Andrzej Piskozub: Światopogląd konserwatywnego liberała

prof. dr hab. Andrzej Piskozub

Recenzja: Erik von Kühnelt-Leddihn, Ślepy tor. Ideologia i polityka lewicy 1789-1984, przekład Małgorzata Gawlik, Wydawnictwo WEKTORY 2007, ss. 676.
 
W czasie moich studiów, na początku lat 50., natrafiłem w ówczesnej Bibliotece Gdańskiej (obecnej Bibliotece PAN w Gdańsku), na książkę Erika von Kühnelt-Leddihna, która zafrapowała mnie swoim tytułem: Jezuici, burżuje, bolszewicy. Jej polski przekład ukazał się w 1937 roku w Poznaniu. Wydanie oryginalne było o kilka lat wcześniejsze, powstało w czasie tworzenia się Trzeciej Rzeszy – wydarzenia, które zdominowało wówczas uwagę autora, czego świadectwem są końcowe akapity tamtej książki. Autor wylicza w nich największe kulturalne osiągnięcia Pierwszej Rzeszy (962-1806) i kończy książkę pytaniem, w którą stronę podąży Trzecia Rzesza – czy nawiąże do tradycji owej Pierwszej Rzeszy, czy też będzie kontynuatorką Drugiej Rzeszy (1871-1918) – niemieckiego państwa narodowego, stworzonego przez Bismarcka? 

Gdy w roku 2007 ukazało się polskie wydanie książki Ślepy tor. Ideologia i polityka lewicy 1789-1984, a jako jej autor figurował na jej okładce Erik von Kühnelt-Leddihn, zastanawiałem się, czy to możliwe, aby był to ten sam człowiek, który ponad pół wieku wcześniej opublikował tamtą, przywołaną tutaj książkę? A jednak tak: żył on w latach 1909-1999 i gdy miał lat dwadzieścia kilka lat napisał książkę Jezuici, burzuje, bolszewicy, a gdy miał lat siedemdziesiąt kilka napisał Ślepy tor. A pomiędzy obu tymi książkami napisał i opublikował wiele innych.

Jest to książka rewelacyjna dla przedstawicieli różnych dziedzin humanistyki. Mnie zafascynowały bystre spostrzeżenia i krytyczne komentarze autora z obszaru geografii historycznej Europy XIX i XX wieku. Nie o nich jednak chcę mówić w tej recenzji. Kieruję ją przede wszystkim do politologów, którzy wiele się mogą od Kühnelt-Leddinha nauczyć i wiele swych bezmyślnie powtarzanych stereotypów zasadniczo skorygować.

Damian Leszczyński swoje wprowadzenie do polskiego wydania tej książki zatytułował: Erik von Kühnelt-Leddihn – ostatni konserwatywny arcyliberał (s.7). Można zapytać, skąd wiadomo, że ostatni i czy zamiast: arcyliberał, nie wystarczy po prostu określenie: liberał? Bo co do tego, że autor omawianej książki jest liberałem i do tego liberałem konserwatywnym – nie ma i nie może być najmniejszej wątpliwości.

Niemiecki tytuł oryginału: Die falsch gestellte Weichen – Der rote Faden 1789-1984 (“Błędnie nastawione zwrotnice – Czerwona nić 1789-1984”) moim zdaniem lepiej oddaje myśl przewodnią autora, niż tytuł książki w przekładzie polskim. Kühnelt-Leddihn prowadzi nas przez dwa stulecia najnowszych dziejów Europy i świata: punktem wyjścia jest dla niego wielka rewolucja francuska, datą zamykającą rozważania autora jest “orwellowski” rok 1984. “Od ponad 200 lat na świat chrześcijański (lub jeśli kto chce: dawny świat chrześcijański) wywierają wpływ trzy rewolucje:francuska rosyjska i niemiecka” – pisze na s.21. Pierwsza z puszki Pandory wypuściła demokrację, doprowadzając do najstraszliwszych jej wynaturzeń, druga uczyniła to samo z socjalizmem, a trzecia z nacjonalizmem. Ten potwór swe trzy głowy ujawnił już podczas rewolucji francuskiej: “Czy zatem Rewolucja Francuska była wcześniejszą formą narodowego socjalizmu? Nie ma co do tego żadnych wątpliwiości. <Krew i ziemia> pojawiają się w Marsyliance, w której głośno wyraża się pragnienie, aby nieczystą krwią (sang impur) wrogów napoić francuską ziemię. Brak uprzedzeń do tego rzeczywiście osobliwego nawozu może też być dowodem pozostałości liberalno-tolerancyjnych poglądów.” (s.46).

Von Kühnelt-Leddihn nie szczędzi w swej książce miejsca na krytykę tych “pozostałości liberalno-tolerancyjnych poglądów”, które przede wszystkim postrzega jako złudzenia, iż demokratyczny system sprawowania władzy z jednej strony a liberalny światopogląd z drugiej, to polityczni mleczni bracia, współpracujący ze sobą w kształtowaniu współczesnego ładu światowego. “Podczas gdy demokracja udziela odpowiedzi na pytanie kto powinien rządzić i domaga się, aby większość politycznie równouprawnionych obywateli miała prawo sprawowania władzy, liberalizm odpowiada na zupełnie inne pytanie, a mianowicie jak należy rządzić. A jak brzmi odpowiedź? Każdy powinien się cieszyć możliwie największą wolnością, która nie stoi w sprzeczności z dobrem ogółu. Podstawowymi zasadami demokracji są zatem równość i władza większości, liberalizm zaś opiera się na wolności. Wprawdzie wolność i równość to przeciwstawne zasady, ale to już zupełnie inna historia. Zauważmy, że liberalna demokracja, w której żyjemy na Zachodzie, cierpi na wewnętrzną sprzeczność, której konsekwencjami były tragiczne rozłamy. Niestety, należy oczekiwać, że będą się one pogłębiały. Odnotujmy także, że demokracja i doktrynalny demokratyzm mówią o systemie, a liberalizm o stanie.”(s.234).

Jako konserwatywny liberał von Kühnelt-Leddihn zwraca się do współczesnych liberałów z tamtego brzegu: w duchu czasu, panującego zanim w XIX wieku upowszechniać się zaczęły rządy liberalno-demokratyczne. Monarchista, dla którego wzorcem było cesarstwo Habsburgów, ostatnie tutaj państwo dynastyczne po zdominowaniu Europy po 1870 roku przez państwa narodowe    otwarcie oświadczał, że jego ulubionym systemem jest monarchia absolutna.  Stwierdzał przecież: “Demokracja i liberalizm mogą się jednoczyć poprzez rozmaite instytucje… Może zatem istnieć liberalny zwolennik monarchii absolutnej lub dyktator, ale już nie demokratyczny (choć jak najbardziej “demofilny”) monarcha absolutny. Dyktator może rządzić liberalnie lub totalitarnie, totalitaryzm zaś to odwrotność liberalizmu. Nietrudno także wyobrazić sobie demokrację totalitarną: przypomnijmy choćby Rewolucję Francuską lub narodowy socjalizm, który w swych “najlepszych latach” miał za sobą większość społeczeństwa.” (s.234).

W tym kontekście pokpiwa z totalitarnej nowomowy: “Bez przesady można powiedzieć, że wszystkie państwa, mające w swojej oficjalnej nazwie słowo “demokratyczny” – od Niemieckiej Republiki Demokratycznej po Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną i Demokratyczną Republikę Wietnamu – są krwawymi dyktaturami.” (s.25). “Demokracja to <rząd ludu>.Określenie <demokracja ludowa> jest pleonazmem. Ale być może doczekamy kiedyś jeszcze <ludowej demokracji ludowej>, w której lud nie będzie już miał kompletnie nic do powiedzenia.” (s.456). Wymienia po nazwisku zacnych zbrodniarzy, władających po drugiej wojnie światowej Czechosłowacją, Rumunią i Jugosławią, którzy “w imię <jedności narodowej> w wielkim stylu zajmowali się mordowaniem i wypędzeniami. Można było to dobrze usprawiedliwić, ponieważ demokracja to rządy większości; a gdy większość postanowi, że mniejszość musi się wynieść, nie jest to wprawdzie liberalne, za to niewątpliwie na wskroś demokratyczne. W związku z tym Niemcy zostali wypędzeni nie tylko z Czechosłowacji, lecz także z Jugosławii. Albańczycy nie zostali wypędzeni, ale raczej <zredukowani> wskutek masowych mordów. Wrogowi pluralizmu nic nie jest tak miłe, jak uniformizm: wybory wygrane w 99 procentach, kraj zaludniony w 99 procentach przez jeden naród i tak dalej (ten jeden procent to alibi dla demokracji).” (s.459). Czy Kuehnelt-Leddihn był odosobniony w swej krytycznej postawie wobec wypaczeń demokracji?

Jose Ortega y Gasset tak o niej pisał w “Rozmyślaniach o Europie”: Wyraz demokracja był inspirujący i godny szacunku tak długo, jak długo był przynajmniej jako idea, jako pewien sens, czymś względnie sprawdzalnym. Ale w Jałcie “demokracja” okazała się kobietą, z którą za pieniądze wszystko można zrobić, została bowiem tam wyrażona i podpisana przez ludzi, nadających jej różne, a nawet więcej – przeciwstawne sensy: demokracja jednego była antydemokracją dla dwóch pozostałych, lecz nawet oni nie byli należycie zgodni co do jej znaczenia. Dla Anglika demokracja amerykańska jest takim systemem, który pozwala ludowi wybierać co cztery lata nowego tyrana. System prezydencki będzie więc odczuwany przez Anglika jako tyrania pulsująca okresowo w rytmie czteroletnim. Słowo demokracja zostało zatem sprostytuowane, bowiem przyjęło na siebie  różnych mężów stanu.

Autor “Ślepego toru” rozprawia się z wymysłem, że nowożytna demokracja zrodziła się za Atlantykiem, podczas amerykańskiej wojny o niepodległość i stamtąd została szybko – na zasadzie eksportu rewolucji – przeniesiona do Francji, wywołując w niej rewolucję 1789 roku. Wręcz przeciwnie, to z Francji importowano do USA ten jakobiński “wynalazek” i to po upływie kilku dekad. Powiadano o amerykańskich Ojcach Założycielach, że nienawidzili demokracji bardziej niż grzechu pierworodnego “i faktycznie George Washington, John Adams (drugi prezydent), James Madison (czwarty), genialny Alexander Hamilton, który był <ghostwriterem> Waszyngtona, Fisher Ames i gubernator Morris byli żarliwymi antydemokratami. W 1815 r. gubernator Morris, w swoim czasie poseł w Paryżu, świętował koniec jakobińsko-napoleońskiego epizodu tymi oto słowy: Europa znów jest wolna. Burbonowie wrócili na tron! Dla przeciętnego Amerykanina słowa te są równie niezrozumiałe jak założenie, że wolny naród może być rządzony przez jakiegoś władcę, lub okrzyk Hamiltona skierowany do Waszyngtona: Naród, Sir, naród jest wielką bestią.” (s.260).

Kiedy zatem narodziła się demokracja amerykańska? “Ów wczesny, heroiczny i zarazem bardzo elitarny etap amerykańskiej historii zakończył się wraz z wyborem Andrew Jacksona. Ten przystojny, niemal niepiśmienny (choć uzdolniony) mężczyzna sprowadził do Stanów Zjednoczonych obcą francuską ideologię: demokrację. Natychmiast zdemokratyzował administrację, ponieważ w każdej fachowej wiedzy dopatrywał się elitaryzmu i wprowadził <spoils-system>, który z niewielkimi zmianami funkcjonuje do dzisiaj… Dotyczy to, rzecz jasna, stanu po roku 1828, ponieważ to właśnie wtedy rozpoczęła się w historii USA epoka demokracji. Alexis de Tocqueville, który w latach 1830-1831 odwiedził Stany Zjednoczone, napisał po tej wizycie swoją słynną pracę <O demokracji w Ameryce>, której podstawowym wątkiem była nie Ameryka, lecz właśnie demokracja”. (s.260-261).

Von Kühnelt-Leddihn z aprobatą cytuje opinię Maxa Horkheimera z 1939 roku: Porządek, który w roku 1789 rozpoczął swą drogę jako wyraz postępu, od zarania krył w sobie tendencje do przekształcenia się w narodowy socjalizm. (s.659). W dobie rewolucji francuskiej nacjonalizm zaledwie zaczął szczerzyć kły a socjalizm ujawnił się w embrionalnej postaci w ideologii Babeufa. W XIX wieku płomienie zarówno nacjonalizmu, jak i socjalizmu wybuchały w różnych miejscach Europy, aby w XX wieku przerosnąć w pożogę, najpierw bolszewicką a następnie narodowo-socjalistyczną.

„Demokracja i nacjonalizm szły ręka w rękę, podobnie jak później nacjonalizm i socjalizm. Prawdziwy patriotyzm i radość z różnorodności ustąpiły przed nacjonalizmem, który w swojej niecierpliwości chciał robić wszystko według jednego szablonu.” (s.59-60). Wszystkie te trzy emanacje “czerwonej nici” mają identyczną orientację: wszystkie one zajmują lewą stronę sceny politycznej. “W okresie Republiki Weimarskiej fatalnym błędem było posadzenie narodowych socjalistów po skrajnie prawej stronie Reichstagu. Jako nacjonaliści i socjaliści powinni byli się znaleźć na skrajnej lewicy! Cóż jednak jest praktycznie i politycznie lewicowe? Lewicowa wizja, lewicowa utopia ma monolityczno-kolektywistyczny charakter: kraj z jedną partią, jednym przywódcą, jedną ideologią, jednym centralistycznym rządem, jednym językiem, jedną rasą, jedną klasą, jednym poziomem dochodów, jednym typem szkół, jedną flagą, jedną religią lub jednym ateizmem (który także jest religią państwową), jednakim traktowaniem różnych religii, jednym prawem dla wszystkich. (s.63).

Obok demokracji, symbioza nacjonalizmu i socjalizmu, czyli narodowy socjalizm, znajduje się w głównym nurcie politologicznych rozważań“Ślepego toru”. Von Kühnelt-Leddihn śledzi jego objawy w ciągu XIX wieku, kiedy termin “narodowy socjalizm” jeszcze nie istniał ( por. np. s.60); zwykło się uznawać za pierwszego, który termin taki wprowadził w 1898 r., nacjonalistę francuskiego Charlesa Maurrasa. Symbolem syntezy nacjonalizmu z socjalizmem był tam jednak przede wszystkim George Sorel (1847-1922), o którym powiedziano, iż błogosławił Lenina, a wychowywał Mussoliniego.
           
Jednocześnie już w 1897 r., w habsburskich wtedy Czechach, renegaci z Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej utworzyli Czeską Partię Narodowo-Socjalistyczną. O jej programie czytamy w “Ślepym torze”: "Stopniowa kolektywizacja; przezwyciężenie walki klasowej dzięki narodowej dyscyplinie; odrodzenie moralne i demokracja jako warunki socjalizmu; potężna armia ludowa etc. Gdy zajrzymy do czeskich encyklopedii, znajdziemy dodatkowe cechy, na przykład: brak uprzedzeń religijnych, lecz walka z klerykalnymi wpływami, synteza nacjonalizmu z socjalizmem, opór przeciwko panowaniu szlachty, walka z walką klas (która niszczy naród). Do niemieckiego socjalizmu brakuje jedynie antysemityzmu, który u Czechów był równie rozpowszechniony, jak wśród Niemców.” (s.336-337).

Ta czeska partia stanowi “brakujące ogniwo”, które zainspirowało zarówno niemiecki narodowy socjalizm, jak i włoski faszyzm; w tej kolejności, gdyż “eksport” jej założeń do Niemców był wcześniejszy, niż do Włochów: “W roku 1903 w Aussig (Usti nad Labem) założono Niemiecką Partię Robotniczą (DAP), jednoznaczną poprzedniczkę NSDAP. Rok później DAP przedstawia swój program: Jesteśmy wolnościową partią narodową, która z całą ostrością zwalcza reakcyjne dążenia, feudalne, klerykalne i kapitalistyczne przywileje oraz wszelkie obce narodowo wpływy.” (s.338).

„We Włoszech żył pewien człowiek i istniała pewna niewielka grupa, stworzona w łonie  Partii Socjalistycznej, których uczucia były nie tylko socjalistyczne, ale i nacjonalistyczne, reprezentowały zatem dwie kolektywistyczne tendencje lewicowe. Mężczyzna, o którym mówimy, w czasie wieloletniego pobytu w Trydencie musiał nie tylko nawiązać kontakty z czeskimi nacjonalistami, lecz również wzbudzić w sobie pełną szacunku nienawiść do naddunajskiej monarchii… Czytelnik domyślił się już zapewne, że chodzi o Benito Mussoliniego. To on doprowadził do rozbicia jedności włoskich socjalistów i stanął na czele interwencjonistycznego skrzydła partii (po wybuchu pierwszej wojny światowej). Francuzi dofinansowali <profesora Mussoliniego> sporym zastrzykiem pieniędzy na kampanie prasowe, które wsparły wejście Włoch do wielkiego przymierza.” (s.280-281).
           
„Bez trudu można sobie wyobrazić, że pojawienie się włoskiego faszyzmu sprawiło, iż marksistowscy uczeni w piśmie opętani wizją postępu i przyszłości mieli mieszane uczucia. Narodowy socjalizm też nie pasował do ich światopoglądu i rozumienia człowieka. W gruncie rzeczy nawet demokraci, poprzednicy marksistów, byli niemile poruszeni, gdyż nie można było zaprzeczyć, że wielu, bardzo wielu ludzi zapaliło się do <nowego>. Gdy Renzo de Felice wyjaśnił w swej obszernej biografii Mussoliniego, że w latach 1935-1936 większość Włochów była oddana Duce, lewica głośno wyraziła swoje oburzenie, ponieważ święcie wierzyła w dogmat nieomylności drogiego ludu, <vox populi>, kojarzonego wyłącznie z większością.” I tutaj v.Kühnelt-Leddihn, krytykując współczesne bezkrytyczne ubóstwianie zasady “głosu ludu”, mógłby się powołać na antycznego krytyka tej zasady, sprzed ponad dwóch tysiącleci. Był nim tyran Syrakuz Dionizjos, autor slynnego powiedzenia: “Głos, jaki lud wydaje z siebie górą, nieraz niewiele różni się od tego, jaki wydaje on dołem”.
 
Cytujmy dalej „Ślepy tor”: „Nie można też wątpić, że narodowi socjaliści, którzy w 1932 r. uzyskali względną większość głosów, po przejęciu władzy – lata 1935-1940 – opierali się na większości bezwzględnej. Dla poczciwych demokratów w Anglii, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie Rousseau dawno już wyparł Kalwina, była to rzecz nie do pojęcia. Narodowi socjaliści? To efekt <spisku> garstki złych facetów. Logiczne jest zatem, że proces norymberski był postępowaniem sądowym toczonym przeciwko nazi conspirators. Ze względu na Rosjan nie można było użyć sformułowania national socialists, ponieważ zgiodnie z moskiewskimi regulacjami językowymi narodowi socjaliści to wyłącznie <faszyści> albo <hitlerowcy>, sformułowanie przy którym lewica do dziś obstaje z fanatyczną wręcz zawziętością.” (s.344-345).

Między faszyzmem i niemieckim narodowym socjalizmem istniał oczywiście szereg podobieństw, jak zresztą między wszystkimi lewicowymi partiami i ideologiami (to samo dotyczy narodowego socjalizmu i internacjonalizmu). Hitler był jednak prawdziwym przywódcą i pełnokrwistym demagogiem, Mussolini zaś typowym włoskim politykiem i w przeciwieństwie do Hitlera prawdziwym rewolucjonistą. Podstawą jego ideologii nie był jednak naród, rasa lub klasa, lecz państwo. Pod tym właśnie względem faszyzm różnił się zasadniczo od narodowego socjalizmu i to nie Mussolini, ale Hitler zapisał ponurą kartę dziejów. Już choćby dlatego pojawia się pytanie, czy wolno mówić ogólnie o <globalnym> zjawisku faszyzmu. <Faszystowskie> nie są ani rumuńska <Żelazna Gwardia> ani hiszpańska <Falange>, portugalska <Phalange>, a już napewno nie narodowy socjalizm.” (s.672-674).

Faszyzm był zatem specyficznym ustrojem międzywojennej Italii, za to narodowy socjalizm powtarzał się w niezliczonych mutacjach nacjonalistycznych, jako kolejne widmo krążące po Europie. Nie ominął on i Polski. Von Kühnelt-Leddihn pisze o niej: „Rozbiory nie osłabiły w Polakach poczucia patriotyzmu, ale sprawiły, że stał się iluzoryczny. Dlatego Polacy poszli w stronę nacjonalizmu, który z czasem mógł nabrać jedynie religijnego lub socjalistycznego charakteru. W Polsce ukształtował się specyficzny <narodowy socjalizm>, popierany zarówno przez szlachtę, jak i mieszczan.” (s.111). Do tego samego wątku wraca w innym miejscu książki: “Znamienny był też fakt, że Partia Socjalistyczna w Królestwie Kongresowym miała jednoznacznie narodowy charakter, a wśród jej członków znalazło się nie tylko wielu intelektualistów i mieszczan, lecz również sporo przedstawicieli szlachty, jak na przykład pochodzący z litewskiego rodu Józef Piłsudski.” (s.241). Żałować wypada, że autor omawianej książki nie nawiązał do kontynuacji tego nurtu w Polsce XX wieku.

W Polsce międzywojennej Marian Zdziechowski już w 1923 roku opublikował   zbiór esejów pod tytułem “Bolszewizm rosyjski a półbolszewizm polski” a Antoni Sobański w swych reportażach z Trzeciej Rzeszy z lat 1933-1936 (“Cywil w Berlinie”, Warszawa 2006) porównywał zarządzenia tamtejsze, podporządkowujące społeczeństwo niemieckie władzy narodowo-socjalistycznej, do podobnych zarządzeń sanacyjnej dyktatury w Polsce.

Z polskiego socjalizmu wywodził się pisarz i ideolog Młodej Polski – Stanisław Brzozowski (1878-1911), na którego idee w latach 30. powoływały się zarówno komunizujące, jak i faszyzujące kręgi polskiej młodzieży. W “Drodze”, piśmie tych ostatnich, ukazał się w 1934 r. artykuł Brzozowski a narodowy socjalizm, z takim oto, godnym przytoczenia, wywodem: “Ale Brzozowski nie tylko stworzył najdoskonalszą filozofię pracy, dokonując w ten sposób całkowitej reformy ideologicznej socjalizmu. Poszedł on jeszcze dalej, stając się prekursorem idei jeszcze nowocześniejszej, jaką jest narodowy socjalizm. Wielu dziś entuzjazmuje się doktryną społeczno-polityczną narodowego socjalizmu, który w Niemczech stał się od dwu lat – dzięki zwycięśtwu Hitlera – systemem panującym; nawet w Polsce całe stronnictwa interesują się tym ruchem i chciałyby go naśladować, nie wiedząc nawet, że właściwym twórcą tej idei jest nie Hitler, lecz Stanisław Brzozowski, który ją powziął na szereg lat przed wojną światową, i to w postaci tak głębokiej i szlachetnej, że obecna jej wersja niemiecka tylko ją wypacza i obniża.”
 
Po drugiej wojnie światowej władza komunistyczna w różnych krajach wykorzystywała nacjonalizm, jako ważny instrument sprawowania rządów. Bolesław Bierut określał Polskę Ludową jako narodową w formie a socjalistyczną w treści a po nim Władysław Gomułka propagował ideę polskiej drogi do socjalizmu. Czesław Miłosz te kolejne zrosty narodowo- socjalistyczne napiętnował w Traktacie poetyckim: Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane – jest ONR-u spadkobiercą Partia… Gdyby von Kühnelt-Leddihn (zmarły w 1999 roku) pożył dłużej, doczekałby się pomysłu narodowo-solidarnościowej IV RP.

Ma się zatem politologia polska czego uczyć z lektury “Ślepego toru”. Szkoda tylko, że jej   tłumaczka, czy też redakcja wydania polskiego, nie ustrzegły się ewidentnych błędów, takich jak: anglofobia Hitlera ( zamiast anglofilstwo – s. 396); wydany przez Grzegorza III Quebec-Act (zamiast przez Jerzego III, króla Wielkiej Brytanii – s.478); zniesienie niewolnictwa w USA w roku 1963 (zamiast 1863 – s.511). Znacznie więcej jest miejsc budzących obawy, iż przekład zniekształca tekst oryginalny, ale brak dostępu do wydania oryginalnego uniemożliwia obaw tych zweryfikowanie. Nie przekreśla to faktu, że na polskim rynku księgarskim pojawiło się dzieło, na karcie tytułowej reklamowane jako NAJWIĘKSZY BESTSELLER HISTORII POLITYCZNEJ.
 
 
 
 
 


Komentarze

komentarze

stat4u