Jan Stec: Ukraina – niebezpieczne gry

rus-armypłk rez. Jan Stec

Zgodnie z przewidywaniami, realizacja mińskich uzgodnień pokojowych utknęła w martwym punkcie. Zrealizowano, co prawda z kłopotami, militarną część układu, natomiast odnośnie problemów politycznych i ekonomicznych nie posunięto się ani o krok do przodu. Co gorsze, wydaje się, że sygnatariusze owych porozumień, a w szczególności Ukraina, od samego początku zdawali sobie sprawę, że ich realizacja w części politycznej i ekonomicznej będzie praktycznie niemożliwa. Postępuje izolacja ekonomiczna Donbasu, zerwano porozumienie dotyczące ruchu przygranicznego z Rosja, znacznym kosztem rozbudowywane są umocnienia na granicy z Rosją (tzw. rów Jaceniuka), ale także w rejonach rozgraniczenia wojsk. Także ustawa o podwojeniu stanu armii ukraińskiej świadczy o określonych intencjach. Przyczyny są dość oczywiste.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone są żywotnie zainteresowane w utrzymaniu ogniska zapalnego przy samej granicy rosyjskiej. To umożliwia wywieranie różnorodnych presji na Rosję. Nie chodzi w tym przypadku tylko o sankcje ekonomiczne. Ważniejsze jest to, że w zaistniałej sytuacji Rosja musi ograniczać swoje zaangażowanie w innych regionach, gdzie interesy mocarstw się krzyżują. Taka sytuacja ma obecnie miejsce w Ameryce Łacińskiej, gdzie zresztą miejsce Rosji w coraz większym stopniu zajmują Chiny. Z kolei w Europie Rosja aktualnie nie może w pełni angażować się w poparcie ruchów separatystycznych wewnątrz Unii Europejskiej. Dotyczy to głównie Węgier, Grecji, Słowacji, Czech i Cypru.

Po drugie, kierownictwo państwa ukraińskiego wobec ciągle pogarszającego się kryzysu ekonomicznego i drastycznego spadku stopy życiowej ludności nie ma innych argumentów, jak tylko zagrożenie rosyjskie i konieczność przygotowań do wojny na dużą skalę. To dyktuje określone zachowania, takie jak np. przyjęcie ustawy o specjalnym statusie Donbasu, tak skonstruowanej, że z góry było wiadomo, że druga strona ją odrzuci.

Jeśli chodzi o koszty przyjętych sankcji ekonomicznych, to, wedle dostępnych ostatnich ocen specjalistów, Rosja straciła dotąd około 40 mld dolarów, kraje Unii Europejskiej 25–30 mld, zaś w przypadku Ukrainy jest to trudniejsze do określenia, ale jest to na pewno suma porównywalna. Co się tyczy Stanów Zjednoczonych, to straty są prawie żadne.

Wobec swoistego pata, jaki zaistniał w konflikcie ukraińskim, na plan pierwszy wybijają się wydarzenia niewątpliwie z nim związane, ale dotyczące ogólnej sytuacji strategicznej w Europie i nie tylko, groźne dla pokoju światowego. Otóż mamy do czynienia z niespotykaną od lat falą demonstracji siły, ćwiczeń, manewrów itp. uzupełnianych elementami wojny propagandowej.

Z jednej strony wielostopniowe ćwiczenia i manewry NATO, w tym również po raz pierwszy w dużej skali na terytorium państw nadbałtyckich, a także plany rozmieszczenia tam na stałe jednostek szybkiego reagowania, stała penetracja akwenu Morza Czarnego przez siły morskie NATO, loty samolotów dalekiego rozpoznania. Niektóre z tych działań mają niewątpliwie prowokacyjny charakter. Przykładem może tu być przemarsz elementów amerykańskiej jednostki pancernej wraz z manifestacją nacjonalistycznych bojówek ulicami Narwy w Estonii, ośrodka administracyjnego rejonu zamieszkałego w 90% przez ludność rosyjskojęzyczną.

Z drugiej strony, mamy kolejne manewry sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej na obszarach od Morza Barentsa i Oceanu Arktycznego i północnego Uralu po Kaliningrad, w których wzięło udział ponad 70 tys. żołnierzy wszystkich rodzajów wojsk.

Ostatnio Rosja wycofała się z udziału w pracach grupy konsultacyjnej ds. traktatu CFE (dotyczącego ograniczenia zbrojeń w Europie Środkowej). Traktat zawarty w 1990 r. między NATO a Układem Warszawskim nie odzwierciedla aktualnej sytuacji. Kolejnym krokiem było wyraźne wzmocnienie sił ofensywnych na Krymie i w obwodzie kaliningradzkim.

Wszystkie tego rodzaju posunięcia niosą w sobie niebezpieczeństwo tworzenia się brzemiennych w skutki sytuacji konfliktowych. Niedobrze jest, kiedy piloci myśliwców przechwytujących dosłownie zaglądają do kabin strategicznych bombowców przeciwnika lecących z rakietami na pokładzie, a atomowe okręty podwodne, w tym nosiciele rakiet balistycznych obydwu stron znajdują się w tzw. „zasięgu radarowym”. Zawsze może zdarzyć się błąd czy też prowokacja o trudnych do przewidzenia skutkach. Takim przykładem może być incydent z udziałem amerykańskiego niszczyciela USS „Vella Gulf” u wybrzeży Krymu w okresie batalii o zmianę jego statusu.

Taka sytuacja powoduje rzecz jasna w warunkach Polski aktywizację wszelkiego rodzaju tzw. wybitnych specjalistów, ekspertów z naukowymi tytułami i polityków różnych ugrupowań, wieszczących nieuchronność rosyjskiej agresji i rozpaczających z powodu opłakanego stanu systemu obronnego państwa. Kiedy słucha się opinii tych ludzi, można dojść do wniosku, że co najmniej raz w tygodniu bywają obecni w Sztabie Generalnym Federacji Rosyjskiej bądź centrali GRU. Ostatnio modne stały się stwierdzenia o rzekomym szantażu atomowym, jaki Rosja stosuje lub też będzie stosować w stosunku do pewnych krajów europejskich. Pół biedy, jeśli takie poglądy wypowiada profesor nauk wojskowych nie rozróżniający czołgu od działa pancernego i armaty od haubicy, ale kiedy podobnie wyraża się publicznie były minister spraw zagranicznych, to już jest problem.

Tymczasem sytuacja wygląda w ten sposób, że Rosja (wcześniej ZSRR) posiadała i posiada znaczną przewagę w siłach konwencjonalnych na Środkowo-Europejskim Teatrze Działań Wojennych. Pisałem już o tym, że dla zrekompensowania tej przewagi Amerykanie wybudowali w latach 70-ych na terenie RFN prawie 100 komór, w których umieszczono miny jądrowe mające powstrzymać ofensywę sił Układu Warszawskiego. W tej sprawie władze RFN nie miały nic do powiedzenia (tu kłania się teoria o ograniczonej suwerenności). Obecnie mimo włączenia kilku państw UW do NATO sytuacja niewiele się zmieniła, między innymi dlatego, że armie nowoprzyjętych państw, po wielu zmianach zwanych restrukturyzacyjnymi, utraciły w poważnym stopniu swój potencjał bojowy. Stały się, na swój sposób, armiami usługowymi. Dotyczy to niestety również Wojska Polskiego.

Oczywiście na niekorzyść Rosji grają zmiany terytorialne i nowy układ geopolityczny. Tak czy owak, nie ma żadnych przesłanek do tego, aby Rosja stosowała w Europie element szantażu atomowego. Prowadzone sprawdziany arsenału jądrowego są adresowane wyłącznie do stratega amerykańskiego.

I na tym tle jeszcze jeden mit. Otóż faktycznie między innymi do obwodu kaliningradzkiego przerzucono pewna ilość wyrzutni rakiet średniego zasięgu „Iskander M”. Są one przystosowane do wystrzeliwania ładunków jądrowych, ale ich podstawowymi atutami są: rzadko spotykana celność (na odległość 500 km rozrzut nie przekracza 6 m) oraz duża niewrażliwość na system plot przeciwnika. To pozwala na obezwładnienie lub niszczenie ważnych celów bez przekraczania tzw. „progu atomowego”.

Jeśli chodzi o dalszy rozwój sytuacji na Ukrainie, pytaniem najważniejszym jest – co zrobi Rosja, jeśli mińskie ustalenia pokojowe staną się martwą literą. Dalsza pomoc materiałowa i finansowa dla zbuntowanych republik jest sprawą oczywistą. Ale co dalej? Nie brak opinii, że Rosja może zdestabilizować sytuację na Ukrainie bez prowadzenia szerokiej akcji militarnej w czasie około 5–6 tygodni. Ma po temu wystarczające siły i środki, a także doświadczenie. Wystarczy wspomnieć wojnę afgańską, ponad 20 interwencji w czasie konfliktów narodowościowych w okresie rozpadu ZSRR czy też trwające od ponad 20 lat zmagania z islamską irredentą na Kaukazie. Sytuacja wewnątrz Ukrainy pogarsza się. To nie tylko zapaść gospodarcza i socjalna, ale i wzmagająca się walka grup wpływu o władzę i pieniądze. Ostatni konflikt między prezydentem Petrem Poroszenką a wszechwładnym oligarchą Ihorem Kołomojskim jest tego najlepszym przykładem. Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że mediatorem był ambasador USA. Dlaczego, więc Rosja nie podejmuje (jak na razie) takich działań? Wydaje się, że z trzech podstawowych powodów:

  • Rosja nie chce na tym etapie doprowadzić do dalszego zaostrzenia stosunków z USA i Europą Zachodnią;
  • Wśród poważnej części politologów i ekspertów rosyjskich zaczyna przeważać opinia, że destabilizacja wewnętrzna Ukrainy jest tylko kwestią czasu;
  • Doprowadzenie do rozprzężenia wewnętrznego w kraju, gdzie pracuje 15 reaktorów jądrowych, a w którym tradycje anarchistyczne są wciąż żywe, mogłoby zaowocować komplikacjami trudnymi do przewidzenia.

Jest oczywistym, że poglądy te i wynikające z nich decyzje będą ewoluować w zależności od rozwoju sytuacji, zarówno na Ukrainie, jak i w zbuntowanych republikach.

Jeśli chodzi o nasze rodzime podwórko, zmieniło się niewiele. Nadal trwa histeria wojenna, na tle której każda inicjatywa o charakterze antyrosyjskim zyskuje poparcie czynników oficjalnych. Jednocześnie mamy do czynienia z coraz częstszymi postulatami różnych grup, aby nasze społeczeństwo było w sposób w miarę uczciwy informowane o wydarzeniach za wschodnia granicą.

Po raz kolejny pragnę podkreślić, że na stosunki polsko-ukraińskie nie możemy patrzeć wyłącznie przez pryzmat tragedii lat 1942–1947, ale nie można przymykać oczu na fakt, że oto po ponad półwieczu nacjonalizm i faszyzm stają się w tym kraju ideologią państwową. Dowodzą tego takie oto zdarzenia:

  • oficjalne ogłoszenie święta Dzień Obrońcy Ukrainy (14 X) w rocznicę powstania UPA;
  • uchwała rady Najwyższej (11 II 2015) w sprawie uczczenia pamięci Petra Diaczenki (dowódcy oddziałów pacyfikacyjnych działających m.in. na terenie Polski);
  • ponura uroczystość (manifestacyjna) w rocznicę śmierci dowódcy UPA R. Szuchewycza;
  • zgłaszane przez skrajne ugrupowania (m.in. partię Swoboda) pretensji terytorialnych pod adresem Polski (ok. 20 tys. km).

Społeczeństwo polskie ma prawo znać te fakty, podobnie jak realny obraz operacji ukraińskich sił zbrojnych na terenach Donbasu.

I na zakończenie uwaga. Ostatnio roi się u nas od publikacji dotyczących tzw. wojen hybrydowych, „zielonych ludzików” itp. Szanowni panowie eksperci, nie ma żadnych wojen hybrydowych ani „zielonych ludzików”. Są po prostu stosowane przez strony konfliktu elementy „wojny specjalnej”, znane i stosowane od lat i to nie Rosja jest prekursorem w tej dziedzinie. Jest oczywistym, że znaczenie tych elementów i metod wyraźnie wzrosło w epoce burzliwego rozwoju nauki, techniki oraz środków masowej komunikacji. Ale o tym może w następnym artykule… 

Fot. rusjev.net

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze