Daniel S. Zbytek: Prezydent Obama i jego wizja państwa, czyli manifest wyborczy Partii Demokratycznej

ObamaDaniel S. Zbytek

28 stycznia 2014 roku przed obiema izbami amerykańskiego parlamentu Prezydent Barack Obama przedstawił swoje orędzie o stanie państwa. To tradycyjna formuła, prezentowana przedstawicielom narodu przez szefa władzy wykonawczej, podstawowych zamierzeń swojej polityki w bieżącym roku.

Na tegoroczne orędzie musimy spojrzeć z odmiennego punktu widzenia, niż te z roku poprzedniego – tamto ogłoszone zostało w roku wyborczym i Obama musiał je kierować do wszystkich potencjalnych swoich wyborców, – czyli było w największym możliwym stopniu zadawalające największą potencjalnie; liczbę tych, którzy będą chcieli głosować, aby wybrać Obamę na drugą kadencję, – czyli obowiązywała zasada – minimum konkretów, wszystkim po trochę tego, czego oczekują – przedsiębiorcom niskie podatki, biednym wparcie państwa, imigrantom pełnię praw itp. – niektóre z oczywistych względów sprzeczne, ale cel był jeden – druga kadencja.

W tym roku sytuacja jest odmienna. Obama nie może już kandydować. Natomiast jego partia, demokratyczna, chce wygrać, lub co najmniej zwiększyć ilość swoich przedstawicieli w Izbie Reprezentantów, gdzie dziś większością dysponuje opozycja, czyli Partia Republikańska. Obama cieszy się niemal 100% poparciem czarnych i większości Latynosów. To dużo, łącznie prawie 30% potencjalnych wyborców. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłby jakiś Obama Bis, ale póki, co na horyzoncie nie widać równie charyzmatycznego lidera o kolorowej skórze. Nowy kandydat demokratyczny będzie, więc zapewnie biały, wiceprezydent kolorowy, by zachować preferencje dotychczasowych wyborców demokratów.  Pozyskanie białych wyborców, szczególnie biedoty ze stanów centrum kraju, z ich uprzedzeniami rasowymi, to trudne zadanie, ale konieczne, jeżeli Demokraci będą chcieli poszerzyć swoje wpływy.

To, w jakim stopniu będzie to realizowane, można dostrzec w „Orędziu o Stanie Unii” Prezydenta Obamy.

Najpierw sukcesy. Najważniejszy, to porzede wszystkim spadek bezrobocia. Na koniec grudnia 2013 roku stopa bezrobocia wyniosła 6,7% (w Polsce 13,4%) podczas gdy rok temu przekraczała  8%. Walkę z bezrobociem administracja demokratyczna uznała za priorytet i powyższy wskaźnik jest niewątpliwie sukcesem. Na ten sukces złożył się przede wszystkim wzrost gospodarczy – dochód narodowy w czwartym kwartale ubiegłego roku zanotował wzrost w wysokości 4,1% (Polska 1,5%, strefa Euro 0,5% w tym samym okresie).

Sukces w zwalczaniu bezrobocia w USA niezależnie od oficjalnych, statystycznych współczynników kryją jednak prawdę, że rzeczywisty poziom bezrobocia, zarówno w USA jak i w innych krajach, nie uwzględnia tych osób, które zrezygnowały z różnych przyczyn z rejestrowania się w urzędach pracy – dotyczy to przede wszystkim ludzi z dwóch skrajnych obszarów spektrum osób zdolnych do pracy: młodych, bezpośrednio po szkołach wszelkich stopni oraz osób starszych, na kilka lat przed osiągnięciem przez nich wieku emerytalnego. W USA szacuje się, że po ich uwzględnianiu rzeczywiste bezrobocie wynosi około 9%. Jego zwalczenie wymaga znacznych zmian w systemie szkolenia zawodowego – dla osób starszych, pozbawionych najczęściej pracy na skutek zmian technologicznych, a dla młodych, ze względu na niedostosowanie  profilu wykształcenia do potrzeb rynku pracy. W USA, mimo wysokiego bezrobocia na brak możliwości zatrudnienia nie mogą narzekać dwie kategorie imigrantów – absolwenci uczelni wyższych o profilu politechnicznym, biologicznym, medycznym oraz osoby bez kwalifikacji, o niskich wymaganiach płacowych –imigranci z Meksyku i innych krajów na południe od Rio Grande.

W tej ostatniej kategorii znajduje się około 12 milionów imigrantów – o takiej ich liczbie wspomniał w orędziu Obama. Są to nie tylko Latynosi przekraczający nielegalnie granicę, ale także ich dzieci, które, podobnie jak ich rodzice stoją w obliczu ekspulsji do krajów, których nie znają.

Dla obu politycznych partii nadanie tym ludziom obywatelstwa oznacza znaczne zwiększenie ich szans wyborczych, szczególnie dla Demokratów, gdyż Obama został wybrany także dzięki Latynosom i utrzymanie tej puli wyborców, jako pro-demokratycznej jest niezwykle istotny. Z drugiej strony w USA, podobnie jak w innych krajach Zachodu, narastają sentymenty wrogie imigrantom – przede wszystkim wśród białych, niewykształconych rzesz zamieszkających stany Środkowego Zachodu i Północnego Wschodu, niegdyś centra przemysłowe np.: Detroit i okolice (samochodowy), przetwórstwa mięsnego (Chicago). Upadek tych gałęzi przemysłu oznaczał nie tylko bezrobocie, ale załamanie dotychczasowego modelu życia – nie ma dla nich jakichkolwiek nowych miejsc pracy w masowej produkcji – muszą się przekwalifikować, zdobyć nowe wykształcenie. W ostatnich wyborach poparli oni masowo kandydata republikańskiego, Mita Romneya, mimo, że nie miał on najlepszego zdania o tej grupie swoich zwolenników, odnosił się z nieukrywana wyższością, która mogłaby być na miejscu w przypadku XVIII wiecznego europejskiego arystokraty. W przypadku tych białych przeważyły uprzedzenia wobec kolorowych, które zdaniem białej biedoty wypierają ich z należnego im z urodzenia miejsca na wyższych poziomach struktury społecznej. W tej sytuacji, dla Partii Demokratycznej przeprowadzenie reformy imigracyjnej ma zasadnicze znaczenie, która musi zrównoważyć liczbę niezadowolonych bezrobotnych wyborców Środkowego Zachodu.

Nowe miejsca pracy maja powstawać dzięki reformie podatkowej – niższe dla tych przedsiębiorstw, które tworzą nowe miejsca pracy w Stanach Zjednoczonych oraz zaostrzenie nadzoru nad transferami dochodów do rajów podatkowych, oraz, ograniczenie skali inwestycji zagranicznych kosztem miejsc pracy w USA. To trudne zdanie, mało realne, ale fakt, że sprawa reformy podatkowej podniesiona została w orędziu świadczy, że administracja Obamy widzi w tego typu działaniach szanse na zdobycie nowych wyborców. Również kolejny temat, to rozbudowa infrastruktury, która ma dać miejsca pracy ludziom o niskich kwalifikacjach. Stany Zjednoczone cierpią na niedorozwój infrastruktury – nie tylko dróg, ale linii kolejowych (szczególnie szybkich pociągów), portów, systemów rurociągów i linii wysokiego napięcia. Skojarzenie z programem „Nowego Porządku” Franklina Delano Roosevelta jest oczywisty – świadczy jednakże, że amerykańskie elity władzy w coraz większym stopniu odchodzą od liberalizmu gospodarczego Wall Street na rzecz ekonomiki keynesowskiej. Świadczy o tym również fakt finansowaia przez państwo dwóch nowych ośrodków najnowszych technologii: w Releigh (Północna Karolina) i w Youngstown (Ohio) gdzie jednostki badawcze (uniwersyteckie i wojskowe) podejmują badania na rzecz przemysłu i rolnictwa, wdrażane na koszt państwa. Równocześnie agencja promocji handlu, wzorowana na rozwiązaniach japońskich i koreańskich, ma nie tylko wspierać amerykańskich przedsiębiorców zagranicą, ale także podejmować działania chroniące rynek wewnętrzny, przede wszystkim istniejące miejsca pracy, wspierać tworzenie nowych miejsc pracy oraz chronić środowisko. W tym przypadku mamy do czynienia z daleko posuniętym interwencjonizmem państwowym – wspieranym przez obie partie – takie są oczekiwania amerykańskiego wyborcy, oczekującego od administracji państwowej aktywnych działań, wręcz protekcjonistycznych.

Obama wypowiedział się jednoznacznie na rzecz rozwoju wydobycia gazu ziemnego, – co w warunkach amerykańskich oznacza jego pozyskiwanie z łupków. Metoda, wykorzystywana do jego wydobycia, tzw. frakcja, nie tylko w Europie budzi wiele zastrzeżeń, szczególnie na terenach gęsto zamieszkałych ze względu na występujące przecieki skażonych wód z frakcji do wód podziemnych. Niemniej, korzyści ekonomiczne, jakie daje eksploatacja łupków, ich ogromne zasoby, fakt, że ich eksploatacja uniezależnia USA od niepewnych politycznie producentów z krajów Zatoki Perskiej, przeważają nad negatywami – Obama podkreślił, że administracja będzie wspierać tego typu wydobycie, choć także energetyka solarna będzie wspierana poprzez system podatkowy.

Po raz pierwszy Prezydent Stanów Zjednoczonych w swoim orędziu zwrócił uwagę na konsekwencje zmian klimatycznych. To także ważny czynnik wyborczy – w USA niema już nikt wątpliwości, że ostatnie katastrofy naturalne: częste i gwałtowne tornada, powodzie, są rezultatem ocieplenia klimatu. Podkreślenie tego tematu spełnia oczekiwania wyborców, że administracja państwowa podejmie niezbędne działania – nie jest to łatwy problem do rozwiązania przez same Stany Zjednoczone, zjawisko ma zasięg globalny i USA nie są największym emitentem gazów cieplarnianych (wyższy poziom mają Chiny, Indie i UE), ale zmiana dotychczasowego stanowiska administracji waszyngtońskiej, dotychczas bagatelizującej problem zmian klimatycznych, stwarza nadzieję, ze zostaną podjęte realne działania ochronne przez USA, które ma odpowiednie środki finansowe i technologiczne, aby sprostać wyzwaniu.

Kolejny istotny czynnik, od którego zdaniem Obamy zależy przyszłość Ameryki, to edukacja. Stany mają szereg uczelni, których renoma dzięki osiągnięcia ich absolwentów i badań przez nieprowadzone jest ugruntowana w świecie, np.: Harward, Columbia, Hopkins. Niestety, większość szkół reprezentuje znacznie niższy poziom, znacznie niższy niż ich odpowiedniki w Europie, czy te w krajach Dalekiego Wschodu. Planowana jest reforma całego systemu nauczania, znacznie większego zaangażowania instytucji państwowych różnego szczebla: stanowego i federalnego w procedury usprawniające zdobywanie właściwej, tj. stojącej na wysokim poziomie wiedzy dla wszystkich młodych ludzi, niezależnie od poziomu dochodów ich rodziców. Obama w tym przypadku narusza utrwalone w społeczeństwie amerykańskim uprzedzenia do nadmiernej ingerencji państwa w sprawy, uważane dotychczas powszechnie za leżące w kompetencjach jednostek. To się zmienia, stało się oczywiste, że w dobie gwałtownych i szybkich zmian technologicznych, zdobyć dobrze płatną i w miarę stałą pracę, mogą tylko ludzie wykształceni. Nie ma prostej pracy przy linii produkcyjnej – robotników zastąpiły automaty. Na tą mentalność typowo amerykańską:, “ jeżeli musisz liczyć, licz na siebie” natknął się Prezydent w procesie wdrażania ustawy o dostępnej opiece zdrowotnej (Affordable Care Act), bardziej znany, jako Obamacare. Oburzeniu byli przede wszystkim ludzie ciężkiej pracy: robotnicy przemysłowi, rolnicy. No, bo niby, dlaczego z ich podatków mają być utrzymywani jacyś nieudacznicy, matki z nieślubnymi dziećmi, lub co gorsza, Latynosi i czarni – właściwie w powszechnym odczuciu to on będą beneficjentami. Powoli to się zmienia – emeryci czy bezrobotni biali uświadamiają sobie, że też mogą trafić do lekarza i szpitala, i będzie ich na to stać.

W celu zwiększenia wewnętrznego popytu Obama uznał za konieczne zwiększenie płacy minimalnej, do 10,10 dolara za godzinę. To chwyt populistyczny, ale niewątpliwie bardzo nośny. Populistyczny, bo Prezydent USA może nakazać zwiększenie pracy minimalnej swoim pracownikom, czyli administracji federalnej, i ta minimalna stawka będzie dotyczyć niewielkiej grupy osób – pracowników pomocniczych w urzędach, sprzątaczek, portierów. Nie będzie, bo nie może dotyczyć, Prezydent nie ma takich uprawnień, osób zatrudnionych przez prywatnych przedsiębiorców, czyli prawie wszystkich. Obama, co prawda zagroził, że będzie promował ustawodawstwo wprowadzające minimalną płacę ( a także i inne reformy społeczne) nawet wbrew Kongresowi, w którym większość mają opozycyjni Republikanie, – ale to sprytny chwyt wyborczy – wiadomo, że się nie uda, i wiadomo, kto za to odpowiada – no ci Republikanie, nie warto na nich głosować, nie sprzyjają przecież przeciętnemu obywatelowi. To, że Republikanie mają rację, że nadmierne wydatki państwowe trzeba ograniczyć, że deficyt budżetowy jest zbyt duży, to oczywiste, ale w grze politycznej nie trzeba mieć zawsze racji, aby wygrać.

Polityka zagraniczna zwyczajowo zajęła miejsce na końcu orędzia. Wiadomo, Amerykanie wycofują się z Afganistanu do końca bieżącego roku.  Z Iranem zawarto porozumienie wstrzymujące ich program atomowy. Obama zachował sobie prawo decyzji bezpośredniej interwencji w przypadku, gdyby Teheran nie dotrzymał uzgodnionych warunków. To forma uspokojenia pod adresem Żydów amerykańskich i fundamentalistów chrześcijańskich Środkowego Zachodu – to w sumie bardzo liczna grupa wyborców, szczególnie liczna składa się z tzw. neochrześcijan (jak poprzedni Prezydent, G.W.Bush). Dla obu tych grup bezpieczeństwo Izraela ma zasadnicze znaczenie, choć z różnych przyczyn – dla Żydów Izrael to własne państwo, odzyskane po wielu wiekach, dla fundamentalistów Izrael, to miejsce Sądu Ostatecznego, wolnego od muzułmanów.

Koncentracja na sprawach społecznych i ekonomicznych w „Orędziu o stanie państwa” uwidacznia różnice w podejściu amerykańskim i elit politycznych Europy do polityki. Obama nigdzie nie mówi o konieczności oszczędności, zmniejszania wydatków państwowych, zwolnień itp., które stały się mantrą promowanej w Brukseli i Berlinie tzw. „zdrowej” polityki gospodarczej. Gospodarka ma się rozwijać, by tworzyć nowe miejsca pracy. Ma zapewnić ludziom przyzwoite dochody, by było ich stać na służbę zdrowia i edukację ich dzieci. Nikt nie ukrywa, że nie jest to zadanie proste, i nie zawsze możliwe do osiągnięcia – zbyt wiele jest sprzecznych interesów, różnych grup nacisku: instytucji finansowych, koncernów (np. farmaceutycznych), ruchów społecznych (np. zwolenników nieskrępowanego dostępu do broni palnej).Nie na wszystko starczy pieniędzy. Orędzie jest jakby sumą spraw ważnych, tematów, które zdaniem Obamy są istotne dla utrzymania przez USA przodującej roli w świecie. Czy i jak, to zostanie osiągnięte, to już znacznie bardziej złożony problem.

Fot. flickr

Komentarze

komentarze

stat4u