Białe plamy w historiografii polskiej na progu XXI wieku

prof. dr hab. Andrzej Piskozub

Epoka po dziś dzień utrzymujących się przemilczeń i przekłamań (białych plam i tematów tabu) oraz propagandowych przeinaczeń po linii następujących po sobie formacji ideologicznych (historyczne mody) sięga wstecz aż po pierwszą wojnę światową. Epoka ta dzieli się na trzy zasadniczo odmienne w odniesieniu do owych historiograficznych patologii okresy dziejowe.
           
Najmłodszym z nich jest, trwający już kilkanaście lat, czas III RP. Był to czas rozliczeń z wcześniejszą 45-letnią komunistyczną przeszłością polską, wymazujących coraz to nowe białe plamy z tamtych czasów. Własnych białych plam o podłożu politycznym czasy III RP stworzyły niewiele; te, jakie w ostatnim 12-leciu pojawiają się, należą z reguły do sfery kryminalnej, nie zaś politycznej: niewyjaśnionych do końca wielkich afer gospodarczych, zabójstw funkcjonariuszy tropiących takie afery (jak prezesa NIK Pańko w “wypadku” samochodowym, szefa policji gen. Papały). Niepokoi natomiast spora ilość białych plam i bodaj równie spora tematów tabu, głównie dziedziczonych jeszcze po czasach przedkomunistycznych, a dotychczas przez historiografię polską nie zweryfikowanych.
           
Trzy czwarte wieku, obejmujące lata 1914-1989, podzielić można na dwa równej długości okresy 1914-1951 oraz 1952-1989. Ten drugi to epoka PRL-u, której narodziny przyniosła 22 lipca 1952 konstytucja bierutowa a likwidację uchwała sejmowa z 29 grudnia 1989 roku. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to zatem epoka rozrachunku z PRL-em, ujawniająca jego białe plamy i likwidująca swoje tematy tabu. Pozostają do wyjaśnienia – może na zawsze – kulisy morderstw politycznych tamtych czasów: Bogdana Piaseckiego, Stanisława Pyjasa, księdza Jerzego Popiełuszki – by wymienić najgłośniejsze.
           
Białe plamy i tematy tabu dotąd zafałszowujące najnowszą historię Polski, dziedziczyły oba okresy późniejsze (PRL-u oraz III RP) po okresie poprzedzającym, trwającym od pierwszej wojny światowej po przełom lat 40. i 50. Wtedy właśnie rodziły się mity, ex-post przeinaczające i przemilczające prawdziwy bieg wydarzeń, w interesie politycznym sił, jakie zawirowania dziejowe nieoczekiwanie wynosiły do władzy.
           
Sfałszowana “metryka niepodległości” odrodzonego z zaborów państwa polskiego jest tego wymownym przykładem. Dzień 11 listopada 1918 roku był ważny dla państw, które weszły w pierwszą wojnę światową, bo kończył jej kilkuletnie działania zbrojne. Natomiast na ziemiach polskich był to “dzień jak co dzień”, gdyż od dawna żadnych działań wojennych tu nie było. Proklamowanie tego dnia Świętem Niepodległości byłoby “tylko” wielkim nieporozumieniem, gdyby nie było świadomą dywersją polityczną przeciwko obozowi “aktywistów”, jaki wywalczył przełomową dla odbudowy niepodległej Polski pod okupacją państw centralnych, decyzję w dniu 5 listopada 1916 roku. Od tamtej daty rozpoczęła się organizacja odradzającego się państwa polskiego i ona powinna być właściwym Świętem Niepodległości Polski: analogicznie jak to ma miejsce w przypadku wschodnich sąsiadów Polski, którzy w pierwszym kwartale 1918 roku, także pod okupacją państw centralnych, ogłaszali swoją niepodległość i czczą ją do dziś – jak Estonia 24 lutego, czy Białoruś 25 marca. W to estońskie święto niepodległości władze polityczne III RP idą na jej obchody do ambasady Estonii w Warszawie; corocznie 25 marca Telewizja Polska pokazuje demonstracje opozycjonistów białoruskich, obchodzących tę rocznicę. Dlaczego zatem taka zasadnicza niekonsekwencja w przypadku święta niepodległości własnego kraju?
           
Obóz narodowy, który w taki sposób przeinaczył dzieje “sprawy polskiej” podczas pierwszej wojny światowej, w okresie międzywojennym odpowiedzialny jest za kontynuowanie swej zajadłej propagandy antyniemieckiej. Urabiała ona opinię publiczną w kierunku, który zaowocował katastrofą wrześniową 1939 roku. Kiedy różne siły międzynarodowe zaczęły zawiązywać koalicję antyniemiecką, znalazły w Polsce podatny grunt dla wmanewrowania jej w spiralę wydarzeń, wciągających ją w wojnę z Niemcami.
           
Wrzesień 1939 r. to do dziś temat tabu pomimo autorów dostrzegających alternatywę, jak: Jerzy Łojek, Agresja 17 września 1939 r. (1990); Mieczysław Pruszyński, Tajemnica Piłsudskiego (1996); Grzegorz Górski, Wrzesień 1939. Rozważania alternatywne (2000). To są “Polacy, mądrzy po szkodzie”. Mądrym przed szkodą był Władysław Studnicki, którego książka Wobec nadchodzącej II-ej wojny światowej, wydrukowana w czerwcu 1939, została natychmiast skonfiskowana przez policję polską i dopiero w roku 2001 wydana w wyborze pism Wł. Studnickiego, przygotowanym w Wydawnictwie Adam Marszałek w Toruniu.
           
Następny temat tabu to losy narodu pod ponad pięcioletnią okupacją. W przypadku niemieckiej, czy nie mogłaby ona dla ludności polskiej być podobną do tej, jak na zachodzie we Francji, czy na północy w Danii? A w każdym razie nie gorsza, niż w sąsiednim Protektoracie Czech i Moraw? U schyłku życia Jan Karski postawił pytanie, czy działalność Podziemia nie przyniosła więcej strat, niż osiągnięć? Czy metody walki z okupantem nie przypominały niekiedy zwalczanych obecnie działań terrorystycznych? Czy wykorzystywanie dzieci do tej walki nie stoi w sprzeczności ze współczesnymi konwencjami międzynarodowymi?
           
Osobny temat tabu to trzeźwa ocena Powstania Warszawskiego. W emigracyjnym Londynie piętnował je Stanisław Mackiewicz-Cat jako… zbrodnię. Nie przeszkodziło to późniejszemu wyborowi Cata na premiera polskiego rządu na obczyźnie.
           
Od białych plam i tematów tabu roi się przy analizowaniu strat ludności polskiej z rąk obu okupantów, niemieckiego i sowieckiego. Tajemnicą poliszynela wydaje się coraz powszechniejsze odczucie, iż w latach 1939-1945 więcej Polaków (uwaga: Polaków a nie obywateli państwa polskiego) zginęło za sprawą Stalina, nie zaś Hitlera. Można to porównywać w najrozmaitszych przekrojach: jeńców-oficerów, różnych innych grup społecznych poddanych wysiedleniom, aresztowaniom, egzekucjom, pobytowi w łagrach i kacetach itd.
           
A co podczas wojny z polską kolaboracją – z Trzecią Rzeszą oczywiście, bo z Sowietami traktuje się ją jako rzecz najnormalniejszą w świecie. Polskiego Quislinga nie było, bo Niemcy nie mieli na niego zapotrzebowania – ale wśród szarych ludzi? Nie było donosów, denuncjacji, “szmalcownictwa”, pracy w różnych służbach okupacyjnych, aż po strażników w obozach koncentracyjnych, czy wręcz w obozach zagłady? Ilu Polaków służyło podczas drugiej wojny światowej w Wehrmachcie i jakie były ich losy? A co z owymi – szacowanymi na sześćset osób – którzy po bitwie-masakrze pod Lenino przeszli na niemiecką stronę frontu?
           
Niedawno książka Grossa rozogniła sprawę Jedwabnego – tak białą plamę, jak temat tabu zarazem. A przecież po 22 czerwca 1941 takim “spontanicznym gniewem ludu” sterowano w wielu innych, wymienianych z nazwy, miejscowościach Białostoczczyzny i dalej na wschód – na Białorusi, Ukrainie, w państwach bałtyckich.
           
Odrębną kartę stanowią zbrodnie kończące tamtą wojnę światową i dokonywane po jej zakończeniu. Wyczyny Armii Czerwonej podczas podboju Niemiec są wciąż nam mniej znane, niż nagłośniane, zwłaszcza po 1989 roku, akcje przeciwko polskiej opozycji politycznej, formacjom wojennego Podziemia i wszelkim innym, uznawanym za wrogów ludu? Czy wszyscy sprawcy zbrodni z tym związanych poniosą należną karę, skoro zabezpieczeni przed ekstradycją spokojnuie żyją za granicą, niekiedy dotąd pobierając emerytury z Polski za lata ich tutaj zbrodniczej działalności?
           
A czy “nas przy tym wcale nie było”? Czy akcji wysiedlania milionów Niemców z Polski a później skierowanej przeciwko Ukraińcom Akcji Wisła nie towarzyszyły przestępstwa i zbrodnie? Czy nazwy Łambinowic, Świętochłowic, Jaworzna i innych polskich obozów koncentracyjnych, nie powinny w naszej świadomości funkcjonować równie powszechnie, jak nazwy tych niepolskich? Czy polscy przestępcy z nich nie powinni być powszechnie znani i piętnowani, jak to ma miejsce z niepolskimi?
           
Oto przykłady, wskazujące na potrzebę tropienia przez historiografię polską białych plam i ujawnianie spraw dotąd tabu, z okresu pomiędzy pierwszą wojną światową a połową XX wieku. Przemilczaniem i zaciemnianiem wielu z takich spraw zainteresowany był obóz narodowy, gdyż ich ujawnienie byłoby dla niego szarganiem “narodowych świętości”. Ukrywaniem innych zainteresowany był obóz komunistyczny, gdyż miał przy nich splamione ręce. Często zaś po drugiej wojnie światowej interesy obu tych obozów były zbieżne, a podtrzymywanie i utrwalanie nacjonalistycznych mitów wykorzystywali wtedy rządzący wtedy Polską komuniści w ramach syndromu endekomuny, jak w jednym z moich artykułów nazwałem tę osobliwą zbieżność interesów.
           
Dlatego właśnie ani – skądinąd tak ważne – rozliczenie z PRL-em, ani też tropienie bieżących grzechów i grzeszków III RP nie są dla polskiej historiografii tak istotne, jak wyprostowanie polskiej historii z pierwszej połowy XX wieku, poprzez oczyszczenie jej z mitów, zakłamań i tendencyjnych przemilczeń.
                                                                                                   
 
Źródło: “Arcana” 2001, nr 6.
 
 
 
 
 
 
 




Komentarze

komentarze

stat4u