Stanisław Bieleń: Losy Krymu zostały przesądzone

VOA-Crimea-Simferopol-airportZ prof. Stanisławem Bieleniem* rozmawia Tomasz Szeląg

Onet: Panie profesorze, spróbujmy spojrzeć na prawo narodów do samostanowienia we współczesnym świecie…

Prof. Stanisław Bieleń: Gdyby konsekwentnie dążyć do realizacji prawa narodów do samostanowienia, to cała mapa polityczna współczesnego świata uległaby głębokiej dekompozycji. Można byłoby wyobrazić sobie świat, w którym Chiny, Australia, Meksyk, Kanada, a nawet Stany Zjednoczone rozpadłyby się na wiele niezależnych jednostek państwowych. Powstanie w Europie Padanii, samodzielnej Baskonii, Katalonii, Bretanii, Flandrii, Walonii czy Szkocji i Walii jako samodzielnych państw nie budziłoby niczyjego zdziwienia.

Wynika to z faktu, że współcześnie nie ma w zasadzie terytoriów monoetnicznych. Aż w ponad 9/10 niepodległych państw ich terytorium nie pokrywa się z terytorium etnicznym. Granice polityczne nie pokrywają się z granicami etniczno-kulturowymi, a wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy z reguły prowadzą do pogwałcenia prawa międzynarodowego.

Co zatem wyznacza granice prawa narodów do samostanowienia?

Granice prawa narodów do samostanowienia wyznacza przede wszystkim interes geopolityczny państw, które już istnieją. W wymiarze prawnym najważniejszym ograniczeniem jest zasada poszanowania integralności terytorialnej, ukształtowana w prawie międzynarodowym już w XIX wieku. Gdyby kategorycznie stosować zasadę integralności terytorialnej i pochodną wobec niej zasadę nienaruszalności granic, to samostanowienie nigdy nie byłoby możliwe. Należy więc traktować prawo narodów do samostanowienia jako wyjątek od zasady integralności terytorialnej.

A co z prawem do secesji?

Secesja generalnie pozostaje niedopuszczalna w świetle prawa międzynarodowego, jeśli zważy się, że większość współczesnych państw obstaje przy zachowaniu swojej integralności. Secesja może jednak dokonać się na drodze faktów dokonanych ("faits accomplis") i wtedy w drodze uznania międzynarodowego nowy podmiot może zostać włączony do obrotu międzynarodowego.

Warto zauważyć, że nie uzyskały uznania międzynarodowego zbrojne secesje, połączone przeważnie z obcą interwencją, których efektem było proklamowanie niepodległości Tureckiej Republiki Cypru Północnego, Górskiego Karabachu, Republiki Naddniestrzańskiej, Abchazji i Południowej Osetii. Tragiczne konsekwencje nieuznawania secesji widać było najbardziej na przykładzie Czeczenii w latach 90. ub. wieku.

Co więc robić z aspiracjami narodów pozbawionych niepodległości?

Interwencje z lat 90. (w b. Jugosławii, w Czeczenii, w Kurdystanie) podgrzały dyskusję wokół aspiracji narodów pozbawionych niepodległości i praw do terytorialnej suwerenności. Niepodległościowe roszczenia Palestyńczyków, Tybetańczyków, Ujgurów, Kaszmirów, Portorykańczyków, Zulusów czy Osetyńców i Abchazów tylko pozornie nie pozostawiają wątpliwości. Wiele z tych przypadków ma charakter niekolonialny, a zatem kontrowersyjny i trudny do zakwalifikowania. Jak traktować aspiracje niepodległościowe narodów żyjących w osobliwych tyglach, przemieszanych ze sobą? Który naród ma wówczas prawo stanowienia o sobie kosztem innego narodu?

Obawy, że mniejszościowe narody zechcą skorzystać z pełnego prawa do samostanowienia, czyli dokonać secesji, sprawiają, że odmawia im się nawet praw częściowych, na przykład do autonomii kulturalnej czy językowej. Tak postępują Bałtowie wobec ludności rosyjskojęzycznej czy Turcy wobec Kurdów. Wywołuje to rozmaite zarzewia konfliktów, nie likwiduje jednak ich podstawowej przyczyny. Dyskryminacja i obawy o swój los są zawsze czynnikami sprawczymi secesji.

Państwa demokratyczne poprzez respektowanie praw mniejszości narodowych mogą zapobiegać swojemu rozpadowi, jeśli potrafią zagwarantować równowagę wewnętrzną na zasadach autonomii. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z tendencjami odśrodkowymi, aż do skutku. Rozpad Jugosławii pokazał złożoność i dramatyzm położenia Serbów w Chorwacji, Chorwatów w serbskiej Krajinie, a także Albańczyków w różnych częściach dawnego państwa południowych Słowian.

Kalekie twory państwowe w postaci Bośni i Hercegowiny czy Kosowa pokazują, jak krucha jest podstawa ich egzystencji, jeśli opiera się ona na kolizji między prawem mniejszości etnicznej do secesji i prawem większości do kontroli całego terytorium.

Jak Pan ocenia sytuację wokół Krymu?

Atmosfera kryzysu nie sprzyja zrównoważonemu postrzeganiu problemu krymskiego, a także całego konfliktu na Ukrainie. Występuje zjawisko mispercepcji i szumu informacyjnego, świadomie wypacza się obraz sytuacji, zaś medialna ofensywa przeciw Rosji przypomina instrumentarium wojny psychologicznej z czasów rywalizacji międzyblokowej. W polityce i w mediach operuje się dezinformacją, na porządku dziennym są uproszczenia poznawcze i prymitywne kreowanie wizerunku wroga.

Zamiast szukać odległych analogii do Anschlussu Austrii, warto byłoby przypomnieć sobie sytuację sprzed kilku lat, gdy w 2008 r. proklamowano niepodległość Kosowa, odrywając je od Serbii i narażając się na sprzeciw Rosji. Już wtedy Zachód przygotował grunt pod oderwanie Osetii Południowej i Abchazji od Gruzji, a obecnie Krymu od Ukrainy.

Zachodnim politykom trudno przyznać się do błędnych decyzji, związanych z wykreowaniem i uznaniem Kosowa, podobnie jak obecnie brakuje im odwagi, aby poprzeć secesję Krymu, bowiem u podstaw myślenia leży antyrosyjska krucjata, w której prowadzeniu prym wiodą politycy polscy.

Czy secesja Krymu jest uzasadniona w świetle prawa międzynarodowego?

Celem zrozumienia złożoności sytuacji w przestrzeni poradzieckiej warto przywołać zasadę "uti possidetis" (niech pozostanie tak, jak dotychczas posiadacie), zastosowaną w odniesieniu do terytoriów, które albo były koloniami, albo częściami państw federalnych takich jak ZSRR czy Jugosławia. Oznacza to, że ludności żyjącej w określonych granicach odmówiono prawa swobodnego wyboru państwa, do którego chciałaby ona należeć. W tych przypadkach – rzec można – geopolityka wzięła górę nad prawem do samostanowienia.

Gdy rozpadał się Związek Radziecki, powszechnie było wiadomo, że poza granicami Federacji Rosyjskiej, która została jego prawnym i faktycznym sukcesorem, pozostała ogromna diaspora rosyjskojęzyczna, szacowana wówczas na ok. 25 mln ludności. Wielu obserwatorów sceny międzynarodowej już wtedy przewidywało, że wraz z narastaniem nacjonalizmów większościowych (narodów tytularnych) w republikach poradzieckich odżyje także tęsknota mniejszości rosyjskojęzycznej za powrotem pod "parasol ochronny" Rosji. Zwłaszcza że sama Rosja prowadzi w tym względzie aktywną etnopolitykę, deklarując ochronę swoich rodaków w państwach "bliskiej zagranicy".

Służy temu m.in. koncepcja ruskiego miru, odnosząca się do konsolidacji wspólnej przestrzeni kulturowej, wyznaniowej i językowej. Na tym tle sytuacja Krymu wręcz modelowo wpisuje się w logikę scenariusza secesyjnego. Gdy pod wpływem delegitymizacji dotychczasowej władzy politycznej w Kijowie doszło do ożywienia nastrojów separatystycznych na Krymie, trudno było oczekiwać innej postawy ze strony Rosji.

Na jej miejscu podobnie postąpiłyby wszystkie inne mocarstwa. Przykłady z przeszłości rozmaitych interwencji Stanów Zjednoczonych, także w obronie własnych obywateli, nie muszą stanowić usprawiedliwienia dla demonstracji siły ze strony Rosji, ale w obiektywnych analizach nie mogą być pomijane. Losy Krymu zostały więc przesądzone. Pozostaje otwartym, czy podąży on za przykładem innych quasi-państwowości na obszarze poradzieckim, czy też zadeklaruje wolę przystąpienia do Federacji Rosyjskiej.

Jakie lekcje wynikają z kryzysu krymskiego?

Biorąc pod uwagę złożoność i dynamikę procesów emancypacyjnych w dzisiejszym świecie, należy jak najszybciej przystąpić na różnych forach międzynarodowych, z udziałem wybitnych prawników i dyplomatów, do skonstruowania specjalnego kodeksu samostanowienia, który sprzyjałby wytyczeniu w miarę klarownych granic między prawem do decydowania o swoim losie różnych grup narodowo-etnicznych a zachowaniem stabilności dotychczasowych państw. Taka potrzeba wynika z konieczności zabezpieczenia podstawowych wartości ładu międzynarodowego, tj. pokoju i bezpieczeństwa, ale także indywidualnych praw i interesów wszystkich uczestników wspólnoty międzynarodowej.

Co konkretnie w takim kodeksie powinno się znaleźć?

Kodeks taki narzucałby państwom bardziej rozważne szafowanie uznaniem międzynarodowym wobec nowych jednostek polityczno-terytorialnych, które powinny spełniać określone warunki, m.in.:

– wyczerpać wszystkie możliwości pokojowego ułożenia się w ramach dotychczasowych wspólnot państwowych, na przykład na zasadach autonomii bądź federalizacji; przedwczesne uznanie nowego państwa byłoby równoznaczne z ingerencją w sprawy wewnętrzne starego;

– przeprowadzić "cywilizowany rozwód" na drodze plebiscytowej, przy uwzględnieniu pełnego poparcia ludności danego terytorium (osiągnięcie całkowitego poparcia byłoby postulatem czysto teoretycznym);

– zaakceptować demokratyczne wzory ustrojowe oraz międzynarodowe standardy w dziedzinie ochrony praw człowieka, w tym przede wszystkim gwarancje dla mniejszości etnicznych lub religijnych;

– przejąć wcześniejsze zobowiązania i ustalenia dotyczące granic państwowych;

– ustanowić międzynarodowy reżim kontroli, a w razie potrzeby, mechanizmy kolektywnej interwencji na rzecz zapobiegania przelewowi krwi i dyskryminacji mniejszości; takie interwencje byłyby podejmowane wówczas, gdy konflikty wewnętrzne groziłyby wywołaniem masowej fali uciekinierów i uchodźców, przekraczających granice i zakłócających stabilność sąsiadów.

Powyższe warunki nie mogą eksponować wymagań związanych z zasadą progu ("threshold principle"), tj. takiej wielkości terytorium i takiej liczby ludności, aby nowopowstająca jednostka geopolityczna miała choćby minimalne szanse spełniania funkcji państwa. Nie oznaczają one również, że każda secesja, nawet poprzedzona efektywną kontrolą władz politycznych i wojskowych nad określonym terytorium, zasługuje na poparcie z punktu widzenia współczesnych wymogów dotyczących samostanowienia.

Pozostaje oczywiście otwarte pytanie, komu przysługiwałoby prawo egzekwowania powyższego zestawu zasad, zważywszy na słabość dotychczasowych instytucji uniwersalnych i regionalnych. Doświadczenia ONZ w zakresie wysłania wojsk do północnego Iraku przeciw Saddamowi Husajnowi, przy całkowitej bierności wobec Turcji, która zniszczyła zdobytą wtedy autonomię kurdyjską, niepodnoszenie w ogóle kwestii czeczeńskiej, a także niepowodzenie operacji pokojowych w b. Jugosławii nie napawają optymizmem. Do tego dochodzą rozmaite porażki tzw. interwencji humanitarnych w Afganistanie, Somalii, Czadzie czy Sudanie.

Dziękuję za rozmowę.

 

Źródło: wiadomosci.onet.pl

(przedruk za zgodą Autora)

***

*Prof. Stanisław Bieleń – doktor habilitowany nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, specjalność: stosunki międzynarodowe. Zatrudniony w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego na stanowisku profesora nadzwyczajnego. W latach 1984-1987 i 2002-2008 zastępca dyrektora Instytutu, w latach 1993-1999 i 2008-2012 – prodziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Od 1999 roku redaktor naczelny czasopisma "Stosunki Międzynarodowe-International Relations". Zajmuje się polityką zagraniczną Rosji, polityką wschodnią Polski, a także problemami tożsamości i procesami negocjacyjnymi w stosunkach międzynarodowych. Autor wielu książek, w tym: "Tożsamość międzynarodowa Federacji Rosyjskiej" (2006); "Polityka w stosunkach międzynarodowych" (2010); "Negocjacje w stosunkach międzynarodowych (2013). Redaktor naukowy wielu prac zbiorowych: "Polska w stosunkach międzynarodowych" (2007); "Polityka zagraniczna Rosji" (2008); "Rosja w okresie prezydentury Władimira Putina" (2008); "Stosunki Rosji z Unią Europejską. Otnoszenija Rossiji z Jewrosojuzom" (2009); "Rosja. Refleksje o transformacji" (2010); "Polityka zagraniczna Polski po wstąpieniu do NATO i do Unii Europejskiej. Problemy tożsamości i adaptacji (2010); "Wizerunki międzynarodowe Rosji" (2011); "Poland’s Foreign Policy in the 21st Century" (2011); "Geopolityka w stosunkach polsko-rosyjskich" (2012); "Rosja w procesach globalizacji" (2013). Członek Rady Naukowej Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, laureat nagrody głównej w konkursie Książka Geopolityczna Roku 2012 (wraz z prof. Andrzejem Skrzypkiem) za książkę pt. "Geopolityka w stosunkach polsko-rosyjskich".

Fot. Wikimedia Commons

Komentarze

komentarze

stat4u