Przestrogi „hrabiego Tonio”

prof. dr hab. Andrzej Piskozub
 
Recenzja: Antoni Sobański, Cywil w Berlinie, podał do druku, wstępem i przypisami opatrzył Tomasz Szarota. Wydawnictwo SIC!, Warszawa 2006, ss. 263.
 
Z opóźnieniem 70 lat ukazało się pierwsze wydanie książkowe kompletu relacji z podróży hrabiego Antoniego Sobańskiego po Trzeciej Rzeszy, dokonywanych w latach 1933-1936 i publikowanych sukcesywnie w “Wiadomościach Literackich”. Tylko osiem reportaży z jego pierwszej tam podróży, trwającej od maja do sierpnia 1933 roku, doczekało się wtedy wydania książkowego – pod tytułem Cywil w Berlinie opublikowanego przez Towarzystwo Wydawnicze “Rój” w roku 1934. Dwie następne podróże z lat 1934 i 1936 z reportaży w “Wiadomościach Literackich” dopiero obecnie trafiły do wydania książkowego, dokonanego z inicjatywy Tomasza Szaroty.
           
“Hrabia Tonio” (1898-1941) był elitarną, barwną postacią międzywojennej Warszawy. Tak wspomina go Jarosław Iwaszkiewicz: Bardzo elegancki (specjalna elegancja, którą nazywaliśmy “le style Tonio”), trochę zanadto perorujący i zabierający głos na cały stół, ale bardzo dowcipny, kulturalny, zainteresowany we wszystkim, zarówno w polityce, jak i w dziedzinie kultury, wyrobiony towarzysko, nigdy nie mówiący źle o nikim i jeżeli czasem złośliwy, to tylko dla lekkiego dowcipu, był ideałem dżentelmena, a zarazem znakomitym materiałem na dziennikarza. Witold Gombrowicz: Wybitnie inteligentny, Europejczyk, duża kultura, doskonałe maniery, osobowość zwracająca na siebie uwagę. Aleksander Janta-Połczyński: Tonio uwielbiał Anglię i wszystkim wokoło stawiał ją za wzór kultury, umiarkowania i rozsądku. Sam erudyta i pisarz, krytyczny względem wszystkiego, co dotyczyło Polski, a przecież zakochany w niej, wygłaszał stale jakieś paradoksalne zdania i angażował się w karkołomne dyskusje. ( Wstęp, s.7-8 ).
           
Przy takiej osobowości, a zarazem niezależnej postawie politycznej, nie wikłającej się w jakiekolwiek opcje i koterie partyjne, był Antoni Sobański idealnym obserwatorem pierwszych lat istnienia Trzeciej Rzeszy, gwarantującym obiektywną ocenę tego, co w niej zobaczył. To, co piętnuje, to nazistowskie poczynania, ale nie wprowadzona przez nazistów symbolika. Pierwszym po przyjeździe do Berlina wyczynem nowej władzy, jakiego był naocznym świadkiem, był spektakl publicznego palenia na Opernplatz w dniu 10 maja 1933 “nieprawomyślnych” książek. Widzi w nim zorganizowaną odgórnie, ale zarazem w znacznej mierze spontaniczną barbarzyńską “zadymę” nazistowskiej młodzieży, którą tak podsumowuje: cały ten dziki obrządek musi się wydać jednak mniej potworny, niż wydał się w pierwszej chwili słusznie oburzonej opinii kulturalnego świata (s.56). Powyższe sprawozdanie z palenia książek jest zgodne z prawdą i niech nikt nie wierzy histerycznym opisom spotykanym w prasie: bachanalia, sobótka (była to środa), indiańskie tańce, afrykańskie ryki. Nic podobnego. Było tak, jak opisałem. (s.62).           
           
Skąd my to znamy: Zaraz pierwsze wrażenie syntetyczne – jeśli terror i ksenofobia istnieją, objawy ich muszą być bardzo skryte i podziemne. Pierwsze pytanie portiera, kasjera, windziarza czy fryzjera hotelowego, którzy są wszyscy starymi znajomymi, jest jednobrzmiące: “Co o nas myślą i mówią za granicą?” Pytanie to jest zadane prawie pokornie, a zainteresowanie opinią zagranicy palące i bardzo szczere. Pytanie to zresztą zadawała mi, chyba bez wyjątku, każda nowo spotkana osoba w Berlinie, choćby ta osoba stała u samego źródła informacji, jakim jest na przykład ministerstwo spraw zagranicznych. Pewna obawa, którą można by ująć w słowa:”Może idziemy za daleko?” – istnieje prawie u wszystkich; a u najtrzeźwiejszych dochodzi do tego pytanie: “Czy się nie ośmieszamy?”. (s.32). No, skąd my to znamy?
           
Co zaś do czystej symboliki: Flagi ze swastyką widać wszędzie, i kolorystycznie wyglądają świetnie. To może najbardziej udana flaga, jaką znam. Jest dekoracyjna w duchu chińsko-japońskim.(s.32). A można by dodać: hinduskim, tybetańskim i jeszcze innym. Zainteresowanych odsyłam do książki Filipa Buddy: Swastyka w dziejach cywilizacji (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2000). W folklorze zakopiańskim symbol ten wprowadzili artyści i pisarze młodopolscy na przełomie XIX/XX wieku i w okresie międzywojennym spotkać tam go można było w różnych miejscach; podhalańskie jednostki wojskowe nosiły go na wyłogach munduru, zanim po drugiej wojnie światowej swastyk nie zastąpiły tam szarotki. A Związek Polaków w Niemczech akurat w 1933 roku przyjął za swój symbol “Rodło”, które, gdy mu się bliżej przyjrzeć, jest przecież pół-swastyką. Sapienti sat.
           
Analogicznym symbolem jest wprowadzone przez nazistów pozdrowienie, przy którym “rączka do góry” obowiązuje bez względu na płeć. (s.61). To antyczne rzymskie pozdrowienie wcześniej od nazistów przejęła faszystowska Italia, a póżniej od tamtych obu frankistowska Hiszpania. W tym miejscu nie mogę się powstrzymać od dygresji: tego wspaniałego epizodu z Kaputt Malapartego, kiedy to w Finlandii podczas drugiej wojny światowej przybywającego ambasadora Trzeciej Rzeszy wita ambasador Hiszpanii podniesieniem ręki, co stojący przy nim ambasador vichystowskiej Francji kwituje złośliwą uwagą: Cóż to, nauczyliśmy się już podnosić łapkę? – na co Hiszpan ripostuje: Lepiej podnosić jedną, niż obie!
           
Współcześnie, kiedy chora wyobraźnia fetyszyzujących tamte symbole “antyfaszystów”, tropi “neohitlerowców” w nastolatkach, gryzmolących na murze swastykę, czy witających się gestem podniesionej ręki – warto było przypomnieć owe bystre spostrzeżenia Antoniego Sobańskiego sprzed siedmiu dziesięcioleci, iż to nie przejmowanie symboli narzucanych w państwach autorytarnych, ale naśladowanie metod postępowania rządów tych państw oznacza import nacjonalizmu, rasizmu, ksenofobii i czego tam jeszcze ograniczającego wolność jednostki. Raz po raz “hrabia Tonio” po opisach nasilania się objawów takich działań w Trzeciej Rzeszy, zwraca uwagę na ich analogie w ówczesnej, takoż autorytarnej “sanacyjnej” Polsce:
           
Po kilku dniach spokojnego pobytu w Berlinie takie uwagi znajomych, jak “nie trzymaj swoich notatek w hotelu”,“uważaj co piszesz w listach”, “pamiętaj, że istnieje podsłuch telefoniczny” (tak, jakby w Polsce zapominało się o tym) – wydają się śmiesznie przesadne jak staropanieńskie zaglądanie pod łóżko. (s.72).
           
Naród przeznaczony do wojny trzeba od samej kolebki wychować w odpowiednim duchu. Pod tym względem ciekawa była mowa ministra spraw wewnętrznych doktora Fricka na zjeździe ministrów oświaty krajów związkowych… Bo i Polacy przywykli już słyszeć o tym, co mówił doktor Frick, “że główną zasadą wychowania powinno być stworzenie ducha służby oraz zidentyfikowanie się jednostki z państwem w przeciwieństwie do liberalnej teorii o indywidualnym myśleniu i wolności”. (s.118).

Rewelacyjne momenty z moich rozmów z niedojrzałymi szowinistami dałyby “Robotnikowi”
pełne zadowolenie: ci młodzi nie lękają się wcale mistycznej siły mścicielskiej,jaką zawiera w sobie przelana krew robotnicza. Nowaczyński uważałby przytoczone cytaty za rozsądne opinie narodowo myślącej młodzieży. Ale ja chcę uważać je za przejściowy objaw przejściowego okresu przeżywanego przez ludzi w przejściowym wieku. Nie będę więc rozmów tych opisywał. Po co jątrzyć? Studenci, których spotkałem, powtarzają trochę bardziej szczerze to, co ministrowie wykrzykują do tłumów. Ale nie należy brać tego zbytnio do serca, bo iluż to polskich burschów jest dziś pokornymi owieczkami pana Sławka. Wystarczy pochodzić rok bez posady. (s.119-120).
           
W lecie, tak samo jak w Polsce, mnóstwo obozów “przysposobienia”; zwłaszcza studenci, obejmujący posady rządowe muszą wykazać się “obozem”. Program takiego obozu obejmuje “gimnastykę, sporty terenowe, takie jak marsze i biegi w maskach, marsze z przeszkodami, marsze w pełnym rynsztunku bojowym, ćwiczenia w wyzyskiwaniu terenu przy akcji bojowej”. Połowa dnia jest zajęta “tymi sportami”. (s.120).
           
Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe.Ale czy tak jest naprawdę? Człowiek posiadający wyobraźnię może zrozumieć i odtworzyć wiele z tego, co się dzieje w Niemczech, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. (s.142).
           
Ale poza tym wszystkim, tak w prasie endeckiej, jak sanacyjnej, tak w Polsce, jak w Niemczech, we Włoszech i w Rosji, ta sama, jedyna myśl przewodnia o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa, i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl “Życie termitów” Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności działającej sprawnie i celowo. (s.144).
           
Jadę. Granica między Rawiczem a Trachenbergiem niczego nie dzieli. Kraj po obu stronach miedzy biegnącej przez wschodnioeuropejską łąkę jest identyczny. Tylko skutki kary bożej za wieżę Babel, podniesione w ostatnich stuleciach do wątpliwej godności najwyższego ideału, sprawiają, że ludzie po obydwu stronach tej miedzy nie mogą się porozumieć, nie mogą lubić, chociaż jednaki instynkt każe im popierać te same absurdy, poddawać się tej samej zabobonnej ucieczce przed własnym zdaniem i zdrowym rozsądkiem, zmusza do szukania ukojenia w ślepym zdaniu się na “władzę”. Przychodzi na myśl – po co właściwie ta granica, skoro cała ludzkość w jednakowym stopniu zdaje się podlegać bezpośredniemu wpływowi złowieszczych gwiazd? (s.187).
           
Suwerenność to opium dla ludu – taką dewizą kierowali się “trzymający władzę” w państwach narodowych XX-wiecznej Europy dla manipulowania tym ludem według swej woli. W myśl tej dewizy, beztrosko wmanewrowali narody europejskie w krwawą bratobójczą wojnę cywilizacji zachodniej, nazywaną najpierw wielką wojną, a później, po jej recydywie, pierwszą wojną światową. Powtórzyć o jej wykonawcach można słowa Talleyranda, skierowane do Burbonów: niczego nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. W rezultacie, w okresie międzywojennym, doprowadzili obłęd nacjonalizmu do jego apogeum, wymuszając od swych społeczeństw ograniczenia praw obywatelskich i rezygnację z podstawowych uprawnień poszczególnych jednostek na rzecz opętanego mirażem “obrony suwerenności” kolektywu. Antoni Sobański ten właśnie etap degrengolady państwa narodowego utrwalił w swoich reportażach z lat 1933-1936. Proces ten rychło doprowadził do kolejnej wojny światowej, w następstwie której idea suwerennego państwa narodowego w Europie została ostatecznie skompromitowana. Narody Europy zrozumiały, że aby przeżyć trzeba się zintegrować – i tak doszło do stworzenia Unii Europejskiej, wspólnego państwa dla nich wszystkich.
           
Obecnie, gdy proces budowy wspólnego państwa europejskiego wkroczył w decydującą fazę, pośmiertne przestrogi “hrabiego Tonio” stanowią aktualną lekturę, przypominającą Europejczykom, aby kolejny raz nie dali się uwieść mirażom lokalnych suwerenności, prowadzących prostą drogą do ostatecznej katastrofy europejskiego dziedzictwa wraz ze strzegącą tego dziedzictwa cywilizacją Europy.
           
           
           
 
 
 
 
 
 
           

Komentarze

komentarze

stat4u