczego nie osiągnął. Następnie 27 III 1939 roku J. Beck wezwał do siebie ambasadora von Moltke i oznajmił mu, że każda akcja niemiecka w Gdańsku zostanie potraktowana przez stronę polską, jako casus belli[59]. Wobec takiej wypowiedzi, następujące po niej oświadczenie ministra – wyrażone podczas tej samej rozmowy – o gotowości podjęcia rozmów w kwestiach spornych dzielących Warszawę i Berlin całkowicie mijało się z celem.
 
W czasie gdy trwały rozmowy polsko-niemieckie nastąpił zupełnie nieoczekiwany, lecz zbawienny dla Becka, zwrot wydarzeń. Kiedy 21 marca Ribbentrop rozmawiał z Lipskim w Berlinie, do Warszawy dotarł telegram z Londynu zawierający propozycję powstrzymania ekspansjonistycznych planów Niemiec w koalicji nie tylko z Wielką Brytanią i Francją, ale również w porozumieniu z ZSRR[60].
 
Beck nie podjął inicjatywy brytyjskiej, widząc w niej słusznie, istotne zagrożenie dla swojej polityki utrzymywania „równego dystansu” pomiędzy Berlinem i Moskwą, a także „izolowania” tej ostatniej od polityki europejskiej. Brytyjczycy orientowali się w obawach Becka wobec ZSRR i kilka dni później 27 III 1939 roku ponowili swoją propozycję w kształcie, który – jak przypuszczali – powinien być „strawny” dla szefa polskiej dyplomacji. Tak jak poprzednio wysłano ją telegraficznie do ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce (czyżby Beck znał już jej treść, kiedy w tym samym dniu udzielił odprawy ambasadorowi Niemiec?). Lecz nie był on jedynym adresatem. Depeszę o identycznej treści otrzymał bowiem ambasador Wielkiej Brytanii w Rumunii. Stanowisko wyrażone przez Brytyjczyków było następujące: apelowali oni do władz polskich i rumuńskich o utworzenie antyniemieckiej koalicji w przymierzu z Wielką Brytanią i Francją, lecz bez udziału ZSRR. Do udziału w tejże koalicji Londyn zamierzał zjednać też „egzotyczny duet”, złożony z Grecji i Turcji[61].
 
Brytyjczycy zdawali sobie sprawę, że druga z tych opcji nie miała większego sensu z geostrategicznego punktu widzenia, ale było to dla nich zupełnie bez znaczenia, albowiem w tym czasie zamierzali osiągnąć jeden zasadniczy cel: odwrócić uwagę Hitlera od Zachodu, wikłając Niemcy w długotrwałą wojnę z państwami położonymi na Wschodzie. Zyskaliby w ten sposób jakże cenny czas na przygotowanie się do wojny. Aby nadać swojej propozycji należytą wagę 31 marca 1939 roku premier Chamberlain przemawiając w Izbie Gmin złożył takie oto oświadczenie: „[…] na wypadek jakichkolwiek działań wojennych mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski i które by rząd polski uznał za konieczne odeprzeć przy użyciu swych narodowych sił zbrojnych, rząd Jego królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia rządowi polskiemu na­tych­miastowego poparcia będącego w jego mocy”[62].
 
Na przedłożoną przez Brytyjczyków ofertę minister Beck udzielił odpowiedzi podczas swojej wizyty w Londynie 5 IV 1939 roku. Zanim jednak poznamy jej szczegóły musimy poczynić jedną uwagę. Otóż odpowiedzi tego polityka z ogromnym napięciem oczekiwano nie tylko w Londynie, ale również w Berlinie. A. Hitler w dalszym ciągu liczył bowiem na to, że Polska opowie się po stronie Niemiec i to mimo faktu, iż stosunki dwustronne znajdowały się wówczas w stanie głębokiego kryzysu na tle sporu Warszawy z Berlinem o status Gdańska oraz ogłoszenie przez Marszałka E. Rydza-Śmigłego częściowej mobilizacji WP (26 III). Władze brytyjskie zupełnie nie zdawały sobie sprawy ze skali tlącego się sporu i nadal postrzegały Polskę, jako lojalnego i sprawdzonego alianta III Rzeszy. Dlatego też Brytyjczycy pragnęli za wszelką cenę odciągnąć władze w Warszawę od zawarcia oficjalnego przymierza z Niemcami. Chcąc osiągnąć ten cel Londyn zdecydował się udzielić Polsce – ryzykując przy tym stan własnych relacji z Niemcami – daleko idącego poparcia. Chcąc zneutralizować dyplomatyczną akcję Brytyjczyków 1 IV 1939 roku konlerz wygłosił kontrprzemówienie w bazie morskiej w Wilhelmshaven (w tym miejscu trzeba przyznać, że Hitler wybrał idealne miejsce na udzielenie ostrzeżenia będącego mocarstwem morskim „perfidnemu Albionowi”, niż baza niemieckiej marynarki wojennej). Z relacji ambasady brytyjskiej w Niemczech przesłanej do Londynu wynika niezbicie, że przemówienie to miało wydźwięk jednoznacznie defensywny, nie zawierało żadnych antypolskich akcentów, lecz było nacechowane bardzo silnym tonem antyangielskim. Kanclerz ostrzegał mianowicie, że angielska próba okrążenia Niemiec (oczywiście przy pomocy Warszawy, wabionej przez Brytyjczyków możliwością zawarcia sojuszu z „największym imperium światowym”) doprowadzi do wybuchu wojny[63]. Jak napisał Górski „[…] w tym dniu najsilniejsze karty w ręku trzymał minister Beck. […] I Niemcy, i Anglicy czekali na jego decyzje”[64].
 
Rzeczywiście był to decydujący moment na podjęcie decyzji sytuującej Polskę po stronie „lądowej” Rzeszy Niemieckiej, lub „morskiej” Wielkiej Brytanii, których rządy były ze sobą zgodne tylko w jednej kwestii, a mianowicie, że Polska jest „kluczem do sytuacji”[65]. Niestety minister Beck nie zdobył się nawet na krztynę odwagi, by właściwie posłużyć się owym cennym „kluczem” z korzyścią dla narodowych interesów Polski. Szef polskiego MSZ mógł zapewnić sobie niemal bezwarunkowe poparcie władz Zjednoczonego Królestwa w realizacji koncepcji utworzenia bloku państw tzw. „Trzeciej Europy”, oddzielającej Niemcy od Rosji. Była ona, co prawda nierealna, gdyż spóźniona o co najmniej 20 lat, lecz próby jej powołania mogły stanowić dla Londynu czasowe „odroczenie” starcia z Niemcami. Mógł również stanowczo odrzucić umizgi przestraszonych Brytyjczyków i stanąć u boku Berlina, zapewniając Polsce bezpieczeństwo w strefie wpływów niemieckich, a więc nie tylko na jej granicach zachodnich i północnych, ale również południowych, gdzie Hitler stworzył podporządkowany sobie Protektorat Czech i Moraw i „niepodległe” państwo słowackie, pozbawiające Polskę marzeń o uzyskaniu wspólnej granicy z Węgrami, które to państwo i tak od stycznia 1939 r. stało się członkiem paktu antykominternowskiego.
 
Beck nie wybrał żadnej z tych opcji. Zamiast tego postanowił nadal lawirować między Berlinem a Londynem. Nie był w stanie zrozumieć, że możliwości gry na czas właśnie się wyczerpały. Niebawem miał się przekonać, jak brzemienne w skutkach były jego poczynania.
 
IV. Pakt z „diabłem”
Z zachowanych dokumentów brytyjskich jasno wynika, że Józef Beck przybył do Londynu przekonany, że Wielka Brytania prosząc Polskę o wsparcie budowy koalicji antyniemieckiej, zwraca się do niej, jak do równego sobie mocarstwa. Znamienna jest jego wypowiedź: „Polska musi mówić z Anglią d’égale a égale [jak równy z równym]. Nie jesteśmy krajem od przyjmowania prezentów”[66].
 
Na wstępie wydawało się, że rozmowy polsko-brytyjskie zakończą się pomyślnie dla obu zainteresowanych stron. Polski minister zgodził się bowiem na zawarcie trwałego porozumienia jasno określającego wzajemne relacje jako sojusznicze. Kiedy jednak został zapytany, czy Polska wspólnie z Wielką Brytanią zechce udzielić gwarancji bezpieczeństwa na wypadek ataku niemieckiego Belgii, Holandii, Danii, lub Szwajcarii odpowiedział tylko, że przedstawi tę propozycję do zaopi­niowania władzom w Warszawie. Z kolei na najbardziej istotne dla Brytyjczyków pytanie, czy Warszawa zechce objąć rzeczonymi gwarancjami również Rumunię, minister Beck uznał je za „niepożądane” i odrzekł, że Rumunia „musi radzić sobie sama”[67].
 
Lord Halifax postanowił także rozwiać wątpliwości Rządu Jego Królewskiej Mości w kwestii stosunków polsko-niemieckich, zogniskowanych wokół problemu przynależności Gdańska. Beck poinformował go, że Niemcy nie wysunęli jak dotąd żadnych żądań formalnych w tej materii, zataił jednak, iż właśnie z powodu Gdańska w poprawnych jak do tej pory stosunkach polsko-niemieckich narastał chroniczny kryzys. Halifax uznał zatem, że żadna niemiecka akcja wymierzona w Gdańsk nie powinna naruszyć pokoju między Polską i Niemcami, J. Beck przekonywał go bowiem, iż do wystąpienia przeciw Polsce mógłby skłonić Niemcy jedynie alians Warszawy z Moskwą [sic!] [68]. Wizyta złożona przez tego dyplomatę w Londynie jawiła się w jego ocenie, jako wielki sukces potwierdzający mocarstwową pozycję Polski. Przyniosła ona jednak ze sobą katastrofalne skutki i to aż w trzech kluczowych punktach.
 
Po pierwsze: nastąpiło nieodwracalne zantagonizowanie i tak już bardzo napiętych relacji z Niemcami. Od razu po zakończeniu rozmów z Beckiem Londyn wydał oficjalny komunikat, który oznajmiał, że „[…] oba kraje gotowe są zawrzeć układ o charakterze trwałym i wzajemnym, który by zastąpił obowiązujące obecnie, tymczasowe i jednostronne gwarancje udzielone przez Rząd Jego Królewskiej Mości”[69]. Dla Hitlera sens tego komunikatu oznaczał jedno: „Pan Beck – relacjonował słowa kanclerza Rzeszy, Grigore Gafencu, szef rumuńskiego MSZ – przyłączył się do mocarstw zachodnich. Sam zdecydował o swym losie”[70]. Jeśli Hitler chciał teraz uniknąć niebezpieczeństwa okrążenia Niemiec od Wschodu przez Polskę musiał w zasadniczy sposób zrewidować dotychczasowe plany poszerzenia niemieckiej „przestrzeni życiowej”. Na ostatniej pokojowej odprawie generalicji oznajmił: „Początkowo chciałem ustalić znośne stosunki z Polską po to, aby walczyć z Zachodem. Ale ten plan, który mi odpowiadał nie mógł być wykonany […]. Stało się dla mnie jasne, że w wypadku konfliktu z Zachodem Polska nas zaatakuje […] i w pewnych okolicznościach konflikt z Polską mógłby nadejść w nieodpowiednim momencie”[71]. W tej sytuacji kancerz nie mógł zastanawiać się zbyt długo. Już 3 IV 1939 roku podpisał on wytyczne operacyjne planu wojny na wschodzie o kryptonimie „Fall Weiss”[72], następnie zaś 28 kwietnia przemawiając w Reichstagu wypowiedział niemiecko-brytyjski traktat morski i pakt o nieagresji z Polską[73]. W takich okolicznościach minister Beck definitywnie „spadł ze stołka” niemieckiego, z kolei Adolf Hitler zaczął poważnie rozważać możliwość znalezienia dla III Rzeszy innego alianta na Wschodzie. Oczywiście sojusznikiem tym mógł zostać tylko ZSRR.
 
Po drugie: Józef Beck w znacznym stopniu roztrwonił cenne zaufanie władz Zjednoczonego Królestwa. Brytyjczycy nie kwapiąc się wcale, podobnie zresztą jak Francuzi, do podpisania sojuszu z Warszawą[74] bardzo szybko zorientowali się bowiem, że zostali wprowadzeni przez niego w błąd, jeśli chodzi o rzeczywisty stan stosunków polsko-niemieckich na tle rozstrzygnięcia statusu Wolnego Miasta. Beck wmawiał przecież Lordowi Halifaxowi, że w tym określonym przypadku nie spodziewa się nagłego pogorszenia relacji z Niemcami. Tymczasem Hitler w przemówieniu z 28 kwietnia szczegółowo zrelacjonował stan rozmów prowadzonych z Polską w kwestii Gdańska i korytarza transportowego przez Pomorze, dzięki czemu w mistrzowskim stylu skłonił władze w Londynie do przyjęcia wniosku, że zamierza on wmanewrować Wielką Brytanie w wojnę z Niemcami właśnie na tle sporu o przynależność Gdańska oraz „przeklęty polski korytarz”[75]. Od tego momentu, jak celnie zauważył G. Górski, Warszawa z pożądanego przez Londyn strategicznego sojusznika spadła do roli „uciążliwego petenta”, którego Brytyjczycy zaczęli nakłaniać do… zawarcia kompromisu z Niemcami[76], sami natomiast – zresztą dokładnie tak jak A. Hitler – zaczęli zerkać w stronę Moskwy, widząc w niej potencjalnego partnera w po­wstrzymaniu agresywnej polityki Berlina.
 
W tym właśnie punkcie zawiera się trzeci, najbardziej niekorzystny dla Polski rezultat lekkomyślnej polityki prowadzonej Becka, polegający na umożliwieniu wejścia do rozgrywki na „europejskiej szachownicy” Józefowi Stalinowi, dyktatorowi ZSRR. Stalin obawiał się izolacji politycznej, w jakiej znalazł się jego kraj po podpisaniu układu monachijskiego i tylko cierpliwie czekał na okazję, aby przyjąć rolę „obiektywnego” arbitra w sporze „mocarstw” zachodnich: Wielkiej Brytanii i Francji z Niemcami. Kiedy na początku kwietnia 1939 roku Polska definitywnie przestała być obiektem „zalotów” Berlina i Londynu, skryty i przebiegły Gruzin przystąpił do realizacji planu poszerzenia sowieckiej „przestrzeni życiowej”, polegającego na zniszczeniu zachodnich „imperialistów” za pomocą użytecznego narzędzia, jakim dla ZSRR stać się miały pokrzywdzone traktatem wersalskim Niemcy.
 
Autorem rzeczonego planu był Włodzimierz Lenin, który otwarcie pisał, że „[…] należy wykorzystywać przeciwieństwa i sprzeczności między dwoma imperializmami, [tzn. między „morskim” imperializmem Wielkiej Brytanii a „lądowym” imperializmem Niemiec], między dwiema grupami państw kapitalistycznych, skłócając je wzajemnie”[77]. „Jeżeli nie można pokonać ich obu – kontynuował przywódca bolszewików – trzeba umieć rozstawić swe siły w ten sposób, żeby wrogowie ci pobili się między sobą”[78]. Zidentyfikował on trzy zarzewia konfliktów, zachodzące między kapitalistycznymi ośrodkami siły, które Moskwa powinna wykorzystać, aby w znaczący sposób pomnożyć własną potęgę. Należały do nich rywalizacja USA z Japonią, USA z Europą oraz napięcia na linii Ententa-Niemcy. Zwłaszcza ostatni z tych konfliktów miał duże znaczenie dla ZSRR, albowiem Berlin, jak słusznie zauważał Lenin, „[…] nie są w stanie znieść brzemienia traktatu wersalskiego, muszą przeto będąc same krajem kapitalistycznym, szukać sojusznika przeciw światowemu imperializmowi, ponieważ są krajem uciskanym”[79]. Oczywiście w ujęciu tego polityka sojusznikiem tym powinna stać się dla Niemiec bolszewicka Rosja, lecz tylko w celu takiego wpłynięcia na przebieg wydarzeń, aby wszystkie „[…] państwa imperialistyczne (w tym Niemcy) rozpoczęły ze sobą wojnę”[80]. Wyjaśniając kierujące nim motywy Lenin oświadczył: „Jeżeli musimy tolerować takich nikczemników jak kapitalistyczni złodzieje, z których każdy ostrzy na nas nóż, to naszym bezpośrednim obowiązkiem jest doprowadzić do tego, by te noże były wymierzone w siebie nawzajem”[81].
 
Stalin uzupełnił ów program o następujące stwierdzenie: „Jeżeli wojna się zacznie, to nam nie wypadnie siedzieć z założonymi rękami, nam wypadnie wystąpić, ale wystąpić jako ostatni. I my wystąpimy po to, by rzucić na szalę, ciężar, który mógłby przeważyć”. Przy innej okazji uznał on, że należy prowadzić politykę polegającą na „pozwoleniu wszystkim uczestnikom wojny, aby głęboko ugrzęźli w odmęcie wojny, skrytym zachęcaniu ich do tego, pozwoleniu im, aby się wzajemnie osłabili i wyczerpali a potem wkroczeniu na widownię ze świeżymi siłami i podyktowaniu swoich warunków osłabionym uczestnikom wojny”[82]. Z perspektywy czasu należy ocenić, że wywołanie „drugiej wojny imperialistycznej”[83] przyszło Stalinowi stosunkowo łatwo. Wykorzystał on w maksymalnym stopniu nadarzającą się wtedy koniunkturę. Berlin znalazł się bowiem w konflikcie z Paryżem i Londynem i nie mógł już dłużej liczyć na neutralność Warszawy, gdzie sanacyjni decydenci wmawiali własnemu narodowi, że Polska jest „ósmym mocarstwem świata”[84] i obsesyjnie trzymali się zasady utrzymywania „równego dystansu” w stosunkach ze swoimi największymi sąsiadami w sytuacji, w której chwiejna równowaga sił została już dawno zburzona.
 
Będąc doskonale poinformowany o katastrofalnym stanie relacji polsko-niemieckich, Stalin nie miał najmniejszego zamiaru ratować Polski, zabiegającej w tym czasie rozpaczliwie o pomoc Wielkiej Brytanii przeciw Niemcom. W jego interesie leżało bowiem osiągnięcie porozumienia z Hitlerem i skierowanie machiny wojennej, będącej z perspektywy ekspansywnych planów sowieckich „lodołamaczem rewolucji”[85], przeciw kapitalistycznym „imperialistom” z Zachodu. Dał temu wyraz w rozmowie z Georgi Dimitrowem, sekretarzem generalnym Kominternu: „Nie mamy nic przeciwko temu – mówił się Stalin – by [mocarstwa zachodnie i Niemcy] pobiły się porządnie i osłabiły wzajemnie. Dobrze byłoby, aby rękoma Niemiec została zachwiana dominacja bogatszych państw kapitalistycznych, a zwłaszcza Anglii”[86]. Według Stalina dodatkową korzyścią płynącą z zawarcia porozumienia z Hitlerem miała stać się zagłada Polski: „Zniszczenie tego państwa w obecnej sytuacji oznacza istnienie jednego państwa faszystowskiego mniej. Cóż złego w tym, gdybyśmy w wyniku pogromu
 
Polski rozszerzyli system socjalistyczny na nowe terytoria i nową ludność?”[87].
Pierwszy ukłon w stronę Hitlera został wykonany przez Stalina już 10 III 1939 roku podczas przemówienia wygłoszonego na XVIII Zjeździe WKP(b), a więc tuż przed ostateczną likwidacją Czechosłowacji przez Niemcy. Uznając, że „nowa wojna imperialistyczna stała się faktem” sowiecki dyktator ostrzegał, jak to ujął, „prowokatorów wojennych przywykłych do wyciągania cudzymi rękami kasztanów z ognia” przed podejmowaniem prób „[…] wywołania gniewu Związku Radzieckiego przeciwko Niemcom, zatrucia atmosfery i sprowokowania konfliktu z Niemcami bez widocznych do tego powodów”[88].
 
Hitler odwzajemnił się za ten gest 28 IV 1939 roku, kiedy wypowiadał pakty zawarte z Polską i Wielka Brytanią. Jego mowa z tej „okazji” była wbrew panującej tradycji całkowicie pozbawiona antysowieckich akcentów, co było poważnym ukłonem w stronę Stalina. Kolejnym posunięciem sowieckiego dyktatora obliczonym na osiągnięcie zbliżenia z Niemcami było odwołanie 3 V 1939 roku ze stanowiska komisarza spraw zagranicznych ZSRR Maksyma Litwinowa. Był on znanym z antyniemieckich poglądów anglofilem. Jego miejsce zajął Wiaczesław Mołotow, pełniący oprócz tego funkcję przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych (tj. premiera). Jednocześnie Józef Stalin nie zaniedbywał swoich zachodnich „partnerów”, Francji i Wielkiej Brytanii. Rozmowy z delegacjami europejskich antagonistów Niemiec rozpoczęły się w czerwcu 1939 roku, jednak w połowie sierpnia okazało się, iż żądania stawiane przez „dyplomatów” sowieckich były całkowicie nie do przyjęcia dla strony francusko-brytyjskiej. Znalazły się wśród nich pytania „najbardziej kardynalne” w rodzaju: „czy sowieckie siły zbrojne będą przepuszczone na terytorium Polski w rejonie Wilna przez tak zwany korytarz wileński?; czy sowieckie siły zbrojne będą miały możliwość przejścia przez terytorium polskie w kierunku Galicji, dla starcia z wojskami agresora?”[89]. Podobne żądania Sowieci stawiali wobec Rumunii. W tonie ultymatywnym formułował je Ludowy Komisarz Obrony, marszałek Klimient Woroszyłow, który – jak ustalił P. Wieczorkiewicz – na wyraźne polecenie Stalina dążył do wygaszenia rozmów z Paryżem i Londynem.
 
Według brytyjskiego negocjatora Wiliama Stranga, strona sowiecka zmierzała to tego by Związek Radziecki został „[…] uprawniony spieszyć na obronę niezależności, lub neutralności Polski, bez względu na to, czy Polska życzyłaby sobie tego czy nie”[90]. Beck odrzucając postulaty Woroszyłowa uznał, że Polska nie może być traktowana, jako „obiekt martwy”, którego terytorium jest „[…] przedmiotem negocjacji między państwami trzecimi”[91]. Jest rzeczą wielce znamienną, że na wygłoszenie analogicznej opinii Józef Beck nie potrafił się już zdobyć, kiedy 23 VIII 1939 roku, doszło do podpisania niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji, sygnowanego przez „tandem” Ribbentrop-Mołotow. Najbardziej uderzające było w nim to, że został on zawarty między państwami, które nie posiadały wspólnej granicy. Interpretacja tego faktu mogła być tylko jedna, a mianowicie, że Niemcy i ZSRR zamierzają niebawem takową granicę uzyskać niszcząc doszczętnie polską państwowość. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę trzeźwo myślący niemieccy dyplomaci, jak Ernst von Weizsäcker, pełniący funkcję sekretarza stanu przy Ribbentropie, który słusznie zauważył, że „Jeżeli Ribbentropowi uda się doprowadzić do podpisania paktu […] tym samym będzie to oznaczało, że tamci [Sowieci] zapalają nam zielone światło do inwazji na Polskę”[92].
 
Analogiczną opinię wyraził generał Kazimierz Sosnkowski: „[…] wiadomość, którą usłyszeliśmy przed chwilą [przez radio] oznacza, że Rosja chce wojny, pozostawiając Niemcom wolną rękę”[93].
 
Niestety minister Beck przyjął za wiążącą konstatację poczynioną przez ambasadora RP w Moskwie Wacława Grzybowskiego, który błędnie oceniał, że układ Berlin-Moskwa „[…] ma ograniczone znaczenie polityczne i że z obu stron został wywołany względami natury taktycznej”[94]. Jakiego rodzaju były to względy „taktyczne”, tego ambasador Grzybowski nie był już łaskaw wyjaśnić. Natomiast sam Beck aż do tragicznego finału 17 września 1939 r. naiwnie wierzył, że „[…] system niemiecki i system bolszewicki są zanadto do siebie podobne, aby się mogły wzajemnie tolerować. Jeden wyklucza drugi”[95]. Nie przyjmował on w ogóle do wiadomości, że obydwa te systemy właśnie z racji zachodzącego między nimi podobieństwa zdobędą się w osobach reprezentujących je dyktatorów na zawarcie doraźnego porozumienia, mającego na celu wspólne zdruzgotanie niewygodnego dla nich ośrodka siły, jakim była Polska. Tymczasem na długo przed podpisaniem niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji pojawiało się wiele znaczących sygnałów, że takowe porozumienie w najbliższej przyszłości mogłoby zostać zawarte. Jeszcze za życia Józefa Piłsudskiego – jak pisze P. Wieczorkiewicz – Herman Göring otwarcie mówił, że „[…] można by sobie teoretycznie wyobrazić przeprowadzenie na drodze współpracy niemiecko-rosyjskiej nowego rozbioru Polski”[96].
 
Kolejne ostrzeżenie dla strony polskiej miało miejsce 12 I 1939 roku, kiedy podczas noworocznego spotkania z korpusem dyplomatycznym Adolf Hitler wywołał niemałą sensację nawiązując trwającą kilkanaście minut rozmowę z ambasadorem ZSRR Aleksiejem Mieriekałowem (podczas gdy jeszcze rok wcześniej był zdania, że „[…] takiemu pariasowi jak ambasador Rosji Radzieckiej żadne honory nie przysługują”[97]. Maksym Litwinow twierdził z kolei, że oprócz polskich Kresów Wschodnich do ZSRR powinna także zostać włączona Białostocczyzna[98]. Natomiast w połowie maja 1939 roku gen. Karl Bodenschatz, szef sztabu marszałka Göringa, podczas rozmowy z podpułkownikiem Antonim Szymańskim, pełniącym funkcję polskiego attache wojskowego w Berlinie, wygrażał się, że jeżeli Adolf Hitler „[…] dojdzie do przekonania, że Niemcy mogą być od wschodu okrążone przez Polskę, to nie zawaha się połączyć z samym… diabłem!”. Bodenschatz powtórzył następnie tę groźbę w obecności ambasadora Francji: „Były już trzy rozbiory Polski, zobaczycie czwarty!” [99].
 
Wydaje się, że Beck miał świadomość zagrożenia Polski kolejnym rozbiorem. Dał temu wyraz odrzucając ofertę sowiecką, złożoną Warszawie za pośrednictwem Francuzów i Brytyjczyków przez wspomnianego już wyżej Woroszyłowa. Józef Beck stwierdził wówczas: „żądają on nas, abyśmy podpisali czwarty rozbiór; jeżeli nam grozi rozbiór, to przynajmniej będziemy się bronić. Nic nam nie gwarantuje, że Rosjanie raz zainstalowani na naszym wschodzie, wezmą rzeczywiście udział w wojnie [przeciw Niemcom]”[100]. Ciężar gatunkowy tej wypowiedzi całkowicie deprecjonuje jednak inna uwaga wygłoszona przez Becka w styczniu 1939 roku, podczas spotkania z Ribbentropem w Warszawie. Na sugestię wzięcia udziału w „krucjacie antybolszewickiej”, wysuniętą przez szefa Auswärtiges Amt, Józef Beck odrzekł, że pakt o neutralności, zawarty z ZSRR w 1932 r. „traktuje serio, jako rozwiązanie trwałe” [sic!][101]. Czyżby zatem Beck sądził, że w przypadku pojawienia się zagrożenia Polski przez Niemcy latem 1939 roku ZSRR zachowa się wobec Warszawy tak samo honorowo jak on, le grande chef z Wierzbowej wobec Moskwy zimą 1938 roku? Jeśli rzeczywiście tak było to mylił się on w stopniu wręcz niewyobrażalnym. Faktem jest, że na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej w granice Polski minister uznał, iż jest to ewidentny akt agresji[102]. Dlaczego jednak od razu nie pojawiły się wątpliwości, co do rzeczywistych zamiarów Sowietów wobec Polski? Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych RP wydało bowiem kuriozalny wręcz rozkaz, aby do dowódców wkraczających oddziałów sowieckich wysłać parlamentariuszy z zapytaniem o cel tej niespodziewanej „wizyty” [sic!][103]. Jaki los spotkał owych „parlamentariuszy” jest rzeczą wiadomą…
 
Karygodną indolencję ministra Becka w ocenie rzeczywistego stanowiska ZSRR wobec Polski i relacji wzajemnych Moskwy z Berlinem, można częściowo wytłumaczyć skalą nasycenia polskich służb dyplomatycznych sowieckimi agentami. Istotny wpływ na postrzeganie przez Becka poczynań ZSRR miał bowiem jeden z jego najbardziej zaufanych współpracowników, wicedyrektor Departamentu Polityczno-Ekonomicznego i jednocześnie naczelnik Wydziału Wschodniego MSZ, ppłk Tadeusz Kobylański, który pracował dla sowieckiego wywiadu. Także żona p.o. wiceministra spraw zagranicznych Mirosława Arciszewskiego, „biała” Rosjanka, znajdowała się na usługach Moskwy[104].
 
Fakt istnienia sowieckiej infiltracji w żaden sposób nie zwalnia jednak szefa polskiego MSZ z odpowiedzialności za doprowadzanie do klęski wrześniowej i katastrofy politycznej państwa. To ciężkie oskarżenie sformułował pod adresem sanacyjnej ekipy rządzącej Jerzy Łojek: „[…] porozumienie między ZSRR a Rzeszą Niemiecką, – jeżeli Polska zdecydowała się trwać uparcie na pozycjach antyhitlerowskich i szukać politycznego poparcia u mocarstw zachodnich – było łatwe do przewidzenia i niemal oczywiste już wczesną wiosną 1939 roku. Jeżeli ktokolwiek w Warszawie, w MSZ przy ul. Wierzbowej, dał się zwieść grze rządu ZSRR, zasługuje na tym większe potępienie Historii. Albowiem politykowi nie wolno nie rozumieć sytuacji. Ekskuzy typu «przecież nie wiedzieli» podobne byłyby tłumaczeniom nieudolnego chirurga, który z uśmiercenia pacjenta na stole operacyjnym tłumaczyłby się swoją ignorancją w dziedzinie anatomii. Ich obowiązkiem było właśnie wiedzieć, doceniać grozę sytuacji, nie ulegać «pobożnym życzeniom», podjąć zawczasu niezbędne działania. […] Klęska państwa – kontynuował swoją myśl wspomniany autor – może być tylko porażką militarną, a może być zarazem polityczną katastrofą. Ekipa rządowa RP z 1939 roku wskutek swojej po trosze lekkomyślności i małoduszności, po trosze zaś politycznego egoizmu, zmieniła klęskę militarną Września 1939 roku w katastrofę polityczną kraju, której skutki trwają w znacznym stopniu po dzień dzisiejszy”[105].
 
V. Honor macht frei?
Niezwykle łatwo jest oceniać wydarzenia historyczne z perspektywy minionego czasu i wytykać swoim antenatom popełnione błędy – w tym przypadku krytykować będących wtedy u władzy sanacyjnych decydentów za podejmowane przez nich decyzje, które okazały się opłakane w skutkach. Jednak analogiczne oskarżenia jak Jerzy Łojek wysuwał pod adresem sanacyjnych „elit” naoczny świadek tamtych tragicznych wydarzeń. Był nim wspomniany na początku niniejszych rozważań Władysław Studnicki. Ów najsłynniejszy „germanofil polski” tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej w ostrych słowach krytykował ówczesnych polskich polityków za to, że będąc „[…] zapatrzeni w niebezpieczeństwo od zachodu, stają się niemal ślepi na niebezpieczeństwo ze wschodu”[106]. Twierdził też, że „Rosja Sowiecka, gdyby przyszła do Polski w charakterze sprzymierzeńca [przeciw Niemcom] miałaby na celu przeobrażenie Polski w kilka sowieckich republik”[107].
 
Zupełnie inaczej miała się sprawa z relacjami polsko-niemieckimi: „Polska, jako duże państwo neutralne, o życzliwej neutralności wobec Niemiec – pisał z przekonaniem Studnicki – posiada dla Niemiec olbrzymie znaczenie. Jest dosyć silna, by być zdolną do obrony swej neutralności; nie tak silna, aby zagrażać Rzeszy Niemieckiej”[108]. Ponadto bardzo słusznie wskazywał, że „Polska sprzymierzona z Niemcami przeciw Rosji, dla jej przepołowienia przez odbiór i emancypację Ukrainy oraz przez odcięcie Kaukazu z jego naftą i manganowym żelazem posiada znaczenie dla Niemiec większe niż wszelkie inne państwa środkowej i wschodniej Europy”[109].
 
Aby jednak osiągnąć modus vivendi na linii Warszawa-Berlin należało uregulować dwie sprawy o kluczowym znaczeniu: rozwiązać kwestię tzw. korytarza transportowego przez Pomorze i raz na zawsze określić status Gdańska. Były to kwestie sporne, których istnienie było na rękę państwom trzecim, usiłującym nie dopuścić do powstania osi Warszawa-Berlin. Należały do nich oczywiście Wielka Brytania sprzymierzona z Francją oraz ZSRR. Wspólnej granicy z mocarstwami zachodnimi Polska jednak nie posiadała, co z punktu widzenia „logiki przestrzeni” powinno skłonić Warszawę do szukania aliansu z Berlinem. Powody tego były następujące: Jedynym ośrodkiem siły, które zbrojnie wystąpił przeciw odrodzonej po 123 latach z niewoli RP była rządzona przez bolszewików Rosja, nie zaś upokorzone traktatem wersalskim Niemcy. Po drugie: polski „hinterland” (czytaj: „kraj zaplecze”, stanowiący źródło rezerw ludzkich oraz materiałowych niezbędnych do prowadzenia działań zbrojnych, zarówno ofensywnych jak i defensywnych), w skład którego wchodził Górny Śląsk, Wielkopolska i Pomorze Gdańskie, znajdował się odpowiednio na południu, zachodzie i północy kraju, a więc „w kleszczach” niemieckich, które zacisnęły się ostatecznie w marcu 1939 roku, po ostatecznym zlikwidowaniu przez Hitlera Czechosłowacji. W tej sytuacji samo rozpatrywanie możliwości starcia polsko-niemieckiego równałoby się popełnieniu „geopolitycznego samobójstwa”. Takie rozłożenie sił skłaniało do wyciągnięcia wniosku, że wrogiem Rzeczypospolitej był ZSRR, nie zaś Rzesza Niemiecka. Jednakże państwo polskie mogło zwrócić się na wschód, bez obawy, że zostanie mu wbity „nóż w plecy” tylko wówczas, gdyby zapewniło sobie bezpieczeństwo od zachodu. Wiązało się to ze spełnieniem wymienionych już wyżej dwóch postulatów Berlina:
 
Jeśli chodzi o budowę korytarza transportowego z Rzeszy do Prus Wschodnich przez Pomorze Gdańskie to należy stwierdzić, że uznanie przez władze polskie tego postulatu za germańską żądzę – jak określił to Beck – „[…] odepchnięcia Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da” było wyolbrzymione i nie znajdowało potwierdzenia w rzeczywistości. W końcu lat 20. XX wieku projekt budowy takiego eksterytorialnego połączenia, jako pierwsi przedstawili bowiem sami Polacy licząc na odprężenie w nadwyrężonych m.in. wojną celną[110]. Tak więc teza, głosząca, że Niemcy zamierzali „odepchnąć Polskę od Bałtyku” nie wytrzymuje po prostu krytyki.
 
Przejdźmy zatem do problemu przynależności Gdańska. Analizując tę kwestię również jesteśmy zmuszeni zgodzić się, że „obiektywnych podstaw do wojny polsko-niemieckiej” rzeczywiście nie było. Oddajmy głos temu, który „miał czelność” mówić w ten sposób – Władysławowi Studnickiemu. Uważał on, że Polska nie ma najmniejszych podstaw, aby wołać z przejęciem „nie oddamy Gdańska”, ponieważ nie mogła oddać czegoś, co w świetle prawa międzynarodowego nie stanowiło jej własności. „Gdańsk jest republiką pod opieką Ligi Narodów z wysokim komisarzem mianowanym przez Ligę” – pisał Studnicki – z kolei „[…] administracja Gdańska jak i jego ludność jest niemiecka, jest narodowo-socjalistyczna, jest cząstką partii, rządzoną z Berlina. To jest stan faktyczny”[111]. Zdaniem Studnickiego Polska nie miałaby, czego żałować, jeśli Niemcy dokonaliby inkorporacji tego miasta do III Rzeszy. Jeśli jednak tak by się stało i państwo polskie utraciłaby możliwość korzystania z portów i swoich własnych magazynów znajdujących się na terenie Republiki Gdańskiej to wówczas interesy polskie w basenie Morza Bałtyckiego zabezpieczałaby Gdynia. W końcu po to ją przecież zbudowano, aby zdeprecjonowała gospodarcze znaczenie Gdańska na Bałtyku. „Co więc tracimy?”[112] pytał retorycznie Studnicki.
 
Odpowiedzi na to pytanie udzielił Studnickiemu, Polsce, Niemcom i całej Europie, ale przede wszystkim sobie samemu minister Beck, gdy 5 V 1939 roku wygłosił swoje „[…] najlepsze przemówienie w życiu”[113]. Odnosząc się krytycznie do postulatów niemieckich szef polskiego MSZ stwierdził, że „celem ciężkiej i wytężonej pracy dyplomacji polskiej” jest pokój, jednak jak dodał „[…] my w Polsce nie znamy pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor”[114].
 
A zatem w rozumieniu Józefa Becka zgoda na włączenie Gdańska do Rzeszy i zbudowanie korytarza transportowego przez „województwo pomorskie” było „wysoką, ale wymierną” ceną pokoju. Dodajmy, że zbyt wysoką, aby rządzona przez obóz sanacyjny Polska mogła ją zapłacić. Dlatego Beck wolał trzymać się niczym tonący brzytwy jedynej rzeczy, jaka mu jeszcze pozostała: swojego „bezcennego” honoru, którego bał się utracić. W tym miejscu jednak należy zadać sobie pytanie czy „prognozy kosztów” obrony „honoru” ministra Becka, jakie miały być poniesione przez państwo polskie nie przewyższały znacznie kosztów „linii kredytowej”, jaką Beckowi proponowali uruchomić Niemcy?
 
Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski wypowiedział niegdyś następującą opinię: „Czechosłowacja jest tworem sztucznym, nienaturalnym […]. Słowację łatwo pozyskamy, ona sama wejdzie pod nasze wpływy […]. Ruś Podkarpacka powinna przypaść Węgrom, co da nam nareszcie upragnioną granicę wspólną”[115].
 
Beck zgadzał się nią w całej rozciągłości. Można zaryzykować twierdzenie, że wdając się w niezobowiązujący, jak błędnie zakładał, „romans” z Berlinem, wyobrażał sobie, że taki właśnie scenariusz uda mu się zrealizować rękami niemieckimi, co przyniesie Polsce wymierne korzyści a on sam z tego tytułu będzie miał powód do chwały. Józef Beck nie wziął jednak pod uwagę, że przyłączając się do niemieckiej akcji przeciw Czechosłowacji w październiku 1938 r. stworzył Berlinowi możliwość przejęcia cennych „polskich aktywów” w rejonie „miękkiego podbrzusza” Rzeczypospolitej. W marcu 1939 roku Hitler już bez udziału Polski przystąpił bowiem do likwidacji „sztucznego, nienaturalnego tworu”, jakim w opinii Warszawy była Czechosłowacja, ale przy okazji przeciągnął na swoją stronę Słowaków, którym złożył ofertę utworzenia własnego państwa i jednocześnie pozyskał Węgrów, czyniąc na ich rzecz koncesje terytorialne z tych części ziem państwa słowackiego, które znalazły się w polu zainteresowania Budapesztu. Beck został więc z niczym i musiała ogarnąć go bezsilna wściekłość, skoro 23 V 1938 r., najprawdopodobniej pod wpływem jego sugestii władze RP zarządziły alarmową mobilizację części oddziałów wojska polskiego. Konsekwencją tej decyzji stało się wzmocnienie wszystkich jednostek w Okręgach Korpusów znajdujących się na granicy z Niemcami [!][116].
 
Dodajmy, że mobilizację tę przeprowadzono w sytuacji, gdy niemieckie sztab generalny nie prowadził jakichkolwiek przygotowań do akcji zbrojnych wymierzonych przeciw Polsce. Będący pod wielkim wrażeniem tej manifestacji siły Hitler nakazał wtedy wycofać instrukcję Ribbentropa dla von Moltkego, ambasadora niemieckiego w Polsce, zawierającą groźbę, że sprawa przynależności Gdańska i budowy eksterytorialnej linii kolejowej i autostrady przez polskie Pomorze, są postulatami, które tak czy owak będą zrealizowane nawet kosztem zmiany dotychczasowego, pokojowego stosunku Niemiec wobec Polski[117].
 
Dalszy ciąg tych wydarzeń jest powszechnie znany: Beck odrzucając ofertę niemiecką i zarazem nie doprowadzając do finalizacji oferty brytyjskiej na własne życzenie sprawił, że w kwietniu 1939 roku. Polska przestała być „kluczem do sytuacji”. Rolę „klucza” przejął ZSRR reprezentowany przez Józefa Stalina. Od tego momentu rozpoczęły się „podchody”, którym celem stało się zidentyfikowanie – jak pisał Carl Schmitt – „sojusznika” i „wroga”. Tragedia Rzeczypospolitej polegała na tym, że Niemcy zamiast zdefiniować Polskę, jako „sojusznika” zostali zmuszeni określić ją, jako „wroga” zaś na „sojusznika” – ku swojej przyszłej zgubie –wybrali ZSRR.
 
Należy tutaj jeszcze dodać, że Józef Beck nie tylko sprzeniewierzył się wskazaniom testamentu Marszałka Piłsudskiego, ale także dosłownie „rozmienił na drobne” cały dorobek polskiej polityki zagranicznej z takim trudem przez niego wypracowany. Nie zdołał utrzymać poprawnych relacji ani z Niemcami, ani z Francją[118], nie powiodło mu się – mimo niezwykle sprzyjającej koniunktury – nawiązanie naprawdę sojuszniczych relacji z Wielką Brytanią, wreszcie poniósł największą klęskę na Wschodzie, gdzie z jego winy uaktywnił się ZSRR szukający wspólnika w dokonaniu czwartego rozbioru „kraju przywiślańskiego”. Ministrowi Beckowi pozostał zatem tylko opaczne pojęty przezeń „honor” w imię obrony, którego zdecydował się wprowadzić Polskę do wojny na warunkach skrajnie dla niej niekorzystnych. Lekkomyślnie przeciwstawiając się Niemcom nie dostrzegł, że – jak wyraził się generał Karl Bodenschatz – „[…] coś się święci na Wschodzie”[119].
 
W Polsce doskonale zdawał sobie z tego sprawę Władysław Studnicki, który twardo stał na stanowisku, że „[…] Rosja sowiecka jest państwem, z którym przymierze i dobre stosunki są niebezpieczniejsze niż antagonizm. Armia rosyjska, któryby weszła do sąsiedniego kraju, jako sprzymierzona usiłowałaby tam wzniecić rewolucje komunistyczną, wprowadzić ustrój sowiecki, co wywołałoby przyłączenie tego kraju do Rosji”[120]. Jednocześnie wskazywał, że Polska umieszczona między Niemcami a Rosją, nie mogłaby odeprzeć napadu obu tych sąsiadów”[121] i dodawał z przenikliwością prekognity: „Rosja plus Niemcy to blisko 230 milionów mieszkańców. Połączenie zdolności organizacyjnych i techniki niemieckiej z surowcami rosyjskimi stanowiłoby potęgę znaczniejszą od wszelkiej możliwej koalicji europejskiej”[122]. Oceniając dalej rezultat potencjalnego starcia polsko-niemieckiego pisał on, że „Polska pozostająca w koalicji antyniemieckiej kierowanej przez Francję, może ponieść olbrzymie rany ze strony Niemiec” i stwierdzał: „wojnę polsko-niemiecką uważam, za klęskę dla Polski i rzecz niebezpieczną dla Niemiec, udział zaś Polski w koalicji antyniemieckiej za cios wymierzony w cywilizację europejską”[123].
 
A jak przedstawiała się sytuacja w Niemczech? Czy znalazł się ktoś, komu podobnie jak Studnickiemu udało się przeniknąć wzrokiem zasłonę przyszłych, tragicznych wydarzeń? O tym, że „coś się święci na Wschodzie” pisał już w 1925 roku niemiecki historyk i dyplomata Carl Jacob Burckhardt w liście do Hugo von Hofmannsthala. Oprócz miażdżącej krytyki poczynań mocarstw zachodnich wobec Niemiec, zawarł w nim również niemalże profetyczne ostrzeżenie przed awansem ZSRR do rangi światowego imperium. Dyplomata ten uważał, że mocarstwa zachodnie w bardzo nierozważny sposób „[…] drażnią najgłębiej rozczarowanych wynikiem wojny Niemców, którzy dawno już nie są mocarstwem, jeśli w ogóle kiedykolwiek nim byli”; drażnią ich „[…] nieufnością i małostkowym traktowaniem, aż eksploduje ich skłonność do przeciągnięcia struny, do przyłożenia komuś, do ostrego finału”[124]. Zdaniem Burckhardta wystar­czyłoby jednak, „[…] aby bardziej wspaniałomyślnym podejściem wzmocnić aktualne umiarkowane rządy w tym kraju. Zamiast tego doprowadza się do ich kompromitacji, pozbawiając jeden rząd po drugim politycznej podstaw, aż w końcu pozostanie tylko ślepa złość oraz podatna na każdą demagogię niemiecka bezkrytyczność i polityczna nieudolność, wywołujące stan upojenia, który Zachód brać będzie wtedy za główne niebezpieczeństwo dla świata, za największe zagrożenie”[125].
 
Tymczasem – jak pisał Burckhardt – „faktyczne zagrożenie przygotowuje się poza tą niemiecka fasadą, między Bałtykiem a Oceanem Spokojnym, i to w takiej skali przestrzennej, jakiej ludzkość jeszcze nie widziała. Z racji przenikającego wszystko światopoglądu zaprzęgniętego na służbę nacjo­nalistycznego imperializmu jest federacja [czytaj: Związek Socja­listycznych Republik Radzieckic] procesem krystalizacji, któremu nie można się oprzeć. Czym są w porównaniu z tym mające w świecie tak nikła reklamę możliwości niemieckiego rewanżu, niemieckich dążeń ekspan­sjonistycznych?”. „Rosja – snuł swoje prorocze rozważania przywołany autor – jako centrum doktryny zbawienia, uzyskuje siły jak niegdyś rozpalony przez Mahometa świat arabski. Chodzi tu o to, że możemy się liczyć z największym generatorem siły, z jakim mieliśmy dotychczas do czynienia… Rosyjski fenomen nie daje się więc już wcale rozstrzygnąć jako problem teoretyczny, bo został on rozstrzygnięty, będąc najpotężniejszą rzeczywistością naszej epoki, i może on nas interesować tylko o tyle, o ile rzeczywistość ta przysporzy niewyobrażalnych sił państwu prącemu za pomocą wszelkich środków do panowania nad światem. Niemcy i Japonia są naturalnymi przeciwnikami ekspansji rosyjskiej. Jednak Zachód, imperium angielskie i Stany Zjednoczone, którym ekspansja ta zagraża najbardziej, starają się wszelkimi sposobami osłabić Niemcy i Japonię”[126].Zacytowany tutaj przydługi wywód późniejszego wysokiego komisarza Ligi Narodów w Gdańsku w latach 1937-1939, stanowi niezwykle rzadko spotykany przykład trafnej analizy geostrategicznej poczynionej z wyprze­dzeniem 20 lat (!), kiedy to w wyniku II wojny światowej ZSRR stał się globalnym hegemonem na eurazjatyckiej masie kontynentalnej.
 
Zauważmy, że Carl J. Burckhardt z godną podziwu precyzją nakreślił geopolityczne uwarunkowania położenia ZSRR. Prawidłowo zidentyfikował największych wrogów państwa „robotników i chłopów”, za jakich uznał USA i Wielką Brytanię. Natomiast pomiędzy ZSRR a jej głównymi przeciwnikami usytuował dwie regionalne potęgi: Niemcy i Japonię. Wojna o panowanie nad światem miała się zatem rozpocząć i rozegrać pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem i jego „satelitą” Londynem. Od sprytu i przebiegłości obydwu stron konfliktu miało zależeć, jakie stanowisko wobec nich przyjmie Berlin i Tokio. Wielką zasługą Józefa Stalina było to, że udało mu się skłonić Niemcy i Japonię do zawarcia paktów o nieagresji z ZSRR[127] a przez to skierować ich zbrojną ekspansję w bezpiecznym dla ZSRR kierunku, tzn. przeciw swoim największym wrogom: USA i Wielkiej Brytanii.
 
Warto zastanowić się czy za bezpośredniego winnego tej sytuacji nie należałoby uznać min. Józefa Becka. Odrzucając bowiem możliwość związania się sojuszem z Niemcami, pchnął on dosłownie Hitlera w objęcia Stalina. Tym samym osłabił się sojusz niemiecko-japoński wymierzony w ZSRR. W tej sytuacji rząd w Tokio, chcąc zapewnić sobie bezpieczne „tyły” przed atakiem na USA (dokładnie tak samo jak rząd niemiecki przed atakiem na państwa zachodniej Europy), został niejako zmuszony do szukania porozumienia z Sowietami. Gdy już takowe osiągnął jego uwaga skupiła się na budowaniu morskiego imperium w rejonie Azji Południowo-Wschodniej nie zaś na podboju Syberii. W taki oto sposób ZSRR uniknął wojny na dwa fronty.
 
Rozpatrując ten ciąg wydarzeń przez pryzmat „efektu motyla” możemy przyjąć, że jego swoistym katalizatorem był nie, kto inny jak minister Józef Beck, który naiwnie wierzył, że stawiając opór Niemcom w imię „bezcennego honoru” ocali wolność narodu i państwa polskiego. Kiedy 3 IX 1939 roku pojawiły się pierwsze potwierdzone informacje o tym, że Wielka Brytania i Francja formalnie wypowiedziały wojnę Niemcom, Beck miał powiedzieć swojemu sekretarzowi: „Naród miałby prawo postawić mnie pod mur i rozstrzelać, gdyby oni nie byli weszli do wojny”[128]. Jednakże Wielka Brytania i Francja nie przystąpiły czynnie do wojny w tym okresie, ograniczając się tylko do złożenia pustych deklaracji poparcia dla walczącej Polski oraz niewielkich ruchów wojsk na froncie zachodnim. Kiedy 30 IX 1939 roku premier rządu RP Felicjan Sławoj-Składkowski zgłosił na ręce nowego prezydenta Polski, Władysława Raczkiewicza dymisję swojego gabinetu, ten ją przyjął. Józef Beck przestał być ministrem spraw zagranicznych. Nie poniósł jednak żadnych konsekwencji swoich poczynań. Pozostał w Rumunii[129] i przez cały okres wojny zajmował się pisaniem pamiętników, leczeniem zębów, oraz… modelarstwem okrętowym.
 
*   *   *
 
Kiedy 21 III 1939 roku Joachim von Ribbentrop, rozmawiał ambasadorem Józefem Lipskim, aby raz jeszcze spróbować skłonić polski rząd do zawarcia aliansu z Niemcami, skierował pod jego adresem pogróżkę takiej oto treści: „Albo Polska pozostanie narodowym państwem, współpracując na rozsądnych zasadach z Niemcami, albo pewnego dnia powstanie marksistowski rząd polski, który następnie zostanie wchłonięty przez bolszewicką Rosję”[130]. Pięć lat później, 22 lipca 1944 r. słowa te spełniły się w całej swojej rozciągłości…
 

Źródło: "Geopolityka" 2009, nr 2(3), s. 227-258.


[1] W. Studnicki, Wobec nadchodzącej II wojny światowej, [w:] Wybór Pism, t. II, Toruń 2001, s. 350.

 

[2] Ibidem, s. 339.

 

[3] D. Madejski, Polak „mądry przed szkodą”: Koncepcja osi Warszawa-Berlin w pisarstwie politycznym Władysława Studnickiego, [w:] Między historią a geopolityką, red. R. Domke, Częstochowa 2009, s. 33-68.

 

[4] P. Starzeński, Trzy lata z Beckiem, Warszawa 1991, s. 30.

 

[5] Naszym zdaniem państwa europejskie dysponują ograniczoną suwerennością a to z racji przekazania wielu ze swych fundamentalnych prerogatyw (np. prawa do prowadzenia wojny – ius belli), podmiotom o charakterze transnarodowym takim jak NATO czy Unia Europejska.

 

[6] E. Topitsch, Wojna Stalina, Wrocław 1996, s. 245. Taktyka spychania badaczy do „prawego narożnika” ma na celu zdyskredytowanie konkretnego naukowca oczach świata nauki i opinii publicznej wtedy, gdy wyniki jego prac odbiegają od „ogólnie przyjętych norm”. W Niemczech los taki spotkał autorów, którzy pośrednio lub wprost mieli odwagę przyznać, że stalinowski ZSRR planował inwazję na Europę w celu „wyzwolenia” jej spod dominacji hitlerowskich Niemiec. Do „najciemniejszej” części „prawego narożnika” zepchnięto umiarkowanych badaczy takich jak Philipp W. Fabry czy Erich Helmdach nie wspominając o kuriozalnym przypadku Joachima Hoffmana z fryburskiego Instytutu Historii Wojska, któremu… wytoczono proces sądowy. Por.: ibidem, s. 245.

 

[7] W tym roku przypadła także dziewięćdziesiąta rocznica podpisania traktatu wersalskiego (28 VI 1919) ustanawiającego porządek międzynarodowy po zakończeniu I wojny światowej.

 

[8] J. Łojek, Agresja 17 września: Studium aspektów politycznych, Warszawa 1990. 

 

[9] M. Pruszyński, Tajemnica Piłsudskiego, Warszawa 1997.

 

[10] G. Górski, Wrzesień 1939: Rozważania alternatywne, Warszawa 2000.

 

[11] P. Wieczorkiewicz, Historia polityczna Polski 1935-1945, Warszawa 2005.

 

[12] K. Fabrycy, Komórka specjalna, „Niepodległość” 1955, t. V, s. 217.

 

[13] M. Pruszyński, op. cit., s. 9.

 

[14] W. Jędrzejewicz, J. Cisek, Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego, Wrocław 1994, t. III, 326.

 

[15] M. Pruszyński, op. cit., s. 201.

 

[16] K. Świtalski, Diariusz, 1919-1935, Warszawa 1992, s. 660.

 

[17] W. A. Zbyszewski, Nieznane „testimonium” o Piłsudskim, „Zeszyty Historyczne” 1963, z. 4, s. 51.

 

[18] M. Pruszyński, op. cit., s. 135-142.

 

[19] Ibidem, s. 143-150.

 

[20] Ibidem, s. 169.

 

[21] Ibidem, s. 169.

 

[22] Już w 1932 roku Marszałek Piłsudski w rozmowie z francuskim attaché wojskowym pułkownikiem d’Arbonneau uznał, że: „Francja nas porzuci, zdradzi, oto co u nas myślą i dlatego mówię to panu, jak żołnierz żołnierzowi”. Zob. W. Jędrzejewicz, J. Cisek, op. cit., t. III, s. 254.

 

[23] M. Pruszyński, op. cit., s. 200-201.

 

[24] W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945, t. II, cz. 1, s. 559, przyp. 40.

 

[25] Po upływie półtora miesiąca od podpisania w Berlinie deklaracji o nieagresji z Niemcami J. Piłsudski spotkał się w Belwederze z prezydentem Mościckim, Beckiem, premierem Jędrzejewiczem oraz byłymi premierami: Bartlem, Sławkiem, Prystorem i Świtalskim. Stwierdził wtedy: „Polska w dziejach swych za czasów Katarzyny i Fryderyka pruskiego doświadczyła na swojej własnej skórze, co to znaczy, gdy dwaj jej najpoważniejsi sąsiedzi dogadają się. Polska została wtedy rozdarta na strzępy. To niebezpieczeństwo istnieje zawsze dla Polski”. Por.: K. Świtalski, op. cit., s. 659.

 

[26] P. Starzeński, op. cit., s. 52.

 

[27] G. Górski, op. cit., s. 15-16.

 

[28] Ibidem, s. 16, przyp. 13.

 

[29] W. Witos, Moja tułaczka, [Warszawa 1967] s. 244.

 

[30] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 35.

 

[31] H. Rauschning, Rewolucja nihilizmu: Kulisy i rzeczywistość Trzeciej Rzeszy, Warszawa [1939], s. 340.  

 

[32] Taką opinię nt. kanclerza Rzeszy Niemieckiej wygłosił Józef Piłsudski. Relacjonuje to Świtalski: „Komendant mniej ceni sobie akty podpisane, a więcej to, że przez stanowisko Hitlera zmienia się psychologia narodu niemieckiego w stosunku do Polski. Dlatego nawet wtedy, gdyby do władzy przyszli Prusacy, a co byłoby dla nas najgorsze, to ta zmiana psychologiczna w narodzie niemieckim będzie dla nich przeszkodą w nawróceniu do starej antypolskiej polityki. Komendant w tym miejscu wyraził uznanie dla Niemców, że umieją iść rozsądnie etapami”. Por.: K. Świtalski, op. cit., s. 659. 

 

[33] G. Górski, op. cit., s. 22.

 

[34] Ibidem, s. 27-28.

 

[35] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 37.

 

[36] B. Dopierała, Gdańska polityka Józefa Becka, Poznań 1967, s. 259; G. Górski, op. cit., s. 28.

 

[37] G. Górski, op. cit., s. 28.

 

[38] Ibidem.

 

[39] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 56-57.

 

[40] W. Roszkowski, Historia polityczna Polski 1914-1991, Warszawa 1992, s. 81.

 

[41] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 47.

 

[42] Warto zacytować w tym miejscu opinię Edwarda Rydza-Śmigłego nt. stanowiska mocarstw zachodnich wobec Polski w czasie trwania kryzysu czechosłowackiego: „Francja chętnie wmanewrowałaby Polskę do wojny […], ale sama – mimo łączącego ją z Czechami sojuszu – zupełnie nie kwapiła się do poparcia Pragi z bronią w ręku. Wszystko, więc przemawiało za tym, że gdyby Polska w jesieni 1938 roku wystąpiła po stronie Czechosłowacji – mocarstwa zachodnie zamiast czynnej pomocy udzieliłyby nam pochwały, a na wypadek wojny przyjęłyby wyczekującą postawę widza”. Zob.: E. Rydz-Śmigły, Czy Polska mogła uniknąć wojny?, [w:] Wrzesień 1939 w relacjach i wspomnieniach, [Warszawa 1989], s. 47.

 

[43] G. Górski, op. cit., s. 38.

 

[44] Podczas jednego ze swoich wystąpień w Sejmie RP, Beck wykpił wartość „sojuszu” polsko-francuskiego porównując go do niezdrowych relacji rodzinnych, gdzie Polsce przypisał rolę emancypującego się siostrzeńca:, „Podczas gdy ten dorasta, ciotka ciągle go, jako dziecko traktuje; podrażniony tym młody człowiek nieraz w szorstki sposób postępuje tak, by dać do poznania ciotce, że musi być już traktowany, jako człowiek dojrzały”. Tego typu tyrady, co oczywiste, nie były mile widziane przez Paryż. Zob.: P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 37.

 

[45] G. Górski, op. cit., s. 33-34.

 

[46] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 50.

 

[47] G. Górski, op. cit., s. 39.

 

[48] Ibidem, s. 42.

 

[49] Ibidem.

 

[50] Ibidem.

 

[51] Diariusz: Teki Jana Szembeka (1935-1945), t. IV, Londyn 1963, s. 463-465.

 

[52] G. Górski, op. cit., s. 43.

 

[53] Ibidem, s. 45.

 

[54] M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny: Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków 1993, s. 327.

 

[55] G. Górski, op. cit., s. 45.

 

[56] W dniu 3 lipca Beck odbył rozmowę z Hitlerem, podczas której Fürher stwierdził, iż „od chwili, kiedy uzyskał wpływ na rządy w Niemczech, od razu [wysunął], jako najważniejsze, a w dawnych Niemczech niepopularne dwa punkty: ułożenie stosunków z Anglią i Polską. Reszta jest […] kwestią drugorzędną”. Późniejsze awanse Hitlera wobec Becka pozwalają sądzić, że za tym kurtuazyjnym stwierdzeniem już wtedy kryła się propozycja zawarcia aliansu polsko-niemieckiego. Zob.: J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945: Od Wersalu do Jałty, Lublin 1998, s. 236-238.

 

[57] G. Górski, op. cit., s. 55.

 

[58] Ibidem, s. 68.

 

[59] Ibidem. O tym, że starcie z Niemcami jest nieuchronne Beck zdecydował już w styczniu 1939 roku podczas narady na Zamku z prezydentem Mościckim, premierem Składkowskim oraz szefem GISZ-u Rydzem-Śmigłym. Zob.: W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945, t. III: 1939-1945, Londyn 1960, s. 4. W swoich J. Beck wspomnieniach napisał później, iż poinformował członków najwyższych władz RP, o tym, że „[…] jeśli Niemcy podtrzymywać będą nacisk w sprawach dla nich drugorzędnych” wówczas Polsce „grozi konflikt w wielkim stylu”. Por.: J. Beck, Ostatni raport, Warszawa 1987, s. 162.

 

[60] G. Górski, op. cit., s. 50.

 

[61] Ibidem, s. 51.

 

[62] Sprawa polska w czasie drugiej wojny światowej na arenie międzynarodowej: Zbiór dokumentów, Warszawa 1965, s. 18.

 

[63] G. Górski, op. cit., s. 74.

 

[64] Ibidem.

 

[65] Ibidem, s. 52.

 

[66] Dalej Beck miał powiedzieć: „Jeśli zresztą będzie wojna, to bić się będziemy tak czy owak. A lepiej będzie robić wojnę, jako sojusznik Anglii, a nie, jako jej gwarantowany wasal”. Zob.: P. Starzeński, op. cit., s. 115.

 

[67] G. Górski, op. cit. s. 77.

 

[68] Ibidem, s. 80.

 

[69] Ibidem, s. 81.

 

[70] G. Gafencu, Ostatnie dni Europy: Podróż dyplomatyczna w 1939 roku, Warszawa 1984, s, 44.

 

[71] A. Bullock, Hitler: Studium tyranii, Warszawa 1969, s. 416.

 

[72] 11 IV 1939 roku w dyrektywach związanych z planem „Fall Weis” kanclerz Niemiec napisał: „stosunek Niemiec do Polski polega na unikaniu napięć, jeśli jednak Polska zechce swą opartą na podobnych założeniach politykę zmienić i zajmie wobec Rzeszy groźne stanowisko, wówczas musi dojść do ostatecznego rozrachunku”. Por.: M. Zgórniak, op. cit., s. 366.

 

[73] P. Wieczorkiewicz, op. cit. s. 56.

 

[74] Paryż w osobie generała Maurice’a Gamelina uznał, że na wypadek niemieckiej agresji na Wschodzie (czytaj: przeciw Rzeczpospolitej) Polacy „[…] powinni ściągnąć na siebie pierwsze uderzenie niemieckie, aby dać Francji czas i możność zachowania sił na późniejszy rozwój wypadków”. Zob.: W. Stachiewicz, Wierności dochować żołnierskiej: Przy­go­towania wojenne w Polsce 1935-1939 oraz kampania 1939 w relacjach i rozważaniach szefa Sztabu Głównego i szefa Sztabu Naczelnego Wodza, Warszawa [1998], s. 107. W podobnym tonie wypowiadali się również Brytyjczycy. Zob. G. Górski, op. cit., s. 90-91.

 

[75] D. Irving, Wojna Hitlera, Warszawa 1996, s. 162.

 

[76] G. Górski, op. cit., s. 91.

 

[77] W. I. Lenin, Dzieła, t. 31, Warszawa 1955, s. 446.

 

[78] Ibidem, s. 449.

 

[79] Ibidem, s. 458.

 

[80] Ibidem, s. 456.

 

[81] Ibidem.

 

[82] J. Stalin, Zagadnienia leninizmu, [Łódź 1947], s. 524.

 

[83] E. Topitsch, op. cit., s. 55.

 

[84] J. Łojek, op. cit., s. 13.

 

[85] W. Suworow, Lodołamacz, Warszawa 1997, s. 12.

 

[86] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 61.

 

[87] Ibidem, s. 61.

 

[88] J. Stalin, op. cit., s. 522, 525, 528.

 

[89] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 59.

 

[90] Ibidem, s. 59-60.

 

[91] J. Beck, Ostatni raport, s. 173.

 

[92] D. Irving, op. cit., s. 178.

 

[93] K. Sosnkowski, Cieniom Września, [Warszawa 1988], s. 50.

 

[94] M. Kornat, Polska 1939 wobec paktu Ribbentrop-Mołotow, Warszawa 2002, s. 595.

 

[95] P. Starzeński, op. cit., s. 126.

 

[96] P. Wieczorkiewicz, op.cit., s. 36, 43; J. Beck, op. cit., s. 175. 

 

[97] D. Irving, op. cit., s. 146.

 

[98] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 35-36. W sowieckich planach inwazji na Zachód tzw. łuk białostocki pełnił ważną rolę geostrategiczną. Por.: E. Topitsch, op.cit., s. 177-179.

 

[99] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 61.

 

[100] L. Nöel, Agresja niemiecka na Polskę, [Warszawa] 1966, s. 18. 

 

[101] J. Beck, op. cit., s. 163.

 

[102] J. Łojek, op. cit., s. 79-81.

 

[103] G. Górski, op. cit., s. 92; J. Łojek, op. cit., s. 80.

 

[104] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 49, przyp. 130.

 

[105] J. Łojek, op. cit., s. 24-25.

 

[106] W. Studnicki, op. cit., s. 319.

 

[107] Ibidem, s. 318.

 

[108]Ibidem, s. 341.

 

[109] Ibidem, s. 341.

 

[110] Projekt budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej biegnącej przez Pomorze Gdańskie a łączącej Rzeszę z Prusami Wschodnimi przedstawił zarówno władzom polskim jak i niemieckim prezes zarządu Polskiej Ligi Drogowej Stefan Tyszkiewicz. Spotkała się ona z nieomal entuzjastycznym przyjęciem Fritza Todda, szefa niemieckiego programu budowy autostrad. Niestety do dzisiaj nie wiemy dlaczego projekt ten nie został przyjęty do realizacji. Por.: M. Pruszyński, op. cit., s. 165.

 

[111] W. Studnicki, op. cit., s. 346.

 

[112] Ibidem, s. 347. W tym miejscu należy wyraźnie zaznaczyć, że Władysław Studnicki nie zamierzał żadnemu z sąsiadów Polski oddawać ani piędzi ziemi polskiego terytorium narodowego. Jako zaprzysięgły państwowiec polski nieugięcie stał na straży integralności terytorialnej Rzeczypospolitej wobec zakusów sąsiadów zarówno ze wschodu jak i z zachodu: „Ani Śląsk, ani Pomorze, ani ziemia wileńska, nowogródzka nie są jakimiś protezami – pisał Studnicki – Strata każdej prowincji musiałaby wywołać zaburzenie w całym naszym państwowym, gospodarczym i narodowym organizmie”. Por.: ibidem, s. 351.

 

[113] P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 57.

 

[114] Ibidem, s. 57.

 

[115] M. Romeyko, Wspomnienia o Wieniawie i rzymskich czasach, [Warszawa 1990], s. 64.

 

[116] G. Górski, op. cit., s. 64-66; D. Irving, op. cit., s. 153.

 

[117] S. Żerko, Stosunki polsko-niemieckie 1938-1939, Poznań 1998, s. 273.

 

[118] Należy tutaj odnotować, że Francja „sama z siebie” zerwała de facto sojusz z Polską, kiedy w grudniu 1938 roku została podpisana francusko-niemiecka deklaracja o nieagresji. Por.: P. Wieczorkiewicz, op. cit., s. 49.

 

[119] D. Irving, op. cit., s. 155

 

[120] W. Studnicki, System polityczny Europy a Polska, [w:] ibidem, s. 185.

 

[121] Ibidem, s. 25.

 

[122] Ibidem, s. 25.

 

[123] Ibidem, s. 24.

 

[124] E. Topitsch, op. cit., s. 23.

 

[125] Ibidem.

 

[126] Ibidem, s. 23-24.

 

[127] W kwietniu 1941 roku ZSRR podpisał pakt o nieagresji z Japonią. Por.: E. Topitsch, op.cit., s. 155-158. Układ ten umożliwił Stalinowi przestawienie wektora ekspansji Japonii z zachodniego (antysowieckiego) na południowy (nakierowany na nieuchronny konflikt z USA), W taki oto sposób Stalin poszczuł regionalne potęgi Światowej Wyspy Niemcy i Japonię przeciw mocarstwom anglosaskim Wielkiej Brytanii i USA. 

 

[128] O. Terlecki, Pułkownik Beck, Kraków, 1985, s. 335.

 

[129] Gwoli ścisłości należy tutaj odnotować dwie sprawy. Otóż 20 X 1940 roku min. Beck próbował ucieczki do Turcji, która jednak została udaremniona, a niedoszły zbieg trafił na jakiś czas do aresztu. O planach tych miał dowiedzieć się rząd gen. Władysława Sikorskiego. Prof. Stanisław Kot miał w tej sprawie wysłać do kpt. Wojewódzkiego przydzielonego do ambasady polskiej w Bukareszcie list z instrukcją o treści: „powiadomić natychmiast Antonescu, gdyby to nie odniosło rezultatu, to proszę przez ambasadę neutralną zawiadomić ambasadę niemiecką”. Oficer nie wykonał tego polecenia, ale zawiadomił ambasadora polskiego w Rumunii, Rogera Raczyńskiego. Por.: J. Tymieniecka, B. Tymieniecki, Wstęp, [w:] J. Beck, Kiedy byłam Ekscelencją, Warszawa 1990, s. 7.
Natomiast 8 maja 1940 gen. Sikorski, pełniący już wówczas funkcję premiera i Naczelnym Wodzem, zwrócił się do utworzonego przez siebie gabinetu, z prośbą o opinię dotyczącą zezwolenia na wjazd do Francji członków ostatniego sanacyjnego rządu. Wicepremier Stanisław Kot wyraził zgodę na sprowadzenie Składkowskiego oraz Kwiatkowskiego, zaś August Zaleski (który znów został ministrem spraw zagranicznych), opowiedział się także za sprowadzeniem z Rumunii Józefa Becka. Sprzeciwił się temu jednak minister pracy i opieki społecznej Jan Stańczyk. Sprawę tę miała rozstrzygnąć specjalna komisja, która jednak nigdy się nie zebrała. Zob.: O. Terlecki, op. cit., s. 356.

 

[130] P. Raina, Stosunki polsko-niemieckie 1937-1939: Prawdziwy charakter polityki zagranicznej Józefa Becka, Londyn 1975, s. 59.

 

Komentarze

komentarze

stat4u