Jan Stec: Ukraina – zacisze, na jak długo?

Debalcevopłk rez. Jan Stec

Ostatnie tygodnie przyniosły szereg ważnych, nieraz zaskakujących, faktów i wydarzeń w odniesieniu do konfliktu na wschodzie Ukrainy. Mogą one mieć dalekosiężne następstwa zarówno w aspekcie sytuacji wewnętrznej, jak i międzynarodowej tego państwa.

Pierwszym i raczej niespodziewanym wydarzeniem była inicjatywa czterostronnych rozmów pokojowych, wysunięta przez przywódców Niemiec i Francji. Niespodziewanym, bo jak dotąd czołowi przywódcy Unii Europejskiej byli całkowicie obojętni na losy ludności cywilnej w strefie działań bojowych. Skąd, więc nagle ta troska o zaprzestanie rozlewu krwi i przyjęcie pokojowych rozstrzygnięć itp. odpowiedź tkwi w ocenie sytuacji wewnętrznej na Ukrainie. Otóż po znaczących porażkach armii ukraińskiej w kampanii letnio-jesiennej 2014 r. oraz zawarciu pierwszego porozumienia rozejmowego w Mińsku, zresztą totalnie nieprzestrzeganego, głównie przez stronę ukraińską, ale nie tylko – przystąpiono niezwłocznie do odbudowy jej potencjału bojowego. Nastąpiły zmiany organizacyjne i personalne, uzupełniono sprzęt, w oparciu głównie o zasoby krajowe jak i dostawy zagraniczne. Ponadto zreorganizowano system szkolenia, zwłaszcza poligonowego, przy znacznym udziale specjalistów zagranicznych. To nowe oblicze armii miało się ujawnić w następnej fazie konfliktu. Jeśli idzie o działania bieżące, to armia ukraińska ograniczała się w zasadzie do nękającego ostrzału artyleryjskiego terenów aglomeracji Donieckiej i Ługańskiej. Było to możliwe, ponieważ porozumienia Mińskie w zakresie utworzenia strefy buforowej nie zostały zrealizowane. Działania te były o tyle skuteczne, że poza ofiarami głównie wśród ludności cywilnej, potęgowały ciągły stan zagrożenia.

Począwszy od drugiej dekady stycznia następowało przegrupowanie grup taktycznych armii ukraińskiej do odpowiednich rejonów wyjściowych, w gotowości do rozpoczęcia kolejnego etapu operacji zaczepnej. To miał być sukces, którego bardzo potrzebowały władze kijowskie wobec pogarszającej się sytuacji wewnętrznej. Wydawał się on realny wobec dużej przewagi armii ukraińskiej w sile żywej i jeszcze większej w sprzęcie technicznym, a także dogodnej sytuacji operacyjnej. Sztaby powstańcze dysponujące o wiele bardziej efektywnym systemem wywiadu i rozpoznania trafnie zidentyfikowały te zamiary. Wypracowano wówczas decyzję o uderzeniach uprzedzających, które jednocześnie miały w miarę możliwości odrzucić oddziały ukraińskie na odległość uniemożliwiającą skuteczny ostrzał artyleryjski aglomeracji miejskich.

Kluczową pozycją okazał się w tym przypadku rejon Debalcewa, wrzynający się klinem miedzy pozycje oddziałów donieckich i ługańskich. To bardzo dogodny teren do uderzenia na południe i ostatecznego rozdzielenia sił zbuntowanych republik. Tam też zgrupowano poważne siły ukraińskie, liczące 6–7 tys. żołnierzy (m.in. taktyczne grupy bojowe 128 Br. Górskiej, 30 Br. Zmechanizowanej, 25 Br. Powietrzno-Desantowej, pododdział komandosów, 3 bataliony Gwardii Narodowej, 2 bataliony MSW, a także 7 dywizji ciężkiej artylerii, w tym 3 rakietowej). Teren, o którym mowa tak dogodny dla operacji zaczepnej posiadał jednak podstawową niedogodność. Była to jedyna droga dowozu i ewakuacji (szosa M03 Artemowsk-Debalcewo), której przecięcie przez przeciwnika groziło okrążeniem, a następnie izolacją. Tego nie brano pod uwagę wobec słabszego liczebnie i technicznie przeciwnika. Ponadto niepomni doświadczeń roku ubiegłego dowódcy ukraińscy dopuścili do ześrodkowania na niewielkim terenie (ok 160 km2) kilku tysięcy ludzi oraz kilkuset sztuk ciężkiego sprzętu bojowego, co okazało się dramatyczne w skutkach.

Niejako preludium do rozpoczęcia kontrofensywy partyzanckiej było udane uderzenie dalekosiężnej artylerii rakietowej na główne lotnisko zabezpieczające tzw. operację antyterrorystyczną w Kramatorsku, gdzie zniszczono duże ilości różnorodnego sprzętu. Niestety i w tym przypadku nie obyło się bez ofiar wśród ludności cywilnej. Następnie oddziały donieckie i ługańskie uderzeniami zbieżnymi opanowały kluczowe miejscowości na północ od Debalcewa, przecinając jedyną drogę zaopatrzenia i ewakuacji wojsk, które w efekcie znalazły się w okrążeniu. W międzyczasie po krwawych walkach zdobyto miasto Uglegorsk, stanowiące klucz do bezpośredniego uderzenia na Debalcewo. Walki były bardzo zacięte i krwawe, a niektóre miejscowości, jak Łoginowo czy Niżne Łozowoje kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk. O zaciętości walk świadczy też stosunkowo niewielka ilość jeńców z obydwu stron. Większość jednostek ukraińskich walczyło lepiej niż jesienią ubiegłego roku. Zawodził głównie system rozpoznania i dowodzenia. Dowództwo ukraińskie podjęło próbę odblokowania okrążonych oddziałów poprzez zbieżne uderzenia: część okrążonych sił z Debalcewa oraz grupy bojowej złożonej z części 30 Brygady Zmechanizowanej i batalionu Gwardii Narodowej „Donbas” z rejonu Artemowaska. Próba ta skończyła się fiaskiem, a batalion „Donbas” został całkowicie rozbity.

W sytuacji grożącej totalną klęską pod Debalcewem, położenie prezydenta P. Poroszenki stawało się bardzo trudne. Nasilała się opozycja wpływowej grupy komendantów polowych batalionów ochotniczych, którzy zarzucili kierownictwu państwa i armii nieudolność, domagając się utworzenia alternatywnego Sztabu Generalnego. Wzmogła się aktywność grupy konkurencyjnych oligarchów, a pogarszająca się sytuacja socjalna w każdej chwili grozi spontanicznymi odruchami buntu. Dodatkowo wielu polityków z partii rządzącej demonstruje niezadowolenie z powodu nadmiernego obsadzania funkcji kierowniczych w państwie przez ludzi z tzw. „importu”. Dalsze komplikowanie się sytuacji mogło doprowadzić nawet do rezygnacji dobrowolnej bądź wymuszonej prezydenta Poroszenki i rozpoczęcia totalnej walki o władzę. Stąd też inicjatywa pokojowa, niewątpliwie akceptowana przez USA, dramatyczne kilkunastogodzinne rozmowy i wreszcie deklaracja uzupełniona o zasady uzgodnione na forum równolegle obradującej grupy kontaktowej. Rokowania pokojowe, przyjęcie wspomnianej deklaracji oraz zasad wdrażania rozejmu spowodowały osłabienie walk wokół kotła w Debalcewie, co umożliwiło pewnej części żołnierzy ukraińskich wyjście z okrążenia z bronią w ręku. Największą grupę liczącą (łącznie ok 1,5 tys. żołnierzy) wyprowadził z okrążenia dowódca 128 Brygady Górskiej płk Szaptała. To wszystko pozwoliło (jak dotąd) prezydentowi Poroszence wyjście obronną ręką z nasilających się zagrożeń.

Dwutygodniowe zmagania w rejonie Debalcewa zakończyły się niewątpliwie dosyć dotkliwą porażką armii ukraińskiej. Dane o stratach ludzkich są mocno rozbieżne. W oparciu o posiadane dane można przyjąć, że w okresie styczeń–luty 2015 r. powstańcy stracili ok 800 zabitych i co najmniej 1500 rannych. Ocenia się, że straty ukraińskie są co najmniej dwukrotnie wyższe. Dotkliwe są straty w uzbrojeniu. Według dotychczasowych ustaleń w ręce powstańców dostało się ponad 250 sztuk ciężkiego uzbrojenia, w tym 28 czołgów, 63 transportery opancerzone oraz ponad 30 dział samobieżnych i systemów artylerii rakietowej. Do tego dochodzi duża ilość broni strzeleckiej, wyrzutni przeciwpancernych, pocisków kierowanych, środków radiowych i innego nowoczesnego wyposażenia po części pochodzenia zagranicznego (głównie z Kanady i USA). Podkreślić należy, że węzeł komunikacyjny Debalcewo, z punktu widzenia zabezpieczenia Zagłębia Donieckiego, jest jednym z najważniejszych na całym obszarze lewobrzeżnej Ukrainy.

Zimowe działania bojowe na terenach Donbasu ujawniły nową jakość tej wojny. Od września ubiegłego roku oddziały powstańcze przeszły metamorfozę od dosyć luźnych pododdziałów do zorganizowanych jednostek bojowych jednolicie umundurowanych, zdyscyplinowanych i dobrze dowodzonych. Utworzono zarówno w Doniecku, jak i w Ługańsku kilka brygad ogólnowojskowych, brygady artylerii, jednostki pancerne oraz inżynieryjne, a także, co bardzo ważne, oddziały i grupy dywersyjno-rozpoznawcze oraz elementy walki radioelektronicznej. Zreorganizowano i ujęto w karby dyscypliny oddziały ochotnicze, w tym szczególnie jednostki kozackie. Dowodzący związkami taktycznymi i oddziałami oficerowie, głównie starszego pokolenia (gen mjr Pierowskij, płk Striełkow, płk Mozgowoj, płk Babincew i inni) posiadają duże doświadczenie w działaniach bojowych miedzy innymi na Kaukazie oraz w misjach pokojowych w różnych rejonach konfliktowych. Pod tym względem przewyższają oni znacznie swych ukraińskich odpowiedników. Kadrę tę na niższych szczeblach uzupełniają lokalni dowódcy, którzy wyrośli w trakcie walk.

Raz jeszcze pragnę podkreślić dużą przewagę powstańców w zakresie planowania operacyjnego oraz wywiadu i rozpoznania, a także sposobu wykorzystywania artylerii i broni pancernej na polu walki. To samo dotyczy łączności i elementów walki radioelektronicznej. To były główne czynniki osiągania przewagi mimo dużej dysproporcji sił. Otóż, według oceny ekspertów, siły zbrojne DLR i ŁLR liczyły w momencie rozpoczęcia decydujących walk ok 16–17 tys. ludzi, w tym nieco ponad 6 tys. ochotników zza granicy. Siły ukraińskie ześrodkowane do działań w rejonie ATO w styczniu br. liczyły nieco ponad 40 tys. ludzi, z czego ok 25–30% stanowiły bataliony ochotnicze, w tym ochotnicy bądź najemnicy zagraniczni. Przewaga w sprzęcie technicznym była jeszcze większa.

W kontekście ostatnich wydarzeń skomentować wypada ostatnio coraz częstsze zjawisko wołania o broń dla zagrożonej Ukrainy. My oczywiście jesteśmy na tak. Mnożą się deklaracje, padają mocne słowa. A tymczasem sprawa jest bardzo prosta. Owe dramatyczne wołania o broń i sprzęt wojskowy to wyłącznie element nacisku psychologicznego. Nie przypadkiem nasiliły się one tuż przed konferencją w Mińsku. A prawda jest taka, że Ukraina plasuje się na styku pierwszej i drugiej dziesiątki producentów broni w świecie (tak było przynajmniej do 2013 r.) oraz jest prawdziwym potentatem w dziedzinie nielegalnego handlu bronią. Wystarczy przypomnieć tu kłopoty Ukraińców związane z próbami transferu na Bliski Wschód. Ten duży potencjał przemysłu zbrojeniowego został oczywiście odziedziczony po ZSRR.

Współczesna armia ukraińska jest nie gorzej, a w niektórych kategoriach nawet lepiej wyposażona w sprzęt niż Wojsko Polskie. Co prawda w dużej mierze jest to sprzęt postradziecki, ale zachowujący nadal dużą wartość bojową. Ukraińcy zresztą wdrożyli do produkcji wiele typów w pełni nowego sprzętu, w tym czołgów i bojowych wozów piechoty. Aktualnie, według ocen ekspertów, armia ukraińska posiada ok 1300 czołgów, z czego ok 450 znajduje się bezpośrednio w jednostkach bojowych, a także ponad 1800 transporterów opancerzonych i bojowych wozów piechoty. Sprzęt ten zdaje egzamin w czasie obecnej kampanii na wschodzie Ukrainy. jeśli już czegoś armii ukraińskiej nie dostaje to woli walki i zrozumienia sensu tej wojny przynajmniej u części żołnierzy i poborowych. Ale tego zaimportować się nie da.

Są oczywiście niektóre bardzo specyficzne rodzaje sprzętu, których ta armia nie posiada. Tak na przykład dzięki dostawom amerykańskich radarów do obserwacji pola walki znacznie poprawiła się efektywność działania ukraińskiej artylerii. Nadal Ukraińcy nie posiadają w wystarczającej ilości bezpilotowych aparatów rozpoznawczych. Bardzo słaba jest marynarka wojenna. W praktyce nie jest ona w stanie dozorować rozległego wybrzeża morskiego (linia brzegowa Ukrainy liczy 2782 km). Dostawy sprzętu z niektórych państw NATO (głównie z USA) trwają, ale jest to głównie sprzęt wchodzący w zakres indywidualnego wyposażenia żołnierza (hełmy, kamizelki, broń strzelecka, środki medyczne itp.). o dostawach sprzętu ciężkiego nie ma mowy.

Wracając na nasze podwórko, aktualny stan wyposażenia WP oraz powszechnie znana mizeria naszego przemysłu obronnego, ogranicza do minimum możliwości zarówno sprzedaży jak i nieodpłatnego przekazania pełnowartościowego sprzętu bojowego Ukraińcom. Dywagacje w tej dziedzinie to po prostu pustosłowie. Dotychczasowa „pomoc” obejmowała głównie materiały tzw. bytowe (koce, odzież, medykamenty) i nie można jej traktować poważnie. W tej dziedzinie na pewno wyprzedza nas tylko prezydent Litwy. Otóż ta wojownicza dama publicznie obiecała wszechstronną pomoc w dozbrajaniu Ukrainy. Czym?

Tutaj ważna uwaga. Postulaty dotyczą najczęściej dostaw broni tzw. „defensywnej”, głownie przeciwpancernej i przeciwlotniczej. Armia ukraińska posiada w stosunku do rebeliantów z Donbasu wielokrotną przewagę w sile żywej i jeszcze większą w technice bojowej. Stąd pytanie, do czego mają służyć te środki? Do walki z armią rosyjską? Rosja jak dotąd mimo wielkich nacisków wewnętrznych, głównie w kategoriach moralnych wstrzymała się od otwartej interwencji. Ale prawda jest taka, ze nawet najlepiej wyposażona armia ukraińska nie jest poważnym przeciwnikiem dla sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Przeprowadzona ostatnio przez sztabowców niemieckich gra wojenna wykazała, że do przeprowadzenia skutecznej interwencji w Donbasie armia rosyjska potrzebuje 48 godzin, a do zajęcia Kijowa ok. 6 dni. Oczywiście pod warunkiem wcześniejszej dyslokacji wojsk na odpowiednie podstawy wyjściowe. Takie są fakty, które zaprzeczają pobożnym życzeniom. 

Drugim problemem o podobnym charakterze jest kontynuowanie mobilizacji. Odbywa się to w warunkach, kiedy Ukraina nie jest zagrożona totalną agresją z zewnątrz, a obecnie liczebność sił zbrojnych oraz uzbrojonych formacji ochotniczych i paramilitarnych jest w pełni wystarczająca do neutralizacji zagrożeń na wschodzie. Co prawda, mobilizacja ta spełnia na pewno rolę czynnika odciągającego uwagę społeczeństwa od problemów wewnętrznych, ale jest przedsięwzięciem kosztownym i w obecnych warunkach politycznych nieefektywnym. Bierny opór przeciwko mobilizacji jest duży. Według niektórych danych, ilość dezerterów oraz osób w inny sposób sabotujących pobór do wojska znacznie przekroczyła 20 tys. Część z tych ludzi znajduje się za granicą (głównie w Rosji). Trudno sobie wyobrazić represjonowanie tak licznej grupy w świetle obowiązującego prawa. Tak czy owak, utworzenie 250-tysięcznej armii w warunkach pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego i społecznego to jest po prostu iluzja.

W oparciu o przedstawiony fragmentaryczny obraz aktualnej sytuacji na Ukrainie można podjąć próbę sformułowania kilku wniosków, niejako „na gorąco”:

1) Tak zwana „Operacja Debalcewska” zakończyła się sukcesem partyzantów mimo poniesienia dużych strat w ludziach. Zdobyto strategiczny węzeł komunikacyjny i wyeliminowano ryzyko wyprowadzenia z tego obszaru uderzenia rozcinającego terytorium zbuntowanych republik. Nie bez znaczenia jest zdobycie dużych ilości broni i różnorodnego sprzętu wojskowego.

2) Armia ukraińska dysponująca przewagą we wszystkich elementach potencjału bojowego poniosła kolejną dotkliwą porażkę, mimo że jej oddziały prezentowały o wiele lepszą postawę niż jesienią 2014 r. Po raz kolejny zawiodło rozpoznanie oraz system dowodzenia i planowania operacyjnego.

3) Przebieg zimowej kampanii w Donbasie wykazał pewną równowagę, a mianowicie:

     – Ukraińcy nie są w stanie rozbić powstańców;

     – powstańcy skuteczni zarówno w obronie jak i w lokalnych kontratakach, nie mają sił do prowadzenia dużych operacji zaczepnych. 

4) Zawarcie porozumienia w Mińsku jest sukcesem dla obydwu stron konfliktu, a głównie dla znękanej wojną ludności Donbasu. Podkreślić należy, przynajmniej w oparciu o przebieg pierwszych dni rozejmu, że przedsięwzięte kroki w zakresie czysto militarnym (zaprzestanie walk, ewakuacja broni ciężkiej na odpowiednią odległość od linii styczności wojsk, stworzenie strefy buforowej itp.) są realne do wykonania mimo takich czy innych przeszkód. Natomiast zawarte w Deklaracji Mińskiej cele polityczne i zasady ich realizacji będą w większości bardzo trudne do wdrożenia.

5)    Już po podpisaniu porozumień mińskich rząd ukraiński podjął szereg decyzji zaostrzających wzajemne stosunki z Rosją, np.

     – dalsze ograniczenia w stosunku do rosyjskich dziennikarzy i publicystów;

     – likwidacja tzw. małych przejść granicznych na granicy z Rosją, co boleśnie uderzy w setki tysięcy osób (rodziny mieszane, robotnicy itp..);

     – odcięcie Donbasu od ukraińskiej sieci gazowej, co mogło pogłębić stan klęski humanitarnej na tym obszarze;

       – wysunięcie postulatu wprowadzenia obserwatorów ONZ na granicę z Rosją (o czym w Mińsku nie było mowy.

6) Jakiekolwiek długotrwałe rozwiązanie pokojowe na wschodzie Ukrainy nie leży w interesie USA, które tym samym tracą podstawowy element presji na Rosję. Stąd między innymi oświadczenie prezydenta Obamy o bezterminowym utrzymaniu wszystkich sankcji ekonomicznych wobec Rosji.

7) Nikt nie podjął dotychczas próby oszacowania strat wynikłych z działań wojennych na terenach Donbasu. Ale na pewno są one ogromne. Ukraina nie jest w stanie, a też nie wyraża woli (oświadczenie premiera A. Jaceniuka), podjęcia odbudowy Donbasu. W dłuższym okresie czasu może to uczynić Rosja, ale tylko w warunkach określenia statusu politycznego tych terenów.

8) Prezentowane obrazy z rejonu Debalcewa po zakończonych walkach po raz kolejny udowadniają, że oddziały ukraińskie w pełni stosują taktykę „spalonej ziemi” i że nie jest to tylko inicjatywa oddolna. Po prostu niszczono i minowano całą infrastrukturę „ruchu”, wiadukty, tabor kolejowy a nawet słupy trakcyjne. Jest wielce prawdopodobnym, że wśród wielu polityków i wojskowych ukraińskich zaczyna dominować pogląd, że Donbas jest ostatecznie stracony.

9) Rosja wykonała kolejne udane posunięcie w celu osłabienia izolacji  na arenie międzynarodowej. Są to między innymi udane, z punktu widzenia zawartych porozumień, wizyty prezydenta FR w Egipcie i na Węgrzech, aktywne działania w obszarze trójkąta karaibskiego (Kuba, Wenezuela, Nikaragua), a także kontakty na wysokim szczeblu z Włochami, Cyprem itp. pewnym symbolem może być udział szefa FSB A. Bortnikowa w międzynarodowej naradzie w Waszyngtonie, dotyczącej terroryzmu, a zwołanej z inicjatywy prezydenta B. Obamy. W sprawach wewnętrznych kierownictwo FR dokona zapewne przewartościowania ocen, metod i możliwości destabilizacji sytuacji w kraju w warunkach trwających zjawisk kryzysowych po zamachu na Borysa Niemcowa, noszącym typowe cechy prowokacji politycznej oraz związaną z tym burzliwą kampanią medialną.

10) Szumnie propagandowe obchody rocznicy Majdanu potwierdziły bardzo niejednoznaczny stosunek polityków z krajów UE do wydarzeń na Ukrainie. Otóż w obchodach tych wzięło udział zaledwie czterech polityków europejskich z tzw. najwyższej półki (dwóch Polaków, Niemiec i Litwinka). To też jest pewien wskaźnik.

Reasumując należy podkreślić, że czeka nas okres dość znacznego osłabienia napięcia na Ukrainie przeplatanego zapewne różnego rodzaju incydentami. Czas jego trwania jest bardzo trudny do przewidzenia.

I na zakończenie krótka refleksja na temat postępów w dziedzinie pojednania polsko-ukraińskiego. Otóż 28 lutego br. przez wiele godzin przetrzymano na granicy grupę Polaków udających się na uroczystość upamiętnienia kolejnej rocznicy zbrodni w Hucie Pieniackiej. Taką decyzję na pewno nie podejmuje komendant odcinka granicznego. Huta Pieniacka to miejsce szczególe. Tam bowiem w lutym 1944 zginęło ponad 1000 Polaków, a zbrodni dokonały ukraińskie oddziały policyjne wywodzące się z ochotników do 14 Ukraińskiej Dywizji SS „Galizien”. Pomnik odsłaniali w 2005 r. wspólnie prezydenci Polski i Ukrainy. Warto w tym miejscu przytoczyć napis na obelisku: „Pamięci spoczywających tu około 1000 Polaków mieszkańców wsi Huta Pieniacka i okolicznych miejscowości, zamordowanych 28 lutego 1944. Spalona wieś przestała istnieć. Niech spoczywają w spokoju – Rodziny i Rząd Rzeczypospolitej Polskiej”. Sprawę pomnika negocjowano ponad 10 lat. I co z tego. Nie ma tam ani słowa, kto dokonał zbrodni, nawet słowa nazizm czy faszyzm. Nie ma żadnej wzmianki choćby o lokalnych władzach tego terenu. Tego nie zrównoważy przejmujący cytat z utworu Kornela Ujejskiego: „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej, do Ciebie Panie woła ten głos…”. Porównajmy te napisy do tych, które widnieją na coraz liczniejszych tablicach upamiętniających UPA, pomnikach żołnierzy Wehrmachtu, pomniku w Jedwabnem czy też w Podgajach na Pomorzu, gdzie Łotysze żywcem spalili naszych żołnierzy. Wniosek jest jeden – nie szanujemy się jako państwo.

     

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze