Wewnętrzne przyczyny reorientacji amerykańskiej polityki zagranicznej

 

President_Barack_ObamaDaniel S. Zbytek
 
W dniu 20 stycznia 2013 roku, zgodnie z Konstytucją, Barak Hussain Obama złożył przysięgę prezydencką kładąc prawą dłoń, na Biblii swojej teściowej. Dzień później powtórzył tę przysięgę wobec setek tysięcy zgromadzonych wokół amerykańskiego Kapitolu, siedziby obu izb parlamentu, tym razem kładąc dłoń na dwóch Bibliach: jednej, należąca kiedyś do Prezydenta Abrahama Lincolna i drugiej, będącej własnością zamordowanego przywódcy czarnych obywateli USA, Martina Luthera Kinga. Symbolicznie połączył w ten sposób dwie amerykańskie tradycje: białą i czarną. Te tradycje są odmienne: wbrew oficjalnej wersji historii Stanów Zjednoczonych, historiografia obu społeczności jest odmienna: przodkowie jednych przyjechali z Europy dobrowolnie, szukając szansy ekonomicznej lub wolności dla swojej religii, przodków drugich przywieziono, jako niewolników w ładowniach statków. Czarni, bo takiego używają dziś samookreślenia (Murzyni, czyli angielskie „Nigger” zostało zdyskredytowane, a oficjalne określenie: „Afroamerykanie” niezbyt się przyjęło) stali się realnie równouprawnioną grupą ludności dopiero w ostatnich latach, dzięki swej wytrwałej walce, a symbolem ich zmagań stał się pastor Luther King.
 
Prezydent Obama posłużył się symbolicznie obu bibliami, podkreślając jedność amerykańskiego społeczeństwa. To równouprawnienie „czarnej” i „białej” Biblii jest też znakiem czasu: strukturalnych przemian, jakie zachodzą w Stanach Zjednoczonych.
 
Wyniki wyborów prezydenckich w 2012 roku są jednoznaczne – tylko 39% białej ludności głosowało na Obamę wobec 59% głosów oddanych na białego, multimilionera Rodney’a. Czarni w 93% oddali głosy na Obamę, także 71% Latynosów wolało czarnego kandydata. Czarni stanowią dziś około 12% ludności, Latynosi około 17%, i jest faktem, ze w znacznie większym procencie niż biali uczestniczyli w wyborach. Białemu kandydatowi zaszkodziło zarówno jego pogarda dla bezrobotnych, niezależnie od koloru skóry, a także jego mormońskie wyznanie, uważane przez innych chrześcijan za fałszywe (podobnie jak np. w Polsce stosunek do wyznawców Świadków Jehowy, którzy, podobnie jak Mormoni w USA, cenieni są za uczciwość, pracowitość, ale, może i w części ze względu na te zalety, nie cieszą się poważaniem katolików czy protestantów). Mitta Romney’a pogardliwe opinie o biednych Amerykanach (duży procent z nich to czarni i Latynosi), to, że żyją na koszt opieki społecznej, uwagi o ograniczeniu imigracji, szczególnie nielegalnej, co negatywnie zostało odebrane przez Latynosów, których większość przekraczała granicę nielegalnie.
 
 Obama to także Prezydent kobiet (głosowało na niego 55%, a mężczyzn tylko 45%), ludzi z wyższym wykształceniem (51%), Żydów (69%), katolików (50%) oraz homoseksualistów (76%). Na Obamę głosowali młodzi: 60% w wieku 18 – 29 lat i 52% w wieku 30 -44 lat. Im wyborcy starsi, tym większe poparcie miał kandydat republikański.
 
Azjaci w większości głosowali na Obamę – wynika to po części, że są oni stosunkowo świeżą społecznością, osiedlili się w większej liczbie po Drugiej Wojnie Światowej, bardzo, co prawda zróżnicowaną (Hindusi, Pakistańczycy, Koreańczycy, Wietnamczycy), ale spotykają się z dużymi negatywnymi uprzedzeniami białych. Rasizm białych wobec czarnych, Latynosów i Azjatów dopomógł Obamie pozyskać głosy tych społeczności.
 
Wzrost znaczenia mniejszości czarnej, Latynoskiej i azjatyckiej będzie rosnąć w przyszłości. Szacuje się, że w roku 2050 Latynosi stanowić będą 29% ludności Stanów Zjednoczonych, czarni – 13%, a Azjaci 9% – czyli łącznie ponad połowę wszystkich obywateli USA, czyli dotychczasowe mniejszości staną się większością, całkowicie zmieniając nie tylko społeczeństwo, ale także priorytety polityczne tego wielkiego kraju. Obecnie deklarowany zwrot USA w kierunku Pacyfiku ma głębokie uzasadnienie nie tylko w fakcie wzrostu znaczenia ekonomicznego Chin, Indii, Indonezji, Japonii, ale także i w tym, że ludność Stanów nie będzie miała takiego poczucia związków z Europą, jakie miała dotychczas.
 
Kolejny istotny czynnik, zmieniający społeczeństwo USA, to wzrost liczebny ludności, która określa się, jako „areligijna”. W 2012 roku stanowili oni 19,6 % ludności, będąc drugą, po katolikach (ok.25%), grupą „wyznaniową” ( w sumie więcej jest wyznawców różnych, często skonfliktowanych odmian protestantyzmu, dlatego statystyczne nie są traktowani jako jednolity podmiot, tylko oddzielnie; baptyści, anglikanie, purytanie, mormoni itd.) . W większości niewierzący (ok.15%) wykazują całkowity brak zainteresowania jakąkolwiek religią, pozostali określają się, jako ateiści bądź agnostycy. Ta grupa łącznie w szybkim tempie zwiększa swoją liczebność – jeszcze w roku 2007 szacowano ich liczbę na ok.15%., Ponieważ ponad 32% ludności areligijnej to młodzież (18 – 29 lat) zarówno udział, jak i znaczenie tej grupy będzie dalej rosło w szybkim tempie.
 
Skąd takie zmiany? Stany Zjednoczone uważane były za wyjątkowo religijny kraj świata, ilość uczestników różnych religijnych spotkań był masowy, porównywalny z zrachowaniami ludności „Trzeciego Świata” niż krajów rozwiniętych ekonomicznie: Europy, Japonii, Australii. Wynika to z faktu, że religijność amerykańska miała, i ma w dalszym ciągu, szczególnie wśród starszych, korporacyjny charakter –udział w niedzielnej mszy był jedyna często możliwością, że ludzie wychowani w odmiennych tradycjach kulturowych mogli się spotkać i mieć poczucie wspólnoty. Stąd mamy np. katolickie parafie latynoskie, koreańskie, polskie. Ludzie do nich uczęszczający przyjeżdżają z odległych części miast, choć mogą mieć za rogiem świątynię katolicką, ale dla obcych etnicznie. Rozwój komunikacji internetowych i sieci tzw. społecznościowych umożliwia stwarzanie takiego poczucia związku społecznego bez konieczności udziału w tradycyjnych zgromadzeniach religijnych. Okazało się, że msze, pielgrzymki, odpusty itp. miały przede wszystkim znaczenie wspólnotowe, a nie wyznaniowe.
 
Badania waszyngtońskiego Instytutu Pew Forum on Religion and Public Life dotyczące związków między poziomem dochodów a wykształceniem, wykazały, że najbardziej wykształconą grupą wyznaniową są: Hinduiści – ponad 75% wyznawców tej religii ma wyższe wykształcenie (właściwie, według polskiej nomenklatury, pomaturalne: college graduals). Drudzy w kolejności, co już jest zgodne z obiegową opinią, są wyznawcy reformowanego judaizmu (65%), dalej w kolejności konserwatywni judaiści (58%) i anglikanie (54%). Gdzież są nasi protestanci? Baptyści, Świadkowie Jehowy, Pentokostalsi i inni na nowo narodzeni chrześcijanie (ich najbardziej znanym przedstawicielem jest były prezydent W.Bush) – na końcu stawki – od 8% do 18% tych społeczności ma wyższe wykształcenie. Katolicy notują wskaźnik nieco powyżej średniej: ok.25%, bezbożnicy: 46%, podobnie jak buddyści i prawosławni. Ciekawe jest porównanie dochodów gospodarstw domowych. Związek między wykształceniem a dochodami jest oczywisty, ale religią i dochodami mniej jednoznaczny: w tym przypadku przodują wyznawcy judaizmu reformowanego (69% rodzin o dochodach powyżej 75 tys. dolarów rocznie), ale tuż za nimi hinduiści (68%). Na dnie zestawień lokują się ponownie wyżej wymienieni protestanci – kilkanaście procent rodzin o dochodach powyżej 75 tys. dolarów, znacznie poniżej średniej krajowej: 31%.
 
Z kolei, jeśli spojrzymy na dane obrazujące związek między przynależnością rasową a wyznawaną religią, to się okazuje, ze baptyści, lokujący się na dole zestawień: edukacji i wykształcenia, to w 92% czarni. Hinduiści to w 88% Azjaci, czyli ludzie pochodzący z Indii. Wśród katolików przeważają biali (65%), ale ten procent zmniejsza się w szybkim tempie na korzyść Latynosów.
 
Te zestawienia statystyczne uwidaczniają, że czynnik religijny jest ważny, ale nierozstrzygający. Wśród ludności białej niewątpliwie wyznawcy różnych form judaizmu i anglikanie, potomkowie pierwszych osiedleńców z Wielkiej Brytanii formują elitę wiedzy i pieniądza. W szybkim tempie dołączają do nich wyznawcy Siwy – już obecnie spośród nich rekrutują się najwybitniejsi uczeni, duża grupa prosperujących wolnych zawodów, najbardziej obrotni przedsiębiorcy. W maju 2011 roku najzamożniejsi z nich stoczyli zaciekłą wojnę na giełdach Nowego Jorku o wpływy na rynku funduszy najwyższego ryzyka, najbardziej dochodowych. Była to niemal wojna domowa, odbywała się między maklerami pochodzącymi z Azji Południowej.
 
Katolicy, muzułmanie, mormoni i luteranie to wyznania wielorasowe, pochodzące z różnych części świata. Wśród katolików mamy parafie tradycyjne, włosko- polsko- irlandzkie, następnie szybko rozwijające się latynoskie oraz koreańskie. Ten podział wyznawców według grup etnicznych potwierdza, ze czynnikiem różnicującym nie jest religia, a wspólnota kulturowa.
 
Murzyni, którzy w większości są protestantami, także są bardzo zróżnicowani. Liczna jest grupa wykształconych i zamożnych – ich najwybitniejszym przedstawicielem jest niewątpliwie Prezydent Barak Obama, ale widoczni są oni także w armii, biznesie – często na najwyższych stanowiskach. Czarna skóra nie przeszkodziła im w zrobieniu kariery zawodowej. Z drugiej strony mamy rozległe getta wielkich miast, gdzie jakikolwiek obcy traktowany jest z wrogością, a poruszanie się po zmroku dla osoby o białej skórze jest po prostu samobójstwem. Ludzie żyją tam od pokoleń, rzadko opuszczając rodzinne miasta. Widoczne jest tu odmienna postawa niż reprezentowana przez Latynosów, aktywnie przemieszczających się po całym kraju w poszukiwaniu pracy, widocznych na budowach, w obsłudze szpitalnej, służbie domowej, w handlu. Czarni nie są tak mobilni, zastygli w swoich lokalnych środowiskach.
 
Sukces wyznawców judaizmu w Stanach Zjednoczonych wynika przede wszystkim z sytuacji braku uprzedzeń religijnych w nowo tworzącym się społeczeństwie. O ile w Europie, z jej silnymi tradycjami feudalnymi i kastowymi, Żydzi zawsze byli postrzegani, jako zagrożenie dla elit władzy, to w Nowym Świecie każdy przybysz nie napotykał na ograniczenia macierzystego, europejskiego społeczeństwa – liczne odmiany wyznań chrześcijańskich, przeważające wśród kolonistów, koncentrowały się na zdobywaniu nowych wyznawców, a nie na walce z istniejącym systemem społecznym czy grupami ludzi wskazanymi przez elity polityczne, jako przyczyna wszelkich nieszczęść: Żydów, Katarów w Francji, Polaków na Ukrainie itd. W tym środowisku Żydzi byli tylko jedną z licznych grup, co umożliwiło im rozwój w oparciu o wartości, istotne dla wyznawców judaizmu – możliwość dyskusji z każdym autorytetem, nawet boskim, uznanie dla wiedzy i wykształcenia (badania  Jerry Z. Mullera w „Capitalism and the Jews”, Princeton University Press, 2011).
 
To, że te czynniki przyniosły sukces potwierdzają z kolei osiągnięcia społeczności hinduskiej w Stanach Zjednoczonych – hinduizm ze swej istoty nie zawiera jednej, nieomylnej „Świętej Księgi” spisanej wieki temu, ani rozbudowanego, hierarchicznego kleru, a wyznawcy mają prawo, a nawet obowiązek mieć własne zdanie o swojej drodze życiowej, dharmie, w życiu doczesnym i w kolejnym wcieleniu. We własnym kraju, nad Gangesem, te poznawcze możliwości hinduizmu wtłoczone były, i są, w ciasny gorset ścisłych reguł kast, do której każdy należy od momentu urodzenia. W Stanach Zjednoczonych nie ma kast, sukces lub klęska każdej jednostki jest rezultatem jej własnych wysiłków. Hindusi, podobnie jak Żydzi, wykazali, że uwarunkowania kulturowe, preferujące wiedzę, inicjatywność jednostki, są najbardziej wartościowym kapitałem pozwalającym na wygranie wyższej pozycji w społeczeństwie, które w niewielkim stopniu zważa na pochodzenie, nie oceniając ani nie wartościując jednostki zależnie od religii lub pochodzenia etnicznego.
 
Nie wszystkie grupy społeczne wykorzystują te możliwości. Ograniczenia kulturowe likwidują nawet te szanse, które formalnie stwarza religia – jak w przypadku protestanckich wyznawców murzyńskich gett czy polskich katolików, dla których nie religia, a wspólnota jest wartością kultywowaną przez pokolenia, a reguły wiary są martwą literą, procesyjnym ozdobnikiem.
 
Te rozliczne nowe grypy społeczne: religijne i etniczne, zmieniają amerykańskie społeczeństwo. Ludność o zachodnioeuropejskich korzeniach traci swoją dotychczas dominująca pozycję, wraz ze spadkiem liczebności, pozycji finansowej i wpływów. Władzę przejmują nowi, którzy jeszcze kilkanaście lat temu stanowili margines: czarni, kobiety, bezbożnicy, homoseksualiści, Latynosi i Azjaci.
 
Przemiany społeczne w Stanach Zjednoczonych powodują, że w najbliższych latach elity polityczne i ekonomiczne będą zdominowane w dużym stopniu z przedstawicieli pochodzenia latynoskiego i Azjatów. Ze starych członków elit pozostają przedstawiciele wyznawców judaizmu i protestantów Wschodniego Wybrzeża, ale nie będą oni mieli decydującego wpływu, jak to miało dotychczas. Ta nowa elita będzie miała ścisłe pragmatyczne podejście do Europy: liczyć się będzie jej potencjał gospodarczy, natomiast związki kulturowe, euroatlantyckie będą traktowane w najlepszym razie na tym samym poziomie, jak dorobek cywilizacyjny Azji i Ameryki Łacińskiej. Dla młodego pokolenia amerykańskich Żydów, także istotny jest azjatycki kraj: Izrael, uwikłany w relacje z arabskimi państwami Bliskiego Wschodu, a tragiczna historia europejskiego Holocaustu, będzie pamiętana, ale nie będzie czynnikiem kształtującym bieżąca politykę.
 
Amerykański pragmatyzm w dużym stopniu kształtuje ekonomia. W roku 2011 i 2012 (dane US Dept. Of Commerce, Bureau of Economic Analysis, Washington DC 13.03.2013) eksport Stanów Zjednoczonych do Unii Europejskiej był dwukrotnie wyższy niż do Chin ( 230 mld EU, 110 mld Chiny, źródło j,w.), ale import z Chin w połowie 2012 roku po raz pierwszy przekroczył poziom importu z Europy (II kw.2012 – z UE 96,3 mld US dol, z Chin 104,2 mld (źródło jak wyżej). Biorąc pod uwagę, że obroty z Japonią wynoszą ok. 140 mld dolarów, Korea Południowa ok. 80 mld, a Bliskim Wschodem ok 160 mld (przeważa import, ok. 100 mld USD w 2012), zrozumiałe jest, że rynki azjatyckie prezentują znacznie większy, i bardziej zróżnicowany rynek dla produktów amerykańskich, szczególnie inwestycyjnych. Obroty z UE od wielu lat utrzymują się na zbliżonym poziomie: ok.400 mld import, ok.280 mld eksport (czyli łącznie ok. 680 mld obrotów), to jest mniej, niż amerykańskie, zrównoważone, obroty z krajami Ameryki Łacińskiej – ponad 800 mld dolarów. Europa jest ponadto rynkiem konkurencyjnym dla wyrobów technicznie zaawansowanych, a niski poziom wzrostu dochodu narodowego (lub wręcz jego spadek w wielu krajach UE w ostatnich latach, z brakiem perspektyw, ze kryzys zostanie przełamany) nie stwarza popytu na dobra inwestycyjne, które są obecnie uważane za priorytet dla amerykańskiej polityki gospodarczej. Amerykańscy Azjaci w Azji, amerykańscy Latynosi w Ameryce Łacińskiej nie będą mieli trudności kulturowych, językowych na tych dynamicznie rozwijających się rynkach.

Problemy bezpieczeństwa atomowego (pięć państw atomowych w regionie: Chiny, Korea Północna, Pakistan, Indie, Izrael), dostępu do surowców, przede wszystkim energetycznych, spory terytorialne, islamizm i nacjonalizm, to szereg kluczowych problemów politycznych, jakie będą kluczowe dla Waszyngtonu w tym stuleciu. Reorientacja amerykańskich priorytetów politycznych z euroatlantyckich na azjatyckie jest koniecznością. Rosja, której powstrzymanie w latach „Zimnej Wojny” było fundamentem współdziałania Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, nie jest dziś, i nie będzie w najbliższych latach, supermocarstwem. Jej uzależnienie od eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego powoduje, że Europa, USA i kraje azjatyckie są koniecznym partnerem, jako rynek zbytu i dostawa maszyn i urządzeń dla przemysłu wydobywczego. Świat XXI wieku ukształtują kraje azjatyckie i Stany Zjednoczone.


[Autor jest byłym polskim dyplomatą; pracował m.in. na placówce w Indiach].
 

Komentarze

komentarze

stat4u