Radosław Domke: Azjatycka szachownica w ujęciu Kishore Mahbubaniego

Kishore_Mahbubanidr Radosław Domke

W niniejszym studium autor pragnie się odnieść do tez i opinii znanego singapurskiego dyplomaty Kishore Mahbubaniego[1] zawartych w jego najnowszej rozprawie: Nowa półkula azjatycka[2], konfrontując jego poglądy ze zdaniem innych geopolityków i politologów. Jego rozprawa jest raczej punktem odniesienia do przemyśleń i analiz na temat roli i znaczenia Azji w XXI stuleciu. W żadnym wypadku piszący nie rości sobie prawa do całkowitego wyczerpania tematu, stara się jedynie zasygnalizować kluczowe zagadnienia dotyczące kształtowania współczesnej hemisfery azjatyckiej.

Świat euratlantycki, a zwłaszcza USA, musi się pogodzić z faktem, że nie będzie miał już wyłączności na globalne zarządzanie pod pretekstem formowania cywilizacji uniwersalistycznej. Przebudzenie Azji nie musi jednak oznaczać politycznego upadku Zachodu. Jest to jednak możliwe tylko pod tym warunkiem, że zrezygnuje on ze swych zapędów hegemonistyczych na rzecz zrównoważonego i wielobiegunowego rozwoju polityczno-gospodarczego. Jedną z myśli przewodnich Nowej półkuli azjatyckiej jest stwierdzenie, że azjatycki „marsz ku nowoczesności” staje się okazją zarówno dla Zachodu, jak i dla reszty świata. Swoistym przesłaniem w tej mierze jest słynne powiedzenie Deng Xiaopinga: „nie ważne czy kot jest czarny, czy biały; jeżeli łapie myszy, to jest dobrym kotem”, które dyplomata singapurski odnosi do współpracy państw wyznających inne ideologie oraz reprezentujących różne cywilizacje.

Kishore Mahbubani sugeruje, że spośród 5,6 mld ludzi żyjących poza obszarem Zachodu niewielu już wierzy w jego wyższość cywilizacyjną. Co więcej, ekspansja  świata euratlantyckiego często jest postrzegana jako zagrożenia dla światowego pokoju (USA) oraz dla wolnego handlu (UE). Singapurski analityk podkreśla zatem, że Europa i Ameryka przede wszystkim przedkładają potrzeby własne nad potrzeby całego świata. Doskonale widać to na przykładzie polityki protekcjonistycznej państw członkowskich UE, wydających kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie na subsydia dla swoich rolników, których produkty nie wytrzymałyby wolej konkurencji na rynkach światowych z towarami azjatyckimi.

Złudzeniem cywilizacji atlantyckiej jest także przeświadczenie, że fala antyamerykańskich nastrojów wśród społeczności pozostałej części świata zostanie powstrzymana. Jednak Zachód nie zdaje sobie sprawy, jak daleko postąpiły procesy dewesternizacji nie tylko w strukturach gospodarczych świata, lecz przede wszystkim w ludzkiej mentalności. Realizacja światowego przywództwa Zachodu jest już od dawna nieaktualna.

Zupełnie innego zdania jest Zbigniew Brzeziński, który uważa, że Stany Zjednoczone wcale nie utraciły swej wiodącej roli w świecie i m.in. od polityki kolejnych gabinetów zależeć będzie, czy dalej pełnić będą swą „historyczną rolę”. Jego zdaniem problem wydaje się innego typu: czy USA mają stać się agresywnym hegemonem, który praktycznie bez żadnych konsultacji na arenie międzynarodowej będzie realizował swoją politykę siły, czy też pozostać mają kimś w rodzaju demokratycznego przywódcy, swego rodzaju primus inter pares narodów świata. Zdaniem Brzezińskiego utrata wiodącego wpływu USA na politykę światową wcale nie musi mieć miejsca[3].

Tym niemniej, jeśli jednak odniesieny się do aktualnej pozycji globalnej USA w kontekście cyklu hegemonicznego George’a Modelskiego, to współcześnie znajdują się one w ostatniej, czwartej fazie, charakteryzującej się dekoncentracją i demompozycją strefy wpływów. Zgodnie z tą teorią imperium, które musi angażować znaczne siły lądowe dla utrzymania swojej pozycji, pozbawione już legitymizacji swoich działań, chyli się ku upadkowi. W tym miejscu należy ustąpić pola innym wschodzącym ośrodkom siły[4].

Szansą dla całej ludzkości jest zatem stworzenie globalnej równowagi na zasadach powszechnego uznania i szacunku dla partnerów. Większość narodów bowiem uznaje – pośrednio bądź bezpośrednio –  kluczowe wartości Zachodu, jak demokrację, rządy prawa, czy sprawiedliwość społeczną. Inne warunki historycznego rozwoju zadecydowały jednak o tym, iż te uniwersalne wartości są w oczywisty sposób inaczej rozumiane w Pekinie, Teheranie, czy Chartumie, niż w Waszyngtonie, czy Brukseli. Dlatego też Zachód nie powinien próbować narzucać reszcie świata tych wartości dokładnie w swojej wersji; takiej „kalki” nie da się zastosować na innym gruncie kulturowym, a już na pewno nie siłą.

Nie należy jednak lekceważyć u Amerykanów ich wiary w Boże wybraństwo oraz wynikające z niego posłannictwo „narodu wybranego”, które przenika całą historię USA i jest podstawowym elementem tożsamości państwowej[5]. Jak pisze A. Groś: „[…] jest ona pewnym na stałe wpisanym rysem w umysłowości amerykańskiej, rysem, który determinuje amerykańskie nastawienie do własnej pozycji na arenie międzynarodowej oraz do własnej roli wobec świata”[6]. Źródła tej ideologii posłannictwa mają bowiem charakter religijny, gdyż u jej podstawy leży purytanizm, odwołujący się do idei starotestamentowych[7].

Aby jednak wspomniana równowaga między Zachodem a Orientem została zainicjowana organizacje o charakterze światowym (ONZ, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz walutowy, grupa G8) muszą otworzyć się dla  reprezentantów z pozostałej części świata, zwłaszcza zaś na Azję Wschodnią ze względu na jej  potencjał demograficzny, spuściznę historyczną oraz znaczenie gospodarcze. Kishore Mahbubani do świata euratlantyckiego zalicza takie organizmy polityczne jak: USA, Kanada, UE, Australia oraz Nowa Zelandia. Autor podkreśla, że cywilizacja ta, reprezentująca tylko 12% całej populacji, dominuje nad instytucjami światowymi i wykorzystuje je do realizacji własnych celów. Dlatego też, w jego opinii, właściwą reprezentacją Narodów Zjednoczonych powinno być Zgromadzenie Ogólne, a nie Rada Bezpieczeństwa[8]. Podobnie rzecz ma miejsce w grupie G8, która powinna przekształcić się w G20, gdyż nie należy lekcewazyć takich potęg ekonomicznych, jak: Indie, Chiny, czy Brazylia. Zachodnie media nie eksponują jednak faktu ciągłych porażek grupy G8 w radzeniu sobie ze światowymi wyzwaniami, natomiast same spełniają legitymizującą rolę w podtrzymywaniu iluzji o sensie istnienia tej organizacji w celu niesienia pomocy dla świata. W tym kontekście media zachodnie legitymizują dominację Zachodu w ujęciu globalnym[9].

Świat Islamu również nie musi być zagrożeniem, skoro znaczna część państw arabskich pokojowo koegzystuje z USA i UE. K. Mahbubani zarzuca Stanom Zjednoczonym, że nie próbują podjąć dialogu z Iranem, który mógłby się stać istotną siłą dla stabilizacji sytuacji w Iraku po wycofaniu się stamtąd zachodnich kontyngentów wojskowych[10]. Należy podkreślić, że Iran ma większy interes w kwestii stabilizacji sytuacji ze swym zachodnim sąsiadem niż USA, albowiem żaden kraj nie chce graniczyć z państwem w którym jest niestabilna sytuacja polityczna, „eksportując” miliony uchodźców do krajów sąsiednich, tworząc w ten sposób problem już nie tylko polityczny, ale i społeczny dla kraju, który tą falę przyjmie. Z tej samej przyczyny USA interweniują gospodarczo w Meksyku, aby zapobiec problemowi głodu. Nie wynika to z dobrego serca, lecz z chłodnej pragmatycznej kalkulacji.

Na poważną krytykę singapurskiego dyplomaty natrafia hipokryzja Stanów Zjednoczonych polegająca na głoszeniu ideologii demokracji w jednej części świata, a wspieraniu reżimów dyktatorskich w drugiej. Autor przypomina, że przez dziesiątki lat USA, mniej bądź bardziej oficjalnie, popierało reżimy prawicowe w krajach Ameryki Łacińskiej w  celu neutralizacji zagrożenia ze strony ugrupowań lewicowych, które zagrażały wpływom Stanów Zjednoczonych w tej części świata. Z bardziej aktualnych kwestii naświetlona została kwestia Uzbekistanu. Stany Zjednoczone głuchym milczeniem reagują na krwawą dyktaturę prezydenta Uzbekistanu Islama Karimowa, ze względu na fakt, iż Ameryce za bardzo zależy na korzystania z bazy lotniczej na terenie tego państwa, usytuowanego na północ od Afganistanu, do swej „krucjaty” przeciwko terroryzmowi. Wiąże się to również ze znaczna pomocą finansową.

W 2002 roku rząd USA przekazał rządowi Uzbekistanu ponad 500 mln dolarów, z których 120 mln zostało przeznaczonych na zaopatrzenie wojskowe, a 80 mln na wsparcie tajnych służb tego państwa, które pracują obok swoich „kolegów z CIA”. Poparcie USA dla Karimowa dyskredytuje Zachód w oczach świata, potwierdzając jego hipokryzję i relatywizm moralny[11]. Kishore Mahbubani prawie całkowicie lekceważy w swoich rozważaniach rolę Rosji, pozostawiając ją na peryferiach zasadniczej rozgrywki między: USA, Chinami, UE, Japonią a Indiami. Współczesną Rosję postrzega jako sojusznika Stanów Zjednoczonych, całkowicie lekceważąc koncepcję hipotetycznej konfrontacji Ameryki z kształtującą się osią Paryż-Berlin-Moskwa[12]. Czyżby autor nie dostrzegał ogromnego geopolitycznego znaczenie największego państwa na kuli ziemskiej, jedynego euroazjatyckiego imperium?[13]

Japonia przygotowuje się do nowego wyścigu, do trzeciej z kolei przemiany w swej nowożytnej historii. Podobnie jak w okresie rewolucji Meiji w 2 poł. XIX wielu oraz w pierwszych dziesięcioleciach po II wojnie światowej, „Kraj kwitnącej wiśni” dostosowuje swój system polityczny do zachodzących zmian na arenie międzynarodowej. W kontekście militarnym Japonia również zmierza do znacznych przewartościowań. Szeroko rozważany jest prewencyjny atak na Koreę Północną, jako członka „Osi Zła” oraz wejście do grona państw – posiadaczy broni jądrowej. Pojawiło się także hasło „zdrowego nacjonalizmu”, w odróżnieniu od niepopularnego terminu „państwowości” kojarzącego się z japońską ekspansją militarną w 1 poł. XX wieku. Planowana jest rewizja japońskiej konstytucji, aby uczynić ją mniej pacyfistyczną. Dodając do tego prężną i ciągle nowoczesną gospodarkę tego państwa, to wszystko wskazuje na fakt, iż Japonia może śmiało stanąć do wyścigu o supremację w Azji na równi ze swymi kontynentalnymi rywalami[14].

Istotny wydaje się również zarzut Mahbubaniego tyczący się izolacjonizmu Unii Europejskiej w  stosunku do pozostałej części świata[15], dający się zauważyć m.in. podczas braku reakcji UE na kryzys finansowy w Azji Wschodniej pod koniec ubiegłego wieku. Zresztą nawet ze swoimi bliskimi sąsiadami Europa nie jest w stanie zacieśnić współpracy (Turcja, Afryka Północna). Autor sugeruje, aby kraje UE wzięły przykład z Chin i ich współpracy ze Stowarzyszeniem Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), z którym to jeszcze niedawno pozostawały w konflikcie, a teraz rozwijają współpracę. Państwo Środka zaoferowało tym krajom nawet daleko idącą pomoc gospodarczą podczas kryzysu na giełdzie w 1997 roku[16]. Chiny i Indie przestały być potęgami regionalnymi, a stały się mocarstwami o zasięgu światowym. Z azjatyckiej perspektywy Unia Europejska jest anachronicznym zbiorem niewielkich państewek o nadmiernych ambicjach w stosunku do swoich możliwości. Dla Europy, cały czas zapatrzonej w swą historię, nowe wyzwania w rywalizacji z azjatyckimi potęgami zdają się być niedostrzegane i nieuświadomione[17].

Niewątpliwym walorem pracy Nowa półkula azjatycka jest spory materiał statystyczny ukazujący pod wieloma względami gigantyczny rozwój narodów Azji Południowo-Wschodniej. Przykładowo: mała chińska wioska rybacka Shenzhen wzrosła pod względem ludnościowym miedzy 1980 a 2005 rokiem z 30 tysięcy do 11 milionów. Jest to wynikiem wprowadzenia przez chińskiego przywódcę Deng Xiaopinga programu „tzw. czterech modernizacji” (rolnictwa, przemysłu, nauki i technologii oraz armii). Przebudzenie Azji da się zaobserwować w takich sferach jak: ekonomia wolnorynkowa, innowacyjność technologiczna, merytokracja, praworządność, kultura pokoju oraz system edukacji[18].

Mniej fascynacji na temat rozwoju ChRL i szans strategicznego przywództwa na linii Waszyngton-Pekin wykazuje Steven Mosher. Zdaniem tego autora nie prawdą jest, że Chiny są „skazane” na rozwój gospodarczy i nieodzowne zmierzanie gospodarki w kierunku przemian wolnorynkowych. Zarówno zbyt duże wydatki na obronę, jak i nieudolne zarządzanie gospodarką mogą w każdej chwili doprowadzić do recesji gospodarczej, a nawet załamania spoleczno-ekonomicznego. Ewentualny „wyścig za wszelką cenę” z potęgą gospodarczą USA może doprowadzić ChRL do zahamowania rozwoju gospodarczego i technologicznego, gdyż wymagać będzie wielu wyrzeczeń oraz uruchomienia specjalnych mechanizmów rynkowych.

Z drugiej strony na ewentualny kryzys w gospodarce chińskiej wpłynąć mogą zbyt duże nakłady na zbrojenia, które jak pamiętamy, przyczyniły się pośrednio do upadku innych imperiów (np. ZSRR). Autor również sprzeciwia się tezie jakoby stały wzrost gospodarczy miał się przyczynić do wzrostu demokracji w Państwie Środka. Samo powstanie klasy średniej, czy klasy prywatnych przedsiębiorców, nie musi wiązać się bezpośrednio z uzyskaniem przez nie władzy politycznej, ponieważ biurokracja kraju wcale nie musi się godzić na odpowiednie reformy. Poza tym Mosher wciąż utrzymuje, że system centralnego planowania wcale nie musi zostać odrzucony przez chińskie elity, które wciąż wieżą w jego wyższość nad „niewidzialna ręką rynku”[19].

Specjalną rolę pomostu do współpracy miedzy Wschodem a Zachodem wyznacza Kishore Mahbubani Indiom, jako państwu bardziej otwartemu na świat od Chin. Przy tak szybko rozwijającej się gospodarce wolnorynkowej i eksporcie tego kraju (czego symbolem stały się produkcje studia filmowego Bollywood, częściej oglądane przez świat, niż filmy swojego amerykańskiego odpowiednika), taniej sile roboczej oraz wielopłaszczyznowej współpracy z innymi regionami, mogą się one stać wzorcowym modelem nowoczesnego społeczeństwa XXI wieku[20]. Dzięki swojej otwartości Indiom udało się ostatnimi czasy znacznie polepszyć swoje stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, które zaczynają postrzegać je jako równorzędnego partnera do rozmów na terenie Azji (obok Rosjii Chin). Z drugiej strony poprawne stosunki z Indiami mają dać USA możliwość szachowania ChRL, którego rola strategicznego partnera Stanów Zjednoczonych w Azji, jaką zaczęło pełnić od 1979 r., została znacznie osłabiona[21].

Według Daniela Zbytka USA wcale nie musi budować koalicji przeciwko nikomu, ponieważ wciąż jest jedynym supermocarstwem światowym, a państwa rzędu Indii czy Chin są mocarstwami „drugiej ligi” i jeszcze długo będą musiały mieć na uwadze amerykański „globalny patronat”[22]. Indie po długim okresie współdziałania z Chinami, zakończonym konfliktem w 1962 r., zaczęły dostrzegać różnice dzielące ich od północno-wschodniego sąsiada. Dotyczą one m.in. dostępu do surowców strategicznych, roli jaką pełnią wśród innych państw azjatyckich oraz ekspansję ChRL w Tybecie, jak i jej pretensje do sporych obszarów należących do państwa indyjskiego. Znaczny rozwój potęgi Chin w ciągu ostatnich 20 lat zmusił Indie do szukania strategicznego partnera, jakim po upadku Imperium Sowieckiego stały się Stany Zjednoczone, co nie oznacza jednak, iż ostrze tego sojuszu skierowane jest w stronę Pekinu[23].

Wielka gra w Azji w XXI wieku toczy się o panowanie nad tymi samymi krajami,  o które chodziło wcześniej, jednak głównymi graczami są zupełnie inne kraje – USA i Chiny z jednej oraz Rosja i Indie z drugiej. Kolejnym graczem, który istotnie może pomieszać szyki podstawowych rozgrywających jest ruch fundamentalistyczny[24]. Rywalizacja toczyć się będzie głównie o dostęp do węglowodorów Azji Środkowej, nad którymi kontrola może znacząco wpłynąć na bezpieczeństwo energetyczne zainteresowanych państw. Zdaniem Daniela Zbytka nowa „wielka gra” w Azji Środkowej zakończy się podziałem stref wpływów miedzy USA a Chinami, z których każdy z nich dobierze sobie sojusznika, odpowiednio Indie oraz Rosję[25].

W tej rywalizacji o źródła energii będzie się również toczyć rywalizacja Indii z Pakistanem i Chinami. Pojawia się zagrożenie sojuszu na linii Islamabad-Pekin, co widać obserwując wieloletnią pogłębiającą się współpracę obu tych państw, zwłaszcza w zakresie technologii nuklearnej. Wyścig zbrojeń między Indiami a Pakistanem rozpoczął się w połowie 1998 roku, kiedy obie strony dokonały serii udanych eksplozji ładunków jądrowych. Od 2004 r. dysponują zaś rakietami średniego zasięgu mogącymi przenosić głowice nuklearne na terytorium wroga.

W doktrynie obu tych państw broń jądrowa pełni w zasadzie rolę czynnika odstraszania, nie wydaje się być prawdopodobnym, aby któreś z nich jej użyło. Do tego sporu dochodzi rywalizacja miedzy Pekinem a Delhi o sporne terytorium na terenie Indii – Arunchal Pradesh, przez Chiny uważane za własne. Indyjski minister obrony Fernandes odważył się nawet na publiczną wypowiedź w tej sprawie, stwierdzając na początku XXI wieku, że największym wrogiem Indii są Chiny[26]. Kishore Mahbubani podkreśla, że Azja nie wchodzi na scenę światowej historii jako nowicjusz, lecz na nią powraca po zaledwie dwustuletniej przerwie w roli globalnego centrum kultury i handlu. Kraje świata zachodniego muszą się pogodzić z tym, że po upadku ery kolonializmu czas ustąpić nieco miejsca swojemu znacznie starszemu bratu.

Źródło: „Geopolityka“ 2009, nr 1(2).

Na zdj. Kishore Mahbubani. Żródło: Wikimedia Commons


[1] Kishore Mahbubani urodził się w 1949 roku. Zajmuje się filozofią, historią i politologią. Obecnie wykłada na National University of Singapore, pełniąc tam jednocześnie funkcję dziekana Wydziału Służby Cywilnej. Wcześniej przez wiele lat pracował w singapurskiej dyplomacji, m.in. jako ambasador w USA. Pełnił też funkcję ministra spraw zagranicznych Singapuru. Jest znanym specjalistą od spraw Azji – jego komentarze i artykuły ukazują się na łamach takich pism jak „The New York Times”, czy „The Wall Street Journal”. Periodyk „Foreign Affrais” umieścił go na liście stu najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Z poprzednich publikacji Mahbubaniego należy wymienić: „Czy Azjaci potrafią myśleć” (2001) oraz „Poza wiekiem niewinności” (2005).

 

 

 

[2] K. Mahbubani, The New Asian Hemispher: The Irresistible Shift of Global Power to East, New York 2008.     

 

 

 

[3] Na temat roli Stanów zjednoczonych we współczesnym świecie oraz szans przyszłych rządów postneokonserwatywnych na naprawę dotychczasowych błędów w polityce zagranicznej USA zob.
Z. Brzeziński, Wybór: Dominacja czy przywództwo, Kraków 2004; Idem, Druga szansa, Warszawa 2008.

 

 

 

[4] C. Flint, Wstęp do geopolityki, Warszawa 2008, s. 50-56.

 

 

 

[5] A. Groś, Ewolucja idei bożego wybraństwa i posłannictwa narodu amerykańskiego, „The Pecularity of Man”, 2005, vol. 10, s. 55.

 

 

 

[6] Ibidem.

 

 

 

[7] Ibidem, s. 55.

 

 

 

[8] K. Mahbubani, op. cit., s.  243-251.

 

 

 

[9]  Ibidem, s. 42-43, 123-124, 242, 251-257.

 

 

 

[10] Ibidem, s. 204-216, 274-278.

 

 

 

[11] Ibidem, s. 109-111, 115-116.

 

 

 

[12] A. Barańska, Oś Paryż-Berlin-Moskwa w rozważaniach Henri de Groussovre’a, „Geopolityka” 2008, nr 1, s. 50-61.

 

 

 

[13] Szerzej na temat nowego geopolitycznego zagrożenia ze strony Rosji, zob. E. Lucas, Nowa zimna wojna, Warszawa 2008.

 

 

 

[14] J. Mondry, Powrót geopolityki. Europa, Ameryka i Azja u progu XXI wieku, Elbląg 2004, s. 75-85 oraz 108-110. Z kolei W. Overholt twierdzi, że Japonia przespała szansę na zostanie ekonomicznym hegemonem Azji Wschodniej w XXI wieku. Por.: W. F. Overholt, Asia, America and the transformation of geopolitics, New York 2008, s. XXXII-XXXIII.

 

 

 

[15] K. Mahbubani, op. cit., s. 216-278.

 

 

 

[16] Ibidem, s. 229.

 

 

 

[17] D. S. Zbytek, Azjatycka szachownica. Ameryka, Chiny, Indie, Pakistan, Warszawa 2008, s. 28.

 

 

 

[18] K. Mahbubani, op. cit., s. 51-99.

 

 

 

[19] S. W. Mosher, Droga Chin do dominacji, Warszawa 2007, s. 197-217.

 

 

 

[20] K. Mahbubani, op. cit., s. 165-166, 170-172, 239.

 

 

 

[21] Przełom w stosunkach między USA a Chińską Republiką Ludową datuje się na 27 II 1972 r. kiedy po wizycie amerykańskiego prezydenta w Chinach  stosunki pomiędzy tymi państwami weszły w okres względnej normalizacji. Kolejną fazą w ewolucji stosunków dyplomatycznych miedzy USA a Chinami był wspólny komunikat ogłoszony jednocześnie w Waszyngtonie i w Pekinie o nawiązaniu pełnych stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi a ChRL. Zob.: S. Pawlak, Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Chin 1956-1978, Warszawa 1982, s. 5-7.

 

 

 

[22] D. S. Zbytek, Strategiczne partnerstwo Indii i Stanów Zjednoczonych, [w:] „Nowe Sprawy Międzynarodowe” 2007, nr 1/32, s. 75-82.

 

 

 

[23] Idem, Azjatycka szachownica, s. 30-31.

 

 

 

[24] Ibidem, s. 21.

 

 

 

[25] Ibidem, s. 22-26.

 

 

 

[26] Ibidem, s. 135-149.

 

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u