Jacek Bartyzel: Dwie Ameryki. Ameryka Romańska i Ameryka Fenicka

prof. dr hab. Jacek Bartyzel

Czołowi metapolitycy południowoamerykańscy (Carlos A. Disandro, Alberto Buela czy Primo Siena), reorientujący refleksję geopolityczną na tory humanistyczne i transcendentalne, od dawna zwracają uwagę na fundamentalną przeciwstawność dwu Ameryk, powstałych i rozwijających się w zupełnie odmiennym kontekście religijnym, kulturalnym i politycznym.

W tej krótkiej nocie streścimy zasadnicze myśli jednego z tych autorów – argentyńskiego filologa klasycznego, filozofa, teologa i poety Carlosa Alberta Disandro (1919-1984).
    
Punktem wyjścia jego refleksji jest teza, iż Ameryka jako kontynent stanowi geograficzny, geologiczny i kosmograficzny odpowiednik półkuli wschodniej; to przestrzeń geopolityczna otwarta na sakralizację, jaka dokonała się w naszej części świata, ale do czasu jej odkrycia przez Kolumba i innych konkwistadorów „dziewicza” i niejako uśpiona. Odkrycie Ameryki zmienia tę sytuację: odtąd spotykają się w niej i łączą ze sobą geografia z historią. Ameryka staje się przestrzenią geopolityczną włączoną w dziedzictwo Imperium Rzymskiego i jego średniowiecznych następstw, na czele z religijnymi (chrześcijaństwem). Z tą samą chwilą jednak następuje na półkuli zachodniej odtworzenie sięgającego starożytności podziału świata (post)rzymskiego na dwie części: centrum („przestrzeń wewnętrzną”) i peryferie imperium. Owo odtworzenie przebiera postać polaryzacji na „zromanizowaną Amerykę hiszpańską” (América hispánica romanizada) oraz peryferyjną Amerykę brytyjską (América británica), która jest „oddzielona od większości świata” – jak pisał już o starożytnej Brytanii poeta Wirgiliusz.
    
Tu ważna dystynkcja terminologiczna. Tę część Ameryki, w której odtworzona została „przestrzeń wewnętrzna” imperium rzymsko-średniowiecznego nazywana była – i tak powinno pozostać – Ameryką Hiszpańską (Hispania rzymska to zarówno nowożytna España, jak Portugalia i przestrzeń lusitanidad, czyli w tym wypadku przede wszystkim Brazylia), Iberoameryką (Iberoamérica) i Ameryką Romańską (América Románica), ale nie Ameryką Łacińską (América Latina). Ten ostatni koncept nazewniczy, tak dziś rozpowszechniony, był w ogóle nieznany do połowy XIX wieku. Został on wymyślony przez chilijskiego masona, progresistę i liberała Francisco Bilbao w 1856 roku, i natychmiast podchwycony przez propagandę „cesarza Francuzów” Napoleona III; rozpropagował ją zwłaszcza ideolog „panlatynizmu” Michel Chevalier oraz autorzy periodyku Revue de races latines. Zmiana nazwy nie była więc „niewinną” korektą, gdyż zbiegały się w niej konkretne interesy, z jednej strony francuskie (dążenie do budowy własnego, narodowego imperium i wyparcia oraz zatarcia hiszpańskiego piętna kontynentu – Francuzi to przecież też kulturowo „rasa latyńska”), z drugiej zaś amerykańskich (kreolskich) liberałów – buntowników przeciwko prawowitej władzy króla Hiszpanii nad wicekrólestwami amerykańskimi, którzy też chcieli zerwać nie tylko już polityczną, ale i kulturową oraz religijną więź z hiszpańsko-rzymską Macierzą.
    
Powołanie (vocación) Ameryki Hiszpańskiej/Romańskiej/Iberoameryki zawiera się w pojęciu hispanidad, które jest identyczne z Ekumenicznym Imperium Powszechnym (Imperio Ecuménico Universal), jako zadaniem do wypełnienia przekazanym przez Rzym (będący z kolei dziedzicem kultury greckiej i całej tradycji indoeuropejskiej) katolickim narodom romańskim. Konkwista Ameryki przez Hiszpanów i Portugalczyków oznaczała włączenie Ameryki do tego ekumenicznego, katolickiego, rzymskiego imperium. Potwierdza to nawet północnoamerykański (ale tylko „z urodzenia”) poeta Thomas Stearns Eliot słowami: „jako spadkobiercy cywilizacji europejskiej jesteśmy jeszcze obywatelami Cesarstwa Rzymskiego”. W rzeczywistości oznacza to trwały i niepojednalny antagonizm pomiędzy rzymską „przestrzenią wewnętrzną” Ameryki a tym, co powstało (czy raczej też zostało odtworzone) na jej północnych peryferiach.
    
Tę przestrzeń Disandro nazywa Ameryką Fenicką (América Fenicia), z racji jej korzeni historycznych i antropologicznych. Ameryka Północna została skolonizowana głównie przez angielskich purytanów, zjudaizowanych i interpretujących fanatycznie prawo mojżeszowe. Uważając się za „rasę wybraną” i wzbudzając w sobie tego samego ducha, co Izraelici starożytni, purytanie praktykowali analogiczną politykę radykalnego unicestwienia napotkanych (indiańskich) „Filistynów”.
    
Na tę różnicę religijną (a w konsekwencji także etyczną) nakłada się inna: geopolityczna. Ameryka purytańska i anglofońska jest talassokratyczna w typie fenickim, napędzana zmysłem handlu morskiego (comercial marítimo), co znakomicie koresponduje z doktryną religijną kalwinizmu, głoszącego, iż sukces ekonomiczny jest znakiem łaskawości Bożej. Dla Amerykanów z Północy, tak samo jak dla starożytnych Fenicjan, żeglować (navegar) znaczy handlować, tworząc jednocześnie wzdłuż szlaków handlowych strefy swojej dominacji i siły. Przeciwnie, charakter konkwisty przedsięwziętej przez narody iberyjskie (Hiszpanów i Portugalczyków) unaocznia rys wskazujący na ich rzymskość: otóż, tak samo jak dla Rzymian, conquistar znaczy dla nich objąć na trwałe w posiadanie odkrytą i zdobytą ziemię, natomiast żeglowanie przez morze jest tylko środkiem, nigdy celem. To cywilizacja geokratyczna. Ameryka Północna (Stany Zjednoczone), im bardziej wzrastała w siłę, tym chętniej porównywała się do Rzymu, ale to tylko (samo)oszustwo; w rzeczywistości to nie „nowy Rzym”, lecz współczesna kopia fenickiej Kartaginy.
    
Ostateczną konsekwencją jest odmienny charakter imperiów budowanych przez dziedziców Rzymu – Hiszpanów i dziedziców Fenicji/Kartaginy – (północnych) Amerykanów. Konkwistadorzy iberyjscy włączali nie tylko ziemię, ale i jej mieszkańców do Imperium Ekumenicznego, przede wszystkim chrzcząc ich, a więc czyniąc z nich chrześcijan – katolików o tej samej randze moralnej, żyjących pod tym samym kodeksem etyczno-prawnym, opartym o zasady wyłożone w Monarchii Dantego: „wolność, miłość, sprawiedliwość” (dopiero nieszczęsna niepodległość, przesiąknięta europejskim liberalizmem i jakobinizmem, wypaczyła to trójprawo w triadę rewolucyjną, w której „braterstwo” karykaturuje miłość, a „równość” – sprawiedliwość, pogrążając kraje romanoamerykańskie w chaosie oscylującym miedzy anarchią a militarnym despotyzmem). Talassokratyczne imperium północnoamerykańskie opasuje świat siecią powiązań komercyjnych, uzależniających ekonomicznie, i wojskowych baz w strategicznie ważnych punktach, z których może w każdej chwili interweniować, zmuszając do posłuszeństwa, gdy tylko hegemon uzna swoje interesy handlowe i polityczne (co w tym wypadku jest właściwie jednością) za zagrożone. „Ład duszy” i zbawienie poddanych nie interesuje hegemona tego imperium.

Źródło: „Przegląd Geopolityczny” 2011, tom 4, s. 143-145.
Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Legitymizm.org.

 

 

 

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u