Jan Stec: Spojrzenie na polską politykę wschodnią

Ministry_of_Foreign_Affairs_of_UkraineJan Stec

I.      Ukraina

Po raz kolejny polskich polityków różnej klasy i proweniencji ogarnęła „gorączka ukraińska”. Rozmowy, wywiady, wizyty, a w ich trakcie pouczanie, że nareszcie Ukraina obiera właściwą drogę itp. Symptomatyczne są zwłaszcza cykliczne pielgrzymki b. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który stara się jak może najgorliwiej wypełniać zadania postawione mu w Brukseli. A chodzi przede wszystkim o to, aby Ukraina podpisała wreszcie umowę stowarzyszeniową z UE. Ukraińcy jednak wciąż się wahają, choć ostatnio ekipa Wiktora Janukowycza zaczyna się skłaniać do takiej właśnie opcji. Ten zwrot spowodował cudowne wręcz ozdrowienie b. premier Julii Tymoszenko, która nie jest aktualnie potrzebna, chociaż z przyczyn propagandowych lepiej, aby została zwolniona z więzienia.

W sytuacji jaka wytworzyła się wokół Ukrainy nieuchronnie powracają dwa pytania:

1)   Jaki jest stan aktualny i perspektywy rozwoju stosunków polsko-ukraińskich?

2)   Czy Rzeczpospolita Polska ma możliwości i jest w stanie prowadzić w miarę samodzielną politykę wschodnią?

Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa. Ale na początek pewna dygresja. Otóż kilkanaście lat temu będąc na spotkaniu z prof. Zbigniewem Brzezińskim zapamiętałem szczególnie takie oto dwa sformułowania:

– tłumaczcie waszym rządzącym, że sojusznik to nie znaczy satelita (w spotkaniu brała udział liczna grupa posłów i senatorów);

– pamiętajcie, że Rosji nigdy nie należy stawiać w takim położeniu, że nie ma ona gdzie się cofać.

Co do pierwszego stwierdzenia to niestety z sojusznika staliśmy się satelitą i to nie pierwszej kategorii. Satelitą, którego kolejne ekipy kierujące państwem gorliwie, z pełnym zaangażowaniem wykonują dyrektywy napływające zza oceanu, a w dalszej kolejności z Brukseli. Odnośnie drugiego problemu, to istotnie Rosja jest systematycznie spychana na pozycje, z których dalej cofać się nie sposób, a państwo nasze ma w tym znaczący udział.

A teraz niektóre problemy z dziedziny stosunków polsko-ukraińskich.

Od samego początku po odzyskaniu niepodległości zaznaczyły się na Ukrainie ostre podziały wewnętrzne dotyczące szczególnie polityki zagranicznej oraz strategii rozwoju państwa, a mianowicie:

– Ukraina Zachodnia ze szczególnym uwzględnieniem terenów należących kiedyś do II Rzeczypospolitej, zdominowana przez ugrupowania prawicowo-nacjonalistyczne programowo antyrosyjskie, ale również, a może jeszcze bardziej antypolskie.

– Ukraina Wschodnia (Zadnieprze) o wyraźnej przewadze ugrupowań liberalno-demokratycznych zorientowanych na utrzymanie silnych powiązań gospodarczych, ale także i politycznych z Rosją.

Jeśli chodzi o polskie ekipy rządzące to przez całe minione dwudziestolecie demonstrowały one niezmiennie poparcie dla ugrupowań nacjonalistycznych. Apogeum tego nastąpiło w latach 2004–2010, w okresie walki o władzę a następnie prezydentury Wiktora Juszczenki.

W szczytowym okresie tzw. „pomarańczowej rewolucji” przerzuciliśmy na Ukrainę co najmniej 2,5 tys. doradców, obserwatorów, różnej maści specjalistów od propagandy itp., mających wspierać obóz W. Juszczenki. Z Warszawy do Kijowa ruszyły kolumny TIR-ów z żywnością i innymi środkami dla demonstrantów okupujących tzw. „Majdan”.

Niedługo po wygranych wyborach ekipa Juszczenko-Tymoszenko w całej pełni ujawniła swój stosunek do Polski. Już w 2006 roku ukazał się dekret prezydencki uznający UPA za ruch narodowo-wyzwoleńczy, a członków OUN-UPA za uczestników walk o wolność Ukrainy. W 2010 roku prezydent Ukrainy nadał Stepanowi Banderze tytuł „Bohatera Ukrainy”. Jednocześnie jak grzyby po deszczu pojawiło się setki pomników, tablic itp., upamiętniających bohaterskie czyny UPA. Pojawiły się też obficie wielkonakładowe opracowania oraz inne materiały propagandowe z tej dziedziny skierowane głównie do młodzieży.

To był nie tylko problem zrealizowania obietnic wobec elektoratu, ale i wyraz własnych poglądów otoczenia prezydenta. Wcześniej już W. Juszczenko, jeszcze jako prezes Narodowego Banku Ukrainy oraz deputowany do Rady Najwyższej brał udział w uroczystym odsłonięciu w Zbarażu i w Równem pomników kata Wołynia Dmytra Klaczkiwśkiego (ps. Kłym Sawur). I oto ten polityk zostaje uhonorowany w Polsce:

– Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski,

– Orderem Orła Białego,

– tytułem honoris causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej oraz KUL-u.

Trudno o bardziej wyrazisty przykład zakłamania i ślepoty politycznej. 

Po przegranej Juszczenki w wyborach prezydenckich i zmianie ekipy rządzącej w Polsce niewiele się zmieniło. Ciągłe pouczanie na najwyższych szczeblach co dla Ukrainy jest dobre a co złe, histeria na tle Julii Tymoszenko itp.

Jest rzeczą oczywistą, że w tych warunkach nie mogło być mowy o przełamaniu postaw wzajemnej niechęci, czy wręcz wrogości. Kluczem jest tu oczywiście sprawiedliwa, wyważona ocena tragicznych wydarzeń z lat 1942–1947. W tej sprawie uczyniono co prawda szereg gestów polityczno-propagandowych, ale nie zmieniło to faktu, że obie strony podtrzymują swoje bardzo rozbieżne oceny tych zdarzeń. Prawdziwe zbliżenie, więc nie nastąpiło.

Problem, który z reguły jest u nas przemilczany, to wyraźny wzrost wpływów ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych, wręcz faszyzujących, szczególnie na Ukrainie Zachodniej. Dotyczy to niestety młodego pokolenia. Wejście do ukraińskiego parlamentu znacznej reprezentacji skrajnie nacjonalistycznej partii „Swoboda”, rasistowsko-nacjonalistyczne ekscesy we Lwowie, Kijowie i innych miastach, zalew faszyzującej literatury propagandowej to tylko niektóre oznaki wzbierającej fali ekstremizmu.

I tu taka uwaga. W Niemczech działa kilka niezbyt licznych, choć bardzo głośnych grup neonazistowskich. Ale nikomu nie przychodzi do głowy, aby stawiać pomniki, tablice itp. ku czci Goebbelsa, Heydricha czy Bormanna. Na Ukrainie jest to możliwe w majestacie prawa. Istniejące i wciąż powstające pomniki Bandery, Szuchewycza czy Klaczkiwśkiego stają się dla młodego pokolenia miejscami kultu.

Wydawać by się mogło, że po tragicznych wydarzeniach II wojny światowej, decyzjach z Jałty i Poczdamu, nie ma między Polską a Ukrainą żadnych problemów granicznych. A jednak w maju b.r. deputowana do Rady Najwyższej Ukrainy z partii „Swoboda” Iryna Farion wystąpiła w imieniu partii z oświadczeniem, w którym czytamy, że Polska okupuje 19,5 tys. km2 etnicznych ziem ukraińskich (Łemkowszczyzna, Podlasie, Nadsanie, Chełmszczyzna itd.). Autorka odwołuje się do tradycji banderowskich używając między innymi terminu „Zakerzonie” (obszar na zachód od linii Curzona). Nie należy się temu zbytnio dziwić. Przecież jeden z najbardziej znanych współcześnie historyków ukraińskich Mykoła Łytwyn w książce pt. Ukraińsko-polska wojna lat 1918–1919 wydanej we Lwowie przez Ukraińską Akademię Nauk, tak pisze w końcowej jej części: „… zjednoczenie [ziem ukraińskich] w latach 1939–1945 okazało się także nie zakończone, ponieważ część odwiecznych ziem ukraińskich – Chełmszczyzna, Podlasie, miasta: Przemyśl, Jarosław, Rzeszów – z woli ojca wszystkich narodów została podarowana Polsce”. Tak pisze naukowiec uznawany za umiarkowanego, kierujący z ramienia UAN Centrum Badań Stosunków Polsko-Ukraińskich we Lwowie.

Powyższe wypowiedzi można by potraktować jako nieodpowiedzialne mrzonki, gdyby nie to, że mówią to ludzie mający za sobą poparcie określonych kół politycznych i grup społecznych (partia „Swoboda” zdobyła w ostatnich wyborach ponad 10 % głosów).

Niedostrzeganie bądź bagatelizowanie zjawisk odradzania się skrajnego nacjonalizmu, a nawet faszyzmu tuż za naszymi granicami jest ogromnym błędem.

Gra o Ukrainę wchodzi być może w decydującą fazę. Oczywistym jest, że nie chodzi tu tylko o potencjał ludzki i gospodarczy drugiego co do wielkości członu obszaru postradzieckiego, ale także – a może przede wszystkim – o odgrodzenie Rosji od Europy, a tym samym o poważną zmianę układu geopolitycznego w tej części Starego Kontynentu. W tej grze jesteśmy niestety tylko wykonawcami decyzji i dyrektyw, które zapadają poza naszymi granicami.

Reasumując, niezależnie od tego czy Ukraina zdecyduje się czy też nie na stowarzyszenie z UE, a w dalszej perspektywie i z NATO nasze wzajemne stosunki pozostaną zapewne chłodne. Z jednej strony bowiem mamy do czynienia ze wzrastającymi w siłę ugrupowaniami nacjonalistycznymi tradycyjnie już antypolskimi, a z drugiej z nieufnymi i uprzedzonymi do Polski siłami politycznymi sprawującymi obecnie władzę, których sternicy dobrze zapamiętali wieloletnie osłabianie i dyskredytowanie ich przez polskie elity rządzące. Jeśli do tego dodamy utrzymujące się głębokie różnice w ocenie historii najnowszej obydwu narodów, innej diagnozy niż powyższa być nie powinno.      

II.  Rosja

Jeśli chodzi o politykę wschodnią Rzeczypospolitej to jej cechą najważniejszą jest jej niesamodzielność. Od lat dwudziestu nasze działania polityczne a także gospodarcze i inne w stosunku do państw Europy Wschodniej kreowane są przede wszystkim w oparciu o dyrektywy i sugestie przekazywane zza granicy. Drugą cechą, która determinuje nasze poczynania polityczne na tym obszarze jest antyrosyjskość. Decyzja o wyborze Polski jako forpoczty wielokierunkowych działań zmierzających do osłabienia geopolitycznej pozycji Rosji w Europie okazała się w pełni słuszna z punktu widzenia inspiratorów owych działań.

Decydowały i decydują do dziś dwa warunki:

– pełna dyspozycyjność władz polskich (niezależnie od opcji politycznej) do wykonywania dyrektyw i zaleceń w tym przedmiocie opracowywanych za granicą;

– utrzymujące się w społeczeństwie polskim (a przynajmniej w znacznej jego części) nastroje antyrosyjskie wynikające głównie z doświadczeń historycznych.

A oto niektóre przykłady działań praktycznych:

1) Wielokierunkowe wsparcie dla działań separatystów islamskich na Kaukazie. Utrzymuje się ono do dziś aczkolwiek w mniejszym zakresie i w bardziej zawoalowanej formie.

2) Ciągłe wspomaganie w działaniach dyplomatycznych i propagandowych opcji antyrosyjskiej na Ukrainie.

3) Brak oceny i reakcji na rozwijające się na Ukrainie i w krajach nadbałtyckich ruchy skrajnie nacjonalistyczne często o wyraźnie faszystowskim zabarwieniu. Powód bo są one skrajnie antyrosyjskie.

4) Bezkompromisowe poparcie awantury wojennej M. Saakaszwilego w 2008 roku oraz próba tworzenia przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego jednolitego frontu antyrosyjskiego z udziałem Polski, Ukrainy, Gruzji i państw nadbałtyckich.

5) Próby przeciwdziałań realizacji strategicznych inwestycji na kierunku Rosja-Europa Zachodnia (Gazociąg Północny itp.).

6) Wydawanie znacznych środków na utrzymanie instytucji działających w kierunku destabilizacji sytuacji politycznej na Białorusi (TV Biełsat itp.).

Odrębny problem stanowi zapewnienie swobody działania i wspieranie różnorodnych instytucji, stowarzyszeń, fundacji itp. zajmujących się propagowaniem tzw. praw człowieka, swoiście pojętej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego na wschodzie, traktowanych tam jako elementy osłabiające skuteczność działań organów państwowych.

Do wymienionych wyżej metod i kierunków działania dostosowywana jest polityka informacyjna oddziałująca na własne społeczeństwo. Jest ona jednoznacznie antyrosyjska. Jeśli byśmy dokonali pobieżnej choćby analizy wiadomości, komentarzy itp. dotyczących Rosji, a przekazywanych w głównych kanałach TV Polskiej w określonym okresie czasu, to stwierdzimy, że 70–80% z nich jest jednoznacznie krytycznych, zaś ilość w pełni pozytywnych nie przekracza 10%. Stąd wniosek, że w Rosji dzieje się źle albo bardzo źle. Jeśli nawet przekazywane fakty i zdarzenia są prawdziwe to opatruje się je ironicznym, a często i złośliwym komentarzem. Oczywistym jest, że do tego potrzebni są odpowiedni ludzie, stąd specyficzny dobór dziennikarzy pracujących na tym kierunku (kłania się red. Barbara Włodarczyk).

A oto niektóre ulubione tematy naszych korespondentów:

– manifestacje, zgromadzenia, pikiety itp. o charakterze antyrządowym;

– represje w stosunku do czołowych aferzystów (Chodorkowski, Lebiediew, Bykow itd.) czy też różnego rodzaju awanturników politycznych typu S. Udalcowa, którzy z natury rzeczy są ofiarami naruszania praw człowieka;

– stosunek do mniejszości seksualnych;

– restrykcje w stosunku do organizacji pozarządowych finansowanych przez zagraniczne ośrodki;

– wybory wszelkiego rodzaju, które z natury rzeczy są sfałszowane, albo co najmniej niedemokratyczne, mimo tego, że ekipy zagranicznych obserwatorów nie stwierdzały tychże naruszeń;

– akty terroru i zaburzenia na tle narodowościowym.

Listę tę można by rozszerzać, ale warto może wspomnieć o sprawie, w której granice absurdu zostały przekroczone. Otóż od wielu tygodni TV publiczna systematycznie informuje o warunkach odbywania kary przez kilka kobiet z głośnego zespołu Pussy Riot skazanych na niewielkie zresztą kary za zamierzone zbezczeszczenie świątyni w Moskwie. To naprawdę jest problem.  

Przyczyna przytoczonych działań jest oczywista. Dla szeroko pojętego Zachodu, a zwłaszcza dla USA nie jest potrzebna Rosja dobrze i sprawnie rządzona o skonsolidowanym społeczeństwie. Potrzebna jest Rosja z okresu Borysa Jelcyna. Rosja o narastających konfliktach narodowych z wszechogarniającą korupcją i bezkarnością oligarchów. Rosja z milionami gastarbeiterów i Rosjankami uprawiającymi prostytucję przy zagranicznych traktach. Ta Rosja, z której bezkarnie można było wywozić miliardy dolarów bez kontroli. Dlatego tak ostro i bezkompromisowo zwalczani są ci, którzy podnieśli upadające mocarstwo z kolan i usiłują go zreformować.

Ale czy my Polacy mamy w tym jakiś interes, aby ten proces osłabiać? Oczywiście, że nie. Aktualnie rysuje się pilna potrzeba normalizacji i poprawy stosunków wzajemnych.

Paradoksalnie dobrą okazją do ocieplenia wzajemnych stosunków była katastrofa smoleńska. Rosjanie zachowali się poprawnie pod każdym względem, a obraz przywódców rosyjskich klękających w Katyniu to widok bez precedensu w historii naszych wzajemnych stosunków. Można było doprowadzić do wyraźnego zbliżenia w kwestii ocen dramatycznych wydarzeń historycznych, złagodzić a nawet wyciszyć działania propagandowe. W ślad za tym nastąpiłoby zapewne otwarcie w sprawach gospodarczych. Pamiętajmy, że dla naszej znękanej kryzysem gospodarki Rosja to ogromny rynek zbytu. Ale to byłoby za proste. Przeciwnicy jakiegokolwiek zbliżenia polsko-rosyjskiego w kraju, a także a może przede wszystkim za granicą zachowali czujność. Zaczęły się mnożyć komisje, komitety i różne inne inicjatywy mające podważyć oficjalne ustalenia przyczyn tejże tragedii. Znalazły się środki na dobrze opracowane wydawnictwa w rodzaju „Zamach w Smoleńsku”, „Zamach w Gibraltarze” itp. mnożą się skargi i wystąpienia do instytucji międzynarodowych. Długotrwała działalność tzw. „Komitetu Macierewicza” od dawna zakrawa na farsę, ale jak się okazuje jest ona wygodna również dla ekipy rządzącej. To wszystko robi się nie po to, aby cokolwiek wyjaśnić, ale po to aby jątrzyć i utrzymywać w społeczeństwie atmosferę nieufności i niechęci.

Każda okazja do komplikowania wzajemnych stosunków jest dobra. Może to być wypowiedź ministra R. Sikorskiego o Syrii, nagroda im. Lecha Wałęsy dla aferzysty Chodorkowskiego, czy też kontrowersyjny pomnik postawiony w Gdańsku na czyjeś wyraźne zamówienie. 

Tą drogą do niczego nie dojdziemy.

Rosjanie, a zwłaszcza ich elity mają doskonałą pamięć. Musimy się ustrzec, aby nie wystawiono nam w przyszłości rachunku za błędy i zaślepienie przywódców bezkrytycznie realizujących dyrektywy zagranicznych mocodawców.

I jeszcze taka uwaga. Często słyszymy o gwarancjach wolności, nienaruszalności granic etc. Historia uczy nas ostrożności w tym względzie. Wiemy ile warte były te gwarancje w 1939 roku. Wiemy też obecnie w oparciu o odtajnione dokumenty, że w 1981 roku w przypadku bardzo realnej wówczas okupacji Polski przez ZSRR Zachód nie uczyniłby nic poza propagandowym bełkotem. Charakterystycznym przykładem stosunku NATO do sytuacji konfliktowych z udziałem członków sojuszu jest sytuacja z 1973 roku, kiedy to Turcja dokonała inwazji na Cypr okupując prawie połowę wyspy, która do dziś pozostaje podzielona z krzywdą dla społeczności greckiej. I co na to NATO. A no nic. Skutek był tylko ten, że Grecja nominalny sojusznik Turcji w ramach paktu zaczęła na gwałt fortyfikować wzajemną granicę lądową. Notabene pola minowe na tejże granicy istnieją do dziś.

Naprawdę jest nad czym się zastanowić!  

Komentarze

komentarze

stat4u