Tomasz Gabiś: Stańczyk jako konserwatywny intelektualista

StanczykTomasz Gabiś
 
Któż nie zna Stańczyka – błazna trzech królów uwiecznionego na płótnach Jana Matejki. Ta postać stała się już nieodłączną częścią naszej narodowej tradycji i mitologii. „Błazen osobliwy” i „rycerz prawdy” w jednej osobie, szyderstwo i kpina połączone z polityczną przenikliwością, politycznym realizmem, wyczucie niezmiennego rytmu historii zamaskowane drwiną i żartem – oto Stańczyk, czyli ten, co mówi prawdę, której kanclerz nie chce, a kaznodzieja nie śmie, powiedzieć.
 
Na obrazie Matejki, mówił Michał Bobrzyński:
„przez otwarte w głębi podwoje widać wesołe pląsy; w rozkosznych tonach muzyki, w wirze uciech i zabaw dwór królewski zapomniał o jutrze. Ale ten dzień jutrzejszy, bo zabawa do wczesnego rana się przeciągnęła, nadszedł już, brzask jego poranka wpada przez szerokie weneckie okno do komnaty na pierwszym planie obrazu. Na stole leżą otwarte listy, a nad nimi w posępnej zadumie siedzi ubrany w strój błazeński Stańczyk. Owe listy przyniosły nieszczęsną wieść o wzięciu Smoleńska przez Moskwę. Jeden trefniś królewski odczuł tę klęskę i doniosłość jej ocenił, on jeden wyrwał się z wiru zabawy, rzucił na krzesło w przybocznej komnacie i sercem wezbranym goryczą, okiem pełnym boleści patrzy w przyszłość”.
 
I dalej pisze Bobrzyński o „Hołdzie pruskim”:
 
„Cały przepych na jaki mogło się zdobyć wielkie państwo w epoce Odrodzenia roztacza się na płótnie Matejki przed naszymi oczami. Wszystkie osobistości historyczne olśnione są wspaniałością aktu, w którym uczestniczą i do uświetnienia, którego służą. (…) Ale oto u stóp króla zasiadł na estradzie Stańczyk i znowu on jeden zamiast zapał powszechny podzielać, zamknął się w sobie i patrzy przed siebie, ale nie na wspaniałą ceremonię, nie na otaczające go tłumy ludzi, on patrzy w przyszłość i widzi ją tak straszną, tak przerażającą, jaką my dzisiaj w porównaniu z chwilą hołdu pruskiego widzimy. Trefniś królewski dźwiga tu na swoich barkach cały sąd historii. Na pierwszym obrazie on jeden odczuł klęskę, na ostatnim on jeden zwycięstwo, że było pozornym, zrozumiał”[1].
 
Stańczyk jest prawzorem konserwatywnego intelektualisty, który pod migotliwą powierzchnią zjawisk dostrzega zawsze te same konstelacje, w chaosie zmian rozpoznaje to, co stałe i niezmienne; nieskłonny jest do łatwych uniesień, bo zna niedoskonałość ludzkich dzieł i kruchość ludzkich dokonań. Wie, iż pod salą balową może nagle otworzyć się przepaść, a woskowany parkiet może zalać się krwią. Stańczyk jest intelektualistą obserwującym świat i ludzi, i wypowiadającym o nich swoje gorzkie prawdy. Żyje w kręgu władzy, ale zawsze poza sferą, w której podejmuje się decyzje. Królewski błazen widzi jak umiera władca a na tron wstępuje jego następca; tak było, jest i będzie, zmieniają się osoby, lecz istota władzy pozostaje niezmienna. Obserwuje ludzi, którzy z dołu chcą wspiąć się na górę i tych, którzy z góry nie chcą zejść na dół. Widzi intrygi, walkę o władzę i wpływy, grę ambicji, namiętności i interesów. Widzi tych, co wczoraj byli wielcy, a dziś zmaleli przez wyroki losu, widzi potężnych, którzy upadli, opromienionych chwałą, których upokorzono. Widzi faworytów w niełasce, wywyższonych strąconych w dół, metresy pokonane przez piękniejsze i młodsze rywalki, artystów obsypywanych złotem i porzuconych bez litości.
 
Patrzy na gładkie twarze ambasadorów i posłów wiedząc, że ich “przyjaźń” jest tylko maską przebiegłości. Stańczyk zna słabości potężnych, niecierpliwość wytrwałych, wściekłość spokojnych. Wie o bólu upokorzonych, o zawiedzionych nadziejach ambitnych. Zna zawiść i nienawiść, gniew i miłosne namiętności, zna skryte niepokoje i ukryte sprężyny ludzkich działań. Obserwuje z bliska mechanizmy władzy, wie o sztuce rządzenia więcej niż inni, trafniej niż inni rozpoznaje polityczną rzeczywistość, widzi dalej i lepiej.
 
Dlaczego więc, zapyta ktoś, ucieka do „przybocznej sali”, dlaczego szuka samotności zamiast próbować w ten lub inny sposób dostać się w krąg realnej władzy, odwrócić nieszczęścia zagrażające państwu, zapobiec katastrofie, która nadchodzi? Nie, właśnie tego Stańczyk zrobić nie może. Realna władza jest bowiem czymś innym niż wypowiadaniem prawdy. Jest podejmowaniem decyzji i ponoszeniem odpowiedzialności, a tego Stańczyk nie potrafi. W świecie władzy słowo jest czymś całkowicie odmiennym niż w świecie intelektu. Tu słowo waży tysiąckrotnie więcej, oznaczać może życie lub śmierć, wojnę lub pokój, walkę lub kapitulację. Stańczyk „na tronie” nadal głosiłby swoje prawdy nie rozumiejąc, że nie to jest jego zadaniem i nie tego od niego oczekują. W świecie słowa wszystko jest ulotne, jedni rozumieją je tak, drudzy inaczej, zawsze istnieje możliwość zaprzeczeń. Ale miecz, który uderza, zmienia rzeczywistość na zawsze, a krew na nim osiadła nigdy już nie będzie pulsować w żyłach.
Cóż z tego, że zna się prawdę i wie więcej niż inni, gdy przychodzi czas podejmowania decyzji najwyższej wagi i przyjęcia za nie odpowiedzialności. Rządzenie żywymi ludźmi to inna sztuka niż panowanie nad ideami i zmuszanie słów do uległości. Piękna to rzecz być „rycerzem prawdy”. Ale „rycerz prawdy” zawiedzie, gdy zechce być „rycerzem prawdziwym”. Gdy natrą na niego zbrojni, zawaha się; zanim dobędzie miecza, sto myśli przebiegnie mu przez głowę, sto dobrych rad mu się przypomni. I to wystarczy, by przegrał.
 
Dla Stańczyka „na tronie” jego „nadmierna” mądrość stanie się przekleństwem, jego inteligencja nie zastąpi instynktu władzy, sparaliżuje go lęk przed odpowiedzialnością, podjęcie decyzji będzie dla niego męczarnią. Wrzucony w skłębioną rzeczywistość realnych działań i namiętności, bezbronny wobec siły rzeczywistych wrogów, niezdolny do przeforsowania swej woli będzie jedynie żałosną karykaturą władcy. Będzie powtarzał: prawda, prawda i tylko prawda, ale nikt nie będzie go słuchał. Przedtem on drwił z innych, teraz inni będą drwić z niego, przedtem podziwiano go, bano się lub oklaskiwano, teraz sam stanie się przedmiotem kpin i złośliwości. Przywykły do samotności nie zyska sojuszników, nie przyzwyczajony do wydawania poleceń zrani jednych a rozśmieszy drugich, raz będzie nazbyt łagodny, raz nazbyt brutalny, jednym zezwoli na poufałość, drugich urazi.
Mądrość Stańczyka na tym przede wszystkim polega, że zna swoje powołanie konserwatywnego intelektualisty, który lepiej niż inni (niż władcy nawet) zna mechanizmy władzy, ale odrzuca pokusę bezpośredniego jej sprawowania; który pełniej niż inni pojmuje zasady obowiązujące w sferze politycznej, ale do niej nie wkracza, bo wie, że nie sprostałby wymaganiom, które tam obowiązują.
 
Swoje powołanie rozumie jako obserwowanie i interpretowanie rzeczywistości, jako mówienie prawdy o świecie i ludziach a niekiedy służenie księciu radą. Jeśli zaś walczy, to mieczem szyderstwa i sztyletem drwiny; jego dowcip i poczucie humoru potrafią rozbroić także tych, którym nie podobają się jego prawdy. Wykluczony ze sfery, gdzie włada się ludźmi, nie zazna chwały i ciężaru władzy, ale satysfakcję może czerpać z tego, że wie. Wie, bo zajmuje najlepszy punkt obserwacyjny: w oku cyklonu. Tam, gdzie panuje spokój i cisza.
 
 
Źródło: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” 1993, nr 18.
 
 

 


[1] Stańczyk, Odczyt publiczny Michała Bobrzyńskiego miany w Krakowie dnia 24 lutego 1883, Kraków 1883.
 
 
 
 
 
 
 

 

Komentarze

komentarze

stat4u