Michał Siudak: Wołyń to film o ludziach, których opętało zło

wolyn-plakat-filmudr Michał Siudak
 
„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego nie jest filmem jednoznacznym i  jednowymiarowym.  Nie jest filmem anty ukraińskim, ale też nie jest filmem propolskim. 
 
Nieprzypadkowo Smarzowski po raz kolejny eksploatuje motyw wesela, taki tytuł nosi przecież nasz dramat narodowy. To uroczystość wpisana w kalendarium życia i śmierci na której często opadają z ludzi maski codzienności. Podobnie jak u Wyspiańskiego, w zapadłej wsi wołyńskiej dają o sobie znać skrywane ludzkie uczucia, urazy, toczą się ostre dyskusje polityczne zakrapiane morzem wódki.  „Polak Pan, Ukrainiec cham” brzmi toast wznoszony przez Polaków, gdy w tym czasie Ukraińcy snują plany zbudowania Ukrainy opartej na ideologii integralnego nacjonalizmu Dmytra Doncowa w której nie ma miejsca na mieszane małżeństwa, które przecież były na Wołyniu nie wyjątkiem, a normą. Jest w tej polsko – ukraińskiej uroczystości zapowiedź czegoś  niepokojącego: bardzo dynamiczne i „urywane” zdjęcia,  kręcone jak gdyby z ukrytej kamery, chropowata i rytmiczna muzyka etniczna, nagromadzenie kolorów i emocji sprawiają, że w głowie co bardziej wyrobionego i oczytanego widza zaczynają kołatać się słowa „Wesela” Wyspiańskiego: „Mego ojca gdzieś zadźgali, gdzieś zatłukli, spopychali, kijakami, motykami krwawiącego przez lód gnali… Myśmy wszystko zapomnieli…”
 
Wydaje się, że poprzez eksploatowanie motywu wesela Smarzowski  po raz kolejny zapewnia widza, że chodzi o pamięć, a nie o zemstę.
 
Wołyń nie jest filmem przyjemnym. To nie hollywoodzki gniot „ku pokrzepieniu serc” o dobrych białych kolonistach i złych czerwonoskórych dzikusach. Żyd (Izaak Meltzer) kombinuje jak orżnąć Ukraińca na wódce, jest bogaty i zbiera złote rublówki, a na dodatek wita sowietów. Ale scena, gdy ten kombinator i chciwus  patrzy jak Hawryluk wyciąga zwłoki jego ukochanej żony jak worek kartofli z ziemianki w której z rodziną ukrywają się przed Niemcami, rozrywa serce.   
 
Równie w złym, a może nawet jeszcze gorszym świetle Smarzowski przedstawia Rosjan; zdejmująca krzyż ze ściany, nauczycielka, na dodatek donosicielka, ruski sołdat dla którego życie czterech osób jest warte tyle co baniak podłego samogonu, za którego kradzież funkcjonariusz NKWD – zabija Ukraińca Petra, jedną z niewielu pozytywnych postaci w tym filmie. Niemcy to odczłowieczone roboty, mechaniczne kukły wyzute ze wszelkich ludzkich odruchów dla których śmierć Żyda jest tylko zapiskiem księgowym. 
 
Wołyń nie jest filmem o Rzezi Wołyńskiej. To opowieść o ziemi, będącej przez wieki domem dla wielu narodów, w którą wkracza osobowe Zło. Uosobieniem tego Zła jest sowiecki komunizm, niemiecki faszyzm i banderowski integralny nacjonalizm. Zło Smarzowskiego krąży jak lew ryczący szukając kogo pożreć. Lew ryczący dopadł Sowietów i Niemców – wykonują diabelski plan planowo i w sposób zorganizowany. W przestrzeni małej wołyńskiej ojczyzny dopada z początku pojedynczych Ukraińców, którzy zaczynają mordować polskich sąsiadów. Pierwszym zwiastunem zmiany jest wyłowienie z rzeki ciała księdza Józefa, który – powiedzmy sobie szczerze – nie jest obrazem cnót chrześcijańskich. Wrażenie ataku Złego potęgują obrazy nocnych spotkań banderowców, recytujących dziesięć przykazań ukraińskiego nacjonalisty, będących szatańskim odbiciem biblijnych Dziesięciu Przykazań. Kulminacją dominacji zła jest kazanie duchownego grecko – katolickiego o kąkolu i żniwach oraz świecenie narzędzi rolniczych w cerkwi, które posłużą do rozprawy z Lachami. Widz staje się świadkiem bestialstwa i nieprawdopodobnego okrucieństwa. Wrzucanie granatu do kościoła, obdzieranie żywcem ze skóry, wbijanie wideł w ciało ciężarnej kobiety, szatańskie sabaty banderowców… 
 
Zło nie czyha tylko na Ukraińców. Nie jest pojęciem abstrakcyjnym, tylko osobowym. Na jego działanie stają się  nieodporni także Polacy. W pamięci widza zapewne na długo zostanie obraz „zbrodni kainowej” gdy Iwan Huk, żonaty z Polką, siostrą głównej bohaterki Zosi, zabija siekierą swojego brata banderowca, gdyż ten, w imię przykazań ukraińskiego nacjonalisty (nie bierz sobie żony z obcych, gdyż twoje dzieci będą twoimi wrogami) nakazuje mu zabić swoją żonę Polkę. Niemalże w następnej sekwencji filmu Huk patrzy na śmierć swojej ukochanej żony, której głowę na progu jego chaty obcięli Polacy, którymi wcześniej zapewne owładnęło osobowe zło. Jak stado wilków, przychodzą z ciemności i odchodzą w ciemność.        
 
Wydaje się, ze główną bohaterka filmu jest Zosia Głowacka. „Wydaje się” dlatego, ze jej losy są tylko pretekstem do pokazania tragedii Wołynia. Dobór imienia nie może być przypadkiem; imię Zofia pochodzi od greckiego „Sofija”, które oznacza Mądrość Bożą, Zofia jest także główna bohaterką naszego narodowego poematu. Jest jedną z niewielu osób, które w tym zalewie bestialstwa i zezwierzęcenia zachowują ludzką godność. Przechowuje w stodole Żydów nie bacząc na konsekwencje, broni życia swojego dziecka i dzieci męża, którego przecież nie kochała. Przechodzi przez dantejskie piekło. Z tego piekła udaje jej się uciec. Jej i jej dziecku. Na wozie prowadzonym przez Antka Witka. Tylko czyje jest to niewinne dziecko, które przeszło przez piekło, zupełnie nieświadome jego natury… Ukraińca Petra czy Polaka Macieja Skiby?
 
Ostatnie sceny z filmu są kluczem do jego rozumienia. W  przedostatniej scenie Zosia przechodzi przez Bug, a za nią idzie jej syn. Kamera, która w filmie Smarzowskiego jest tym czyhającym złem, idzie przed nią. W ostatniej – Zosia jest nieprzytomna i leży na wozie, a obok Antka Wilka siedzi jej syn. Jadą  gdzieś do Polski w akompaniamencie przeraźliwej i piskliwej atonalnej muzyki. Kamera która śledzi sytuację od tyłu idzie w górę – podobnie jak w „Domu Złym”.  Widz ma wrażenie, że zło uwięzione za rzeką Bug, chce dopaść uciekinierów. I tutaj wnikliwemu widzowi kołacze się w głowie sentencja z początku filmu „Nie o zemstę, ale o pamięć wołają ofiary”. Ta ostatnia scena jest zadaniem dla nas.      
      
Wojciech Smarzowski zrobił dobry film. Napisałbym wspaniały, ale na uniwersytecie nauczyciele mówili, że należy w czasie analizy unikać części mowy nacechowanych emocjonalnie. Głęboko chrześcijański. Protest song przeciwko wojnie, nacjonalizmowi i niesprawiedliwości. Film, który mówi nam, że różnica pomiędzy obcięciem warkocza panny młodej na progu domu, a obcięciem jej głowy wynosi ok. 15 cm. Smarzowski stawia pytanie o owe 15 centymetrów, które potrafi zmieniać postępowanie całych narodów. Reżyser nie zrzuca odpowiedzialności za Wołyń na barki narodów zamieszkujących II Rzeczpospolitą, podążą tropem myśli ks. za T. Isakowicza Zaleskiego, który twierdzi, że na Wołyniu doszło do zbiorowego opętania. 
 
Ten film powinien być dla Polaków i Ukraińców lekcją na przyszłość. Dzisiaj jesteśmy na „Weselu”. Polacy żenią się z Ukrainkami, Ukrainki z Polakami. Jak w czasach I i II Rzeczpospolitej. Granica polsko – ukraińska – przebiega w łóżku małżeńskim. 
Co z tym zrobimy – zależy od nas. Byleśmy tylko nie dali się oponować i poddać Złu. 
.  
 
Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze