Nie ma nauki bez teorii naukowej


Leszek Sykulski

Recenzja: Ryszard Skarzyński, Podstawowy dylemat politologii: dyscyplina nauki czy potoczna wiedza o społeczeństwie. O tradycji uniwersytetu i demarkacji wiedzy, Temida2, Białystok 2012, ss. 354.




Książka Ryszarda Skarzyńskiego, ukazując się w styczniu 2012 r., wywołała niemałe poruszenie w środowisku polskich politologów. Stała się także obiektem dyskusji wśród przedstawicieli innych nauk społecznych w naszym kraju. Na ponad 350 stronach swojej pracy białostocki profesor poddał ostrej krytyce swoich kolegów po fachu, zarzucając im m.in. ignorancję w zakresie teorii badań, przekształcanie politologii w potoczną wiedzę o społeczeństwie, rozmywanie przedmiotu poznania czy zaniżanie standardów nauczania. Autor imiennie skrytykował przedstawicieli wielu ośrodków politologicznych w kraju (m.in. Warszawa, Kraków, Lublin, Poznań, Katowice, Gdańsk, Zielona Góra), zwłaszcza zaś badaczy zajmujących się teorią i metodologią politologii.

Głównym przedmiotem krytyki Ryszard Skarzyński uczynił twierdzenia teoretyków polityki poddających w wątpliwość naukowość politologii, negujących jakoby miała ona własny, ściśle określony przedmiot poznania, próbujących uzasadnić jej interdyscyplinarność, czy ograniczających ją do badania najnowszej historii politycznej. Autor poddał głębokiej krytyce używanie w pracach politologicznych pojęć potocznych, zaczerpniętych z mediów lub wprost „z ulicy”. Brak świadomości teoretycznej, czyli niezrozumienie przedmiotu poznania, skutkuje, jego zdaniem, powierzchownym opisem zjawisk, nie mającym żadnych ambicji eksplanacyjnych. „Szczytem refleksji politologicznej staje się komentarz polityczny, marketing polityczny i konsulting polityczny, które pojmowane są jako swoiste technologie polityczne, przeobrażając wydział uniwersytetu w specyficzne technikum kształcące specjalistów od manipulacji” (s. 343).                                                                 

Ryszard Skarzyński, stojąc na gruncie współczesnej teorii i metodologii nauki (szeroko powołując się na takich myślicieli jak np. Albert Einstein, Thomas Kuhn, Max Weber, Paul Feyerabend, Imre Lakatos, Stefan Ossowski czy Adam Grobler), wychodzi z fundamentalnego założenia, że nie może istnieć nauka „bez świadomie określonego własnego przedmiotu poznania” (s. 26). Jak twierdzi Autor, bez dokładnej demarkacji wiedzy, czyli podziału na dyscypliny naukowe, mające jasno wyartykułowane cele, zakres i metody badań, nie można oddzielić nauki od pseudonauki. Tym samym nie może zaistnieć teoria danej dyscypliny, której istnienie jest z kolei warunkiem sine qua non tworzenia metodologii. 

Autor „Podstawowego dylematu politologii” wyraźnie podkreśla, że tradycja teorii politologii nie może być utożsamiana z tradycją myśli politycznej. Owszem wyrasta z niej, ale już jako nauka musi silnie oddzielać się od wpływu jakichkolwiek doktryn, czy ideologii. Tak jak astronomia oddzieliła się od astrologii. Nie zmienia to oczywiście przedmiotu poznania, który istnieje obiektywnie, lecz zmienia jego sposób poznawania, określania i abstrakcyjnego przedstawiania. Autor protestuje przy tym przeciwko nazywaniu nauką „teorii stosunków międzynarodowych”, geopolityki, czy biopolityki.

Kierownik Katedry Politologii na Wydziale Prawa Uniwersytetu Białostockiego postuluje, aby teoria polskiej politologii stanęła na gruncie hipotezy tego co polityczne, stworzonej na początku XX wieku. Punktem wyjścia byłoby zatem to co polityczne, w ramach tego, co społeczne. Przedmiotem poznania politologii, wg Autora, powinno być grupowanie się ludzi w zjednoczenia (w ramach których dochodzi do intensywnej koncentracji i polaryzacji stosunków społecznych) jako efekt szczególnej mobilizacji (mobilizacja polityczna),  w celu ustanowienia każdym możliwym środkiem powszechnego porządku, ładu w wielkiej przestrzeni, według określonej wizji (s. 326).

Pojęcie tego co polityczne nasuwa skojarzenia z teorią Carla Schmitta. Jednak o tyle, o ile rozróżnienie na przyjaciela i wroga charakterystyczne jest dla ujęcia politycznego, to fundamentem rozróżnienia politologicznego, wg Ryszarda Skarzyńskiego, jest podział na podmiot polityczny i środek polityczny. Za podstawowy podmiot polityczny uznaje państwo, środkami nazywa zaś „obiekty zależne politycznie”, czyli zasoby i siły zyskujące status polityczny poprzez stawanie się przedmiotem w ramach ustanawiania powszechnego porządku według wizji podmiotu politycznego.

Białostocki politolog ostro krytykuje twierdzenia o tym, że „wszystko jest polityczne”, a także koncentrowanie się badaczy wyłącznie na władzy politycznej i polityce. Prowadzą one, zdaniem Autora, do rozmywania przedmiotu poznania, oraz wprowadzają język potoczny do politologii, przekształcając ją w wiedzę o społeczeństwie. Podobnie ma się rzecz w przypadku koncentrowania się wyłącznie na historii politycznej, która niezwykle płytko, zdaniem Autora, prezentuje istotę polityki.

Ryszard Skarzyński jasno rozdziela naukę od doktryny i wiedzy potocznej. Ta pierwsza musi być przedstawiana w formie hipotez, twierdzeń i teorii, poddawanych nieustannej krytyce i weryfikacji. Musi się zatem wyraźnie odróżniać od wiedzy zwykłego człowieka, opartej na potocznych wyobrażeniach, a także od doktryn, opartych na założeniach apriorycznych i wierze, nierzadko poszerzanej do ram ideologii. Autor odrzuca jakiekolwiek zadania normatywne dla nauki, które przekształcają ją jedynie w narzędzie polityczne.

Profesor zdecydowanie występuje przeciwko „politologii medialnej”, częstym występowaniu adeptów politologii w roli komentatorów bieżących wydarzeń politycznych. Stanowczo twierdzi, iż „kto pojawia się w mediach, zakończył badania naukowe i poddaje się grze, która w nowy sposób określa jego świadomość. Ta gra nieuchronnie prowadzi do utraty zdolności budowania hipotez w rozumieniu współczesnej teorii nauki” (s. 284-285). Celnie przy tym wskazuje na mechanizm przekształcania komentatorów w polityczne środki, narzędzia polityki.

Inspiracją dla Ryszarda Skarzyńskiego była postać Kurta Sontheimera (1928-2005) – którego Autor przywołuje jako wzór – niemieckiego politologa, wykładowcę Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana w Monachium, który w 1976 r. w swojej książce pt. „Nędza naszych intelektualistów”[1] ostro wystąpił przeciwko lewicowym teoriom zdobywającym poklask na uniwersytetach w RFN. Postać niemieckiego profesora, przeciwstawiającego się ideologizowaniu nauki, stała się ważnym punktem odniesienia dla podlaskiego politologa wzywającego w swojej książce do „zamknięcia umysłów prowadzących do ograniczania się do adoracji nielicznych doktrynalnych formuł” (s. 21).

Pod względem kompozycyjnym książka podzielona jest na pięć części. Pierwsze cztery zajmuje subiektywny opis Autora dotyczący powstania i rozwoju teorii polityki w III RP, krytycznie komentujący nie tylko dorobek naukowy, lecz także przebieg kariery uniwersyteckiej wielu politologów. Wywód Ryszarda Skarzyńskiego niewolny jest od uproszczeń, argumentów „ad personam” czy nawet kolokwializmów. Trzeba się w tym miejscu zastanowić, czy Ryszard Skarzyński, walcząc o wysoki poziom swojej dyscypliny naukowej, aby „nie tnie gałęzi, na której sam siedzi”? Czy dość bezceremonialne, publiczne ataki personalne na profesurę służą umacnianiu autorytetu politologów wśród przedstawicieli innych nauk społecznych? Czy służą kształtowaniu szacunku dla profesorów wśród studentów i doktorantów?

Jednym z dyskusyjnych poglądów Autora jest nacisk położony na powiązanie politologii i biologii – „politologia przede wszystkim nie istnieje bez biologii” (s. 278). R. Skarzyński szeroko odwołuje się do teorii Karola Darwina, a także współczesnej biologii ewolucyjnej. Co więcej twierdzi przy tym, „wiedza biologiczna jest warunkiem zrozumienia kształtowania się zjednoczeń ludzkich o charakterze podmiotów politycznych (s. 278-279). Silna afirmacja darwinizmu w poglądach Autora skłania do zaliczenia go do grona czołowych polskich darwinistów politycznych.

Książka, choć napisana językiem przystępnym, niewolna jest od licznych powtórzeń, które czynią lekturę nużącą, a miejscami nawet zacierającą istotę wywodu. Co warte podkreślenia, Ryszard Skarzyński silnie krytykując dorobek teorii polityki w III RP, sam do tej pory nie przedstawił własnego podręcznika teorii politologii (lub choćby zarysu teorii). Część piąta książki zatytułowana „Podstawy teorii i metodologii politologii”, licząca nieco ponad sto stron, zawiera liczne powtórzenia z poprzednich części, koncentrując się głównie na problemie polityczności w kontekście autorskiej definicji mobilizacji politycznej. O metodologii politologii znajdziemy niewiele. Autor krytykując intuicyjne rozumienie przedmiotu poznania tej dyscypliny, sam nie dość dokładnie tłumaczy pojęcia, którymi się posługuje. Najlepszym tego przykładem są terminy „wielka przestrzeń” i „długi czas”. Choć używane często w całej książce przy objaśnianiu procesu mobilizacji politycznej, nigdzie nie znajdziemy ich dokładnego objaśnienia. Dla osób zajmujących się geopolityką są czytelne, ich definicje i przykłady znajdziemy w pracach Leszka Moczulskiego czy Fernanda Braudela[2]. Sama jednak geopolityka została przez Ryszarda Skarzyńskiego postawiona poza nawias nauki, tym bardziej zatem dziwi używanie przez Autora pojęć mających długą tradycję i szerokie zastosowanie w geopolityce z pominięciem definicji własnej.

Problematyka poruszona w książce Ryszarda Skarzyńskiego jest niezwykle ważka, dotyka fundamentalnych pytań, o to czym jest nauka, jaki jest jej przedmiot poznania i jak ma być uprawiana. Wiele spostrzeżeń Autora jest niezwykle trafnych (szczególnie tych odwołujących się ogólnej teorii i metodologii nauki). Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, iż białostocki politolog przysłowiowo „wylał dziecko z kąpielą”. Miast krytykować poglądy i książki, dokonał publicznego sądu nad koleżankami i kolegami profesorami, przyjmując jednocześnie rolę prokuratora i sędziego. Nie tylko dokonał krytyki prac naukowych, ale z rozpędu także poglądów politycznych i przebiegu kariery akademickiej jej autorów. Arbitralny ton narracji w połączeniu z wizją teorii politologii niewiele wychodzącą poza definicję mobilizacji politycznej mocno osłabia siłę przekazu Autora.

Miejmy jednak nadzieję, że powstała wokół książki dyskusja szybko nie ucichnie i stanie się zalążkiem poważnych studiów w zakresie teorii politologii, a także dyskusji o kondycji środowiska naukowego, uwzględniającej słowa białostockiego profesora, iż „nie jest godny uniwersytetu ktoś, kto za pomocną argumentu nie może bronić swoich racji” (s. 23).


Fragment recenzji, która ukaże się w tomie 6. „Przeglądu Geopolitycznego”.




[1] K. Sontheimer, Das Elend unserer Intellektuellen. Linke Theorie in der Bundesrepublik Deutschland, Hamburg 1976.

[2] Zob. np. L. Moczulski, Geopolityka. Potęga w czasie i przestrzeni, Warszawa 1999; F. Braudel, Historia i trwanie, Warszawa 1999; F. Braudel, Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II, t. 1-2,  Warszawa 2004.









Komentarze

komentarze

stat4u