Andrzej Zapałowski: Wyjaśnieniem przyczyn katastrofy MH 17 powinni kierować Holendrzy

Boeing_777-2H6ER_9M-MRD_MalaysianZ dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Samolot pasażerski należący do malezyjskich linii lotniczych został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze z terytorium wschodniej Ukrainy przez separatystów wpieranych przez Rosję – mówił podczas piątkowej konferencji prasowej prezydent Barack Obama. Czyżby Amerykanie już wiedzieli, kto stoi za tą tragedią?

– To jest zastanawiające. Po pierwsze, Stany Zjednoczone są stroną w konflikcie na Ukrainie, bo wspierają i dostarczają sprzęt wojskowy ukraińskiej armii, która walczy z separatystami, a z drugiej strony ferowanie od razu wyroku, zanim cokolwiek zostało zbadane, jest albo elementem wojny informacyjnej, w którą administracja Baracka Obamy jest zaangażowana, albo Amerykanie mają rzeczywiście niezbite dowody. Tak czy inaczej nie wyobrażam sobie, aby przywódca supermocarstwa w tak poważnej kwestii ferował wyroki, zanim jakakolwiek komisja dotarła na miejsce katastrofy i rozpoczęła prace. Oczywiście nie należy wykluczać, że to, co mówi prezydent Stanów Zjednoczonych, okaże się prawdą, ale do tego potrzebne są niezbite dowody, a nie tylko poszlaki. Być może prezydent Obama je ma.  

Tak czy inaczej żyjemy w kręgu hipotez i domysłów. Są zdania, że mogła to być pomyłka, ale też wiele przemawia za tym, że był to świadomy atak. Komu taki scenariusz był na rękę?

– To jest niewątpliwie trudne pytanie. Przede wszystkim zestrzelenie samolotu pasażerskiego umiędzynaradawia ten konflikt, o którym przez ostatnie tygodnie czy nawet miesiące świat zapomniał bądź się do niego przyzwyczaił. Nawet polskie media albo zrzuciły na dalszy plan informacyjny, albo próbują przemilczeć sytuację na wschodzie Ukrainy, gdzie wciąż toczą się ciężkie walki i gdzie codziennie giną ludzie. Mówiąc to, nie mam na myśli żołnierzy ukraińskich czy separatystów, ale ofiary cywilne.

Porozmawiajmy zatem o możliwych scenariuszach…

– W ostatnich kilku miesiącach zostało strąconych kilka, jeżeli nie więcej obiektów latających sił zbrojnych Ukrainy. W tej sytuacji jest nieporozumieniem kierowanie nad terytorium, gdzie toczą się walki samolotów pasażerskich. To po pierwsze. Po drugie, władze Ukrainy nie zamknęły korytarza powietrznego nad obszarem, nad którym strącane są samoloty. Separatyści, jeżeli dysponują rakietami, nie mają informacji, o której godzinie i jaką trasą leci samolot pasażerski, dlatego atakują każdy obiekt przelatujący nad tym terytorium. Warto też pamiętać o tym, że samolot pasażerski i duży samolot transportowy mają podobne gabaryty. Kolejna sprawa dotyczy tego, że w rejonie granicy Ukrainy z Rosją od kilku dni jest okrążony przez separatystów duży oddział armii ukraińskiej, a wielu żołnierzy już się poddało i przeszło na stronę rosyjską. W tej sytuacji istniało prawdopodobieństwo, że samolot transportował żywność dla okrążonych żołnierzy ukraińskich i separatyści, biorąc to pod uwagę, mogli otworzyć ogień. Warty podkreślenia jest również fakt, że przed trzema dniami Ukraińcy podnieśli, iż ich samolot szturmowy Su-25 został strącony przez rosyjski samolot wojskowy. Choć nie zostało to potwierdzone, to taki przekaz poszedł w świat.

Jest jeszcze taka ewentualność, według mnie najmniej prawdopodobna, że to strona rosyjska użyła rakiet celem wsparcia separatystów i strącenia obiektu znajdującego się nad terytorium walk. Jest to – jak wspomniałem  najmniej prawdopodobne, bo Rosjanie mieli pełne informacje o trasie przelotu pasażerskich statków powietrznych, mając przy tym pełną kontrolę radiolokacyjną nad obszarem, gdzie toczone są walki. Dlatego ten wariant wykluczyłbym, bo w innym wypadku ocierałoby się to o szaleństwo. Zatem, kto miał interes w tym, żeby strzelać do pasażerskiej maszyny, trudno tak naprawdę powiedzieć. Nie wykluczałbym, że był to zamach przygotowany celowo przez jakiś ośrodek, czy to w kręgu separatystów, czy w kręgu armii ukraińskiej, jakaś prowokacja, mająca na celu doprowadzenie do wewnętrznych rozgrywek w danym środowisku.

Jednak jeżeli okaże się, że to Rosjanie stoją za zestrzeleniem samolotu, to jakie to może mieć skutki?

– W takiej sytuacji konsekwencje byłyby dramatyczne. Przy technice, jaką dysponują Rosjanie, i możliwościach rozpoznania celów latających w pobliżu swojej przestrzeni powietrznej byłaby to dla Rosji kompromitacja na arenie międzynarodowej. Dlatego taki wariant czy też wersję wydarzeń uważam za najmniej prawdopodobną.

Kto Pana zdaniem powinien wyjaśnić przyczyny tej tragedii?

– Przede wszystkim wyjaśnianiem tej katastrofy powinni się zająć najbardziej zainteresowani, czyli pracami komisji, oprócz oczywiście organizacji międzynarodowych, powinni kierować Holendrzy, ponieważ najwięcej ofiar pochodziło z tego państwa, a także Malezyjskie Linie Lotnicze. Natomiast przestrzegałbym przed dominacją tych, którzy pośrednio są stronami w wojnie na wschodzie Ukrainy, a więc przed Amerykanami czy Rosjanami. Oczywiście przedstawiciele tych państw powinni brać udział w pracach komisji czy zespołu, jaki powstanie, ale nie powinni dominować, podobnie zresztą jak strona ukraińska. Przy okazji chciałbym podkreślić jeszcze jedną rzecz, która gdzieś umyka. Mianowicie w czwartek doszło do tragedii, a armia ukraińska nawet nie zawiesiła walk na czas wyjaśnienia tej sprawy. Ługańsk jest cały czas atakowany, bombardowano czy też ostrzelano z artylerii elektrownie. W konsekwencji 400-tysięczne miasto jest pozbawione energii elektrycznej i wody. To jest kolejna tragedia, która rozgrywa się w pobliżu tej czwartkowej. Dlatego z jednej strony trzeba jednoznacznie pokazać, że w katastrofie lotniczej zginęło ok. trzystu osób, ale z drugiej nie należy zapominać, że dużo więcej cywilów w ostatnim okresie zginęło w wyniku ostrzału artylerii armii ukraińskiej.

Czy zważając na działania separatystów na wschodzie Ukrainy i tę katastrofę, można powiedzieć, że konflikt wymknął się spod kontroli?

– Ten konflikt już dawno wymknął się spod kontroli. Rosja wspiera separatystów, a z drugiej strony – jak podają portale społecznościowe – rozpoczęło się dostarczanie broni armii ukraińskiej z wielu stron świata. Czyli jest to konflikt globalny, który rozgrywa się na wschodzie Ukrainy, i jest to niepodważalne. Druga kwestia dotyczy tego, że jest to już konflikt, który mimo oczekiwań szybko się nie zakończy. W tym układzie należy się liczyć z dwoma wariantami: pierwszy, że armia ukraińska zdobędzie Donieck i Ługańsk, a więc miasta, które łącznie mają blisko półtora miliona mieszkańców, a co za tym idzie – należy się spodziewać setek, jeśli nie tysięcy ofiar, co będzie kolejną prawdziwą tragedią. Ponadto armia ukraińska zdaje sobie sprawę, że musi tego dokonać w ciągu dwóch, trzech najbliższych miesięcy, bo zimą działania wojenne będą bardzo utrudnione. Druga kwestia dotyczy tego, że gdyby nawet udało się spacyfikować obszar wschodniej Ukrainy, to należy się spodziewać drugiego etapu, a mianowicie działań terrorystycznych, sabotażowych na szeroką skalę. Mielibyśmy coś w rodzaju północno-irlandzkiego Ulsteru, ale w skali wielokrotnie większej, z udziałem nie kilkuset, ale tysięcy bojowników. Te działania terrorystyczne nie ograniczyłyby się tylko do wschodniej, ale terytorium całej Ukrainy, ponieważ byłaby to zemsta na władzach, a zwłaszcza na ochotnikach z zachodniej Ukrainy. Tym sposobem zamachy bombowe, z jakimi możemy mieć do czynienia, zbliżyłyby się niebezpiecznie do terytorium Polski. To jest najgorszy scenariusz dla naszego kraju, ale całkiem realny.

Premier Jaceniuk powiedział, że to, z czym mamy obecnie do czynienia, nie jest już lokalną wojną i problemem Ukrainy, ale międzynarodową zbrodnią i wojną przeciw całemu światu. Co zrobić, aby ten konflikt ukraińsko-rosyjski na granicy wschodu i zachodu nie eskalował dalej?

– Oczywiście wypowiedź Jaceniuka to narracja jednej ze stron konfliktu. Druga strona – separatyści powiedzą, że na wschodzie Ukrainy dochodzi do ludobójstwa dokonywanego przez armię ukraińską na ludności cywilnej. Jest to zatem kwestia tego, kto skuteczniej dotrze do mediów i czyja narracja bardziej przebije się w przekazach.

Możemy mieć do czynienia z wieloletnim pełzającym konfliktem na obszarze wschodniej Ukrainy, który będzie pogrążał i bezpośrednio wpływał na stosunki międzynarodowe w zakresie bezpieczeństwa i w kwestii Rosji, Stanów Zjednoczonych, Paktu Północnoatlantyckiego. Nie jest też powiedziane, że ten konflikt z czasem nie rozwinie się o kolejne kraje Europy Wschodniej i Bliskiego Wschodu. Ukraina przez Morze Czarne jest niejako związana z Bliskim Wschodem, a tam z kolei mamy do czynienia z rozwojem konfliktu w Iraku, trwa również wojna Palestyna – Izrael, duży znak zapytania dotyczy też Iranu.

Katastrofa samolotu malezyjskich linii lotniczych może sprawić, że świat nie będzie przyglądał się dalej biernie wydarzeniom na Ukrainie?

– W tej chwili trzeba zrobić jedno: zmusić rząd Ukrainy do podjęcia rozmów z separatystami, a nie z Rosją, która nie chce i nie będzie chciała być stroną tego konfliktu. Oczywiście Rosja wspiera separatystów, jednak dla Putina najwygodniejsza jest pozycja jednego z negocjatorów. Dlatego Rosja nie zgodzi się być stroną w konflikcie, bo w tym momencie zostałby otwarty problem Krymu, który dla Rosji już dawno jest sprawą zamkniętą.

Myślę, że należy zrobić to, co coraz głośniej zaczyna mówić Angela Merkel, a mianowicie bezwzględnie należy doprowadzić do rozmów między stronami konfliktu. W sprawę muszą zaangażować się organizacje międzynarodowe, np. ONZ.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: Nasz Dziennik

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze

komentarze