Podstawy geografii politycznej

Podstawy_geografii_politycznejdr Tomasz Klin
 
Recenzja: Zbigniew Rykiel, Podstawy geografii politycznej, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2006, ss. 264.
 
W 2006 roku na rynku wydawniczym ukazał się nowy podręcznik akademicki z zakresu geografii politycznej – dziedziny nauki, która przeżywa stopniowo wzrost znaczenia w szkolnictwie wyższym. Biorąc pod uwagę, że dotychczas w Polsce dysponowaliśmy właściwie jedną taką pozycją w literaturze – pracą Stanisława Otoka – konkurencyjną rozprawę Zbigniewa Rykla należy przyjąć ze zrozumiałą uwagą. Autor już w Przedmowie daje do zrozumienia, że geografia w ogóle, a zwłaszcza jej subdyscyplina polityczna, stanowią jego życiową pasję. Sztukę odnajdowania błędów na mapach posiedli tylko nieliczni, jednak w przypadku Zbigniewa Rykla imponujące jest dostrzeżenie ich w tylu rozmaitych kontekstach językowych, czasowych i przestrzennych (s. 19-20). To, jak również bibliografia obejmująca ok. 200 pozycji (w tym wiele zagranicznych), stanowi o wysokich kompetencjach Autora.
 
Autor postawił przed czytelnikami Podstaw geografii politycznej dość wyważone wymagania. Z jednej strony zadeklarował: „Zamiarem autora było napisanie takiej książki, która spełniałaby wymogi literatury naukowej, przedstawionej językiem zrozumiałym również dla niespecjalistów”. (s. 15). Trzeba przyznać, że cel ten został osiągnięty. Z drugiej strony natomiast, nie zwalnia on czytelników z obowiązku własnego myślenia (s. 16), a także wyraża opinię: „Książki z geografii nie mogą być […] instrukcją obsługi atlasów” (s. 19). Z. Rykiel określa również wymagania wobec siebie samego; uczciwie przyznaje, iż jego „[…] książka jest […] pisana z pozycji europocentrycznych” (s. 17). Jednak wiele fragmentów pracy świadczy o tym, że nie jest on typowym zwolennikiem europocentryzmu, a informacje tam przedstawione dotyczą mało znanych na Starym Kontynencie zagadnień (np. s. 101-102). Nie próbuje również stworzyć na siłę obiektywnej i logicznej definicji geografii jako takiej, ograniczając się do użytecznego twierdzenia: „Geografia jest tym, czym zajmują się geografowie jako geografowie” (s. 13). Można uznać to za próbę odesłania czytelników do ich własnej intuicji poznawczej.
 
Do niewątpliwych atutów Podstaw geografii politycznej jako podręcznika należy zaliczyć przede wszystkim:
1. Interdyscyplinarność – Autor przeciwstawia się tzw. „geografizmowi” i korzysta szeroko z dorobku nauk społecznych;
2. Przejrzystość – struktura pracy ma charakter trójdzielny: części zawierają rozdziały, które z kolei dzielą się na podrozdziały – spis treści oraz skorowidz rzeczowy umożliwiają błyskawiczne znalezienie szukanego zagadnienia; dodatkowo najważniejsze tezy i klasyfikacje są wyodrębnione tłustym drukiem w tekście lub w specjalnych ramkach;
3. Wysoki poziom z zakresu edycji i korekty – brak większych uchybień, żadnych „literówek” itp.;
4. Istotne dla wzbogacenia wiedzy czytelnika tabele i mapy;
5. Demitologizacja pewnych nieprawdziwych, a powszechnie akceptowanych tez[1];
6. Wspomnianą wyżej przystępność języka.
 
Pod niektórymi względami recenzowana praca przewyższa podręcznik Stanisława Otoka. Nie wdając się w zbędne szczegóły, warto wspomnieć o wyjaśnieniu pojęć „półenklawa” i „półeksklawa” tudzież znakomitym omówieniu problematyki kresów.
 
Jednak nic na tym świecie nie jest doskonałe, a w Podstawach geografii politycznej Zbigniewa Rykla sporo elementów wymaga przemyślenia i poprawienia, biorąc pod uwagę, iż podręcznik być może doczeka się kolejnych wydań. Wypada zacząć od świadomie pominiętej przez Autora geografii wyborczej, co znalazło następujące uzasadnienie: „[…] problematyka wyborcza zasługuje na znacznie więcej niż kilka ogólników” (s. 19). Bezdyskusyjnie, każda dziedzina wiedzy zasługuje na coś więcej, na tym jednak polega zadanie podręcznika, aby zapoznać czytelników (najczęściej studentów, którzy zazwyczaj nie studiują odrębnych prac z zakresu geografii wyborczej) ze wszystkimi zagadnieniami danej dziedziny, choćby przez skrótową charakterystykę przedmiotu badań i metodologii.
 
Autor zasadniczo przyjął konwencję narracji bazującą na „nowoczesnej, krytycznej geografii ekonomicznej” (s. 15), a więc takiej, której podstawą jest „[…] myśl krytyczna, tkwiąca korzeniami w materializmie historycznym, wywodząca nauki społeczne z ekonomii politycznej” (s. 15). Autor idzie dalej, stwierdzając: „Jeśli jednak nauka polska ma być częścią nauki światowej, to nie może w nieskończoność poddawać się hipnozie politycznej Stalina […] Nie można bowiem zanegować faktu, że materializm historyczny stanowi poważny i trwały wkład do dorobku nauk społecznych” (s. 242).
 
Neomarksizm, bo o nim mowa, jest ważnym paradygmatem badawczym w naukach społecznych, warto jednak pamiętać również o neorealizmie czy pluralizmie (inaczej: liberalizmie, transnacjonalizmie), ponieważ przesadna koncentracja na jednym paradygmacie może prowadzić do uproszczeń lub zbyt daleko idących wniosków. Pierwszym negatywnym rezultatem jest wrażenie „przeekonomizowania” treści podręcznika. Tymczasem faworyzowanie ekonomii kosztem innych dziedzin życia społecznego wielu poważnych autorów światowego formatu uważa za błąd. Brakuje w Podstawach geografii politycznej wyraźnego odniesienia do podziałów kulturowych i religijnych w dzisiejszym świecie (wyjątek stanowi problematyka europejska), które przecież rodzą poważne skutki polityczne. Nie podjęto również należycie problematyki bezpieczeństwa – przydałoby się odniesienie do sojuszy polityczno-wojskowych, różnego rodzaju stref zdemilitaryzowanych oraz organizacji międzynarodowych w rodzaju OBWE. Zbigniew Rykiel sporadycznie wdaje się również w kategoryzowanie moralne, określając ustrój demokratyczny „najmniejszym złem” (s. 85) kapitalizmu, a zatem uznając system wolnorynkowy za zło; z kolei zadaniem gospodarstw domowych jest, zdaniem Autora, „[…] stawianie czoła nieprzyjaznemu środowisku” (s. 239), przy czym nie wiadomo, na czym miałby polegać „nieprzyjazny” charakter tego środowiska. Świadczy to o dość pesymistycznej wizji rzeczywistości (czy jest w takim razie jakiś „dobry” i „przyjazny” ustrój?), co również z punktu widzenia naukowej obiektywności wydaje się nie na miejscu.
 
Neomarksistowski globalizm może prowadzić do kuriozalnych wniosków, jak np.: „Szwajcaria z definicji eksploatuje Brazylię, gdyż struktura całego systemu faworyzuje Szwajcarię kosztem Brazylii” (s. 72). Mimo tego Autor zauważa, iż „[…] banki szwajcarskie udzielają kredytów przedsiębiorstwom brazylijskim” (s. 73), co miałoby być elementem „eksploatacji”. Kredyt powoduje jednak zyski dla banku (o ile jest spłacany wraz z odsetkami) i dla przedsiębiorstwa (może dzięki niemu znacząco zwiększyć obroty gospodarcze i szybciej dokonywać akumulacji kapitału). Autor wzmacnia swoją argumentację kolejną uwagą: „[…] szwajcarski koncern ponadnarodowy Nestlé zamawia kakao u dostawców brazylijskich” (s. 73). Korzysta na tym zarówno koncern, jak i brazylijscy plantatorzy kawy, pośrednicy handlowi oraz budżet brazylijski (podatki). Natomiast u podstaw nędzy najemnych pracowników rolnych stoi przede wszystkim nadpodaż siły roboczej; jeśli koniecznie rozpatrywać to w kategoriach moralnych, to odpowiedzialność za to biorą właściciele plantacji i w mniejszym stopniu władze polityczne Brazylii. Jeśli jednak nie występowałaby nadpodaż siły roboczej, a pracownicy najemni otrzymywaliby znacznie wyższe wynagrodzenia, nadal koncern Nestlé zamawiałby kakao, przy czym ceny czekolady nie wzrosłyby niebotycznie, ponieważ w strukturze cenowej płace robotników rolnych pozyskujących surowiec stanowią drobną część wartości wysoko przetworzonego produktu.
 
Wszystko to mieści się w obcej neomarksistom kategorii współzależności, która jest charakterystyczna dla pluralistycznego paradygmatu w naukach społecznych (zwłaszcza w internacjologii). Może warto czasem odrzucić neomarksistowskie założenie, że istnieje struktura, w której bogaci „eksploatują” biednych, ponieważ eksploatacja w życiu społecznym to wyzysk jednych przy stratach drugich. Jednak odpowiednie wykorzystanie kapitału światowego „rdzenia” przez „semiperyferie” czy „peryferie” może owocować w dłuższej perspektywie dołączenie danego kraju do grupy gospodarek wysoko rozwiniętych (najbardziej pouczający jest przykład Irlandii).
 
Autor słusznie wyróżnia władzę formalną i efektywną; dlaczego jednak do tej pierwszej zalicza państwa (jak można rozumieć – wszystkie; czy nawet mocarstwa nie mają władzy efektywnej?), a do drugiej korporacje ponadnarodowe (s. 85, 88-92)[2]. Choć porównania PKB państw i dochodów korporacji wygląda bardzo efektownie, warto zauważyć, że państwa prowadzą rozmaite polityki gospodarcze w zależności od opcji ideowo-politycznej, a same korporacje mogą mieć silne wpływy, ale rzadziej faktyczną władzę. Całkowite nieporozumienie stanowi opinia, iż „[…] korporacje są w stanie zmusić rządy państw do przyjęcia korzystnych tylko dla tych korporacji reguł gry, co uzależnia państwa nie tylko od kapitału inwestycyjnego, lecz także kapitału spekulacyjnego, narażając waluty tych państw i ich gospodarki na destabilizację” (s. 90). Większość korporacji naciska na rządy w celu uzyskania różnych ułatwień, jednak te największe (z branży informatycznej, samochodowej czy naftowej) nie prowadzą poważnych spekulacji. Problem kapitału spekulacyjnego dotyczy inwestycji portfelowych, a więc akcji i obligacji. Państwa, które mają zrównoważony budżet, nie muszą emitować obligacji, stąd nie grozi im poważna spekulacja walutowa. Czy słyszał ktoś o naciskach korporacji, aby państwa miały deficyty budżetowe? Prawdą jest natomiast, że na liberalizację systemów finansowych państw naciskał wielokrotnie (nie zawsze skutecznie!) MFW, w którym występują pewne personalne powiązania z korporacjami ponadnarodowymi[3].
 
Na tym tle należy się odnieść do kolejnej kontrowersyjnej opinii odnośnie rynku kapitałowego: „[…] jeśli rynek ten uzna, że polityka Polski jest niewłaściwa, może doprowadzić kraj do bankructwa w ciągu dwóch godzin” (s. 91). Kryzysy finansowe w Argentynie, Rosji, Azji Południowo-Wschodniej i wcześniejsze[4] wskazują, że do groźby bankructwa dochodzi przy poważnych słabościach gospodarki (m.in. zadłużeniu), gdzie kapitał jest wycofywany z obawy przed jego utratą, a nie z powodu „niewłaściwej polityki”. Abstrahując od tego, że to nie „rynek” może uznać, tylko podmioty posiadające papiery wartościowe, warto zauważyć, że żadna z gróźb bankructwa nie została zrealizowana, m.in. dzięki pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego (co jest jednym z głównych celów tej instytucji), a Polska jest w znacznie mniejszym stopniu uzależniona od inwestycji portfelowych.
 
Warto przemyśleć następującą opinię: „[…] korporacje […] nie płacą podatków państwom, te ostatnie natomiast poprzez różnego rodzaju subsydia płacą w istocie podatki korporacjom” (s. 90). Zdarzają się wymagania wielkich inwestorów odnośnie infrastruktury komunikacyjnej itp. Kłopot jednak w tym, że Zbigniew Rykiel formułuje tego rodzaju tezy zbyt radykalnie (co jest szczególnie widoczne w Zakończeniu), bez koniecznego obwarowania wyrazami typu „często”, „do pewnego stopnia” itp. Nie da się w łatwy sposób obliczyć bilansu transferów pomiędzy państwami a korporacjami ponadnarodowymi, nie są one jednak aż tak jednostronne[5]. W pewnym momencie negocjacji państwo może zrezygnować z przyjęcia danej inwestycji ze względu na zbyt wysoko postawione warunki, a biorąc pod uwagę, że korporacji jest coraz więcej, szansa na to, że pojawi się inny inwestor jest bardzo duża w okresie koniunktury gospodarczej.
 
Kolejne uproszczenie: „Rdzeń jako miejsce koncentracji kapitału jest wierzycielem reszty świata” (s. 234). Od kilku lat w USA ma miejsce kolosalny deficyt budżetowy, finansowany przez emisję obligacji, z których sporą część skupują państwa spoza „rdzenia”, np. Chiny. Tak więc Stany Zjednoczone stają się przez to równocześnie światowym dłużnikiem i wierzycielem. Na mniejszą skalę zjawisko to miało miejsce także w czasach prezydentury Reagana. Sporo przesady zawiera także następująca teza: „Mapa państw świata XXI w. nie ilustruje przestrzennego układu władzy, lecz rozmieszczenie atrakcji turystycznych” (s. 91). Choć deterytorializacja władzy faktycznie ma miejsce (występowała zresztą pod różnymi postaciami w różnych epokach historycznych), to jest to jedynie pewien proces. Nadal jednak większość państw sprawuje efektywną władzę na swoich terytoriach, kontrolując także gospodarkę, przekazując część swoich uprawnień organizacjom międzynarodowym (które również mają charakter terytorialny), a korporacje transnarodowe nie zawsze mogą liczyć na przyjazne warunki inwestycyjne. Do przykładów można zaliczyć politykę energetyczną Rosji, Wenezueli czy Boliwii, wobec których korporacje muszą się podporządkować albo zrezygnować, choć zapewne próbują stosować różnego rodzaju naciski.
 
Zbigniew Rykiel poddał krytyce tzw. fetyszyzm terytorialny, jednocześnie jednak wpadł w inną pułapkę: przecenienia roli korporacji ponadnarodowych. Tymczasem zabrakło wyraźnego stwierdzenia, że trzonem gospodarki państw wysoko rozwiniętych są małe i średnie przedsiębiorstwa oraz że poważnie wzrosło w ostatnim czasie w gospodarce światowej znaczenie wielkich przedsiębiorstw państwowych w niektórych branżach; chodzi głównie o rosyjskie i chińskie koncerny sektora energetycznego, których działalność może mieć niekiedy wymiar polityczny.
 
Kończąc wątki „ekonomiczne” warto przytoczyć ostatnie, bardzo niefortunne uproszczenie, które zamieścił Autor: „Rasa stała się wyróżnikiem podziału pracy między »biały« rdzeń a »kolorowe« peryferie” (s. 239). Nie trzeba posiadać wielkiej wiedzy o świecie, żeby zauważyć Japonię, która bezdyskusyjnie należy do „rdzenia”, tak jak Singapur i Hongkong. W niedługim czasie zapewne dołączą do „rdzenia” także Korea Południowa i Tajwan. Z drugiej strony, narody Europy Wschodniej bardzo chciałyby należeć do „rdzenia”, ale wg wszystkich prognoz ich rozwoju w najbliższych dekadach nie mają na to większych szans. Po co Zbigniew Rykiel zafundował czytelnikom tak kuriozalne opinie?[6] Bo w to, że zdaje on sobie sprawę z przynależności rasowej Japończyków i Polaków, nie należy wątpić. Najwyraźniej jednak łatwo ulec efektownie brzmiącym hasłom o „bogatych” białych i „biednych” kolorowych.
 
W Podstawach geografii politycznej znalazło się miejsce na zagadnienia niekoniecznie mieszczące się w tej dziedzinie, niektóre wręcz zasługujące na odrębną monografię czy rozprawę. Zbigniew Rykiel poświęcił mianowicie jeden z fragmentów interesom narodowym Polski (s. 42-46), dobranym subiektywnie, co skłania do polemik – dlaczego np. jednym z interesów narodowych miałoby być zainteresowanie Polski Obwodem Kaliningradzkim, a nie np. Ukrainą? Ten fragment pracy mieści się on raczej w bardzo potrzebnej Polakom myśli (refleksji) geopolitycznej. Analogicznie, za zbędne należy uznać obszerne fragmenty rozdziału: Klasyfikacje państw (s. 54-63), w którym Autor przytacza i wyjaśnia typologie z zakresu systemów politycznych (dyscypliny politologii) – może lepiej byłoby podjąć próbę charakterystyki geografii ustrojowo-politycznej współczesnego świata? Aż prosi się o odpowiednią mapę[7]. Drobnym uchybieniem Autora jest pominięcie przykładów w omówieniu pojęcia państw stowarzyszonych (s. 54).
 
Skoro podano przykłady innych jednostek państwowych, zróżnicowanych wg kryterium suwerenności, także i tu należałoby to zrobić. W podrozdziale Siła państwa zabrakło odwołań do najnowszych dokonań tzw. potęgometrii. Warto byłoby sięgnąć chociażby do prac polskiej literatury naukowej[8]. W tym fragmencie pracy znalazło się kolejna zbyt daleko idąca teza: „W największym uproszczeniu można przyjąć […], że siła militarna państwa jest jego siłą pozorną, maskującą brak siły rzeczywistej, jaką jest jego siła ekonomiczna” (s. 73). Zaiste, jest to duże uproszczenie. We współczesnej nauce o stosunkach międzynarodowych uznaje się jednak również, że to siła militarna jest ostatecznym miernikiem rzeczywistej potęgi państwa, choć Zbigniew Rykiel słusznie zauważa, że spada znaczenie sił zbrojnych w wygrywaniu wielkich geopolitycznych rywalizacji (jak np. „zimnej wojny”). Większość spośród mocarstw w ostatnich latach nie użyło sił zbrojnych na dużą skalę, co wynikało raczej z ich relatywnej militarnej słabości. Natomiast USA wykorzystują nader często swoją potęgę wojskową w polityce zagranicznej, pomimo swojej przewagi ekonomicznej.
 
Sporo zastrzeżeń budzi problematyka geopolityczna w recenzowanej pracy. Stosunkowo uboga polska literatura naukowa na ten temat powiela często błędy lub uproszczenia literatury zachodniej. Tak jest również w przypadku Podstaw geografii politycznej. I tak np. Karl Haushofer nie wydawał „Zeitschrift für Geopolitik” na Uniwersytecie Monachijskim (s. 26), tylko był wykładowcą tej uczelni i pełnił funkcję redaktora tego periodyku (w latach 1924-1931 współredaktora), a wydawcą był Kurt Vowinckel. Nie można także przejść obojętnie nad zaproponowaną przez Zbigniewa Rykla definicją geostrategii: „[…] dążenie do realizacji strategicznych interesów państwa, z uwzględnieniem jego położenia zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i politycznej” (s. 23). Czym w takim razie różni się ona od geopolityki? Faktem jest, że takie rozumienie geostrategii występuje powszechnie w anglosaskiej myśli geopolitycznej. Nie należy go jednak przyjmować bezkrytycznie. Bardziej zasadnie byłoby wspomnieć o zacieraniu się różnicy pomiędzy geopolityką a geostrategią, które sięga korzeniami występującą od II wojny światowej niechęcią uczonych anglosaskich wobec utożsamianego z nazizmem pojęcia geopolityki. Warto jednak zawęzić rozumienie geostrategii do rozpatrywania rozmieszczenia i możliwości użycia sił zbrojnych w kontekście geograficznym. Albo w ogóle zrezygnujmy z pojęcia geostrategii, jeśli nie różniłoby się niczym szczególnym od geopolityki.
 
Zdumienie wzbudza treść krótkiego podrozdziału: Geopolityka ekonomiczna (s. 33). Zasadniczym jego elementem są panregiony, które miały być wyrazem politycznych (a nie ekonomicznych, jak uważa Autor) trendów zjednoczeniowych o dużym zasięgu przestrzennym. Co więcej, z nieznanych przyczyn Zbigniew Rykiel przypisuje podział świata na panregiony Halfordowi Mackinderowi, który rzekomo miał go przedstawić w publikacji z roku 1943. Jednak w artykule tym nie było o tym mowy; Mackinder podzielił świat na regiony geopolityczne[9] (przede wszystkim wg kryterium ściśle geograficznego, a nie politycznego czy ekonomicznego). Wielkim entuzjastą panregionów był natomiast w pewnym momencie swojego życia Karl Haushofer, który poświęcił im osobną publikację[10].
 
Najważniejszym efektem badań geograficznych są mapy. To z nich studenci powinni czerpać zasadniczą wiedzę. Kłopot w tym, że niedbałość o szczegóły powoduje, iż publikowanie map traci sens – staje się dezinformacją. Pierwsza uwaga dotyczy braku osobnego spisu map, który byłby przydatny. Po drugie, żaden opis mapy nie zastąpi jej samej. Dlaczego więc Autor poświęcił cały akapit na opis planszy „Narody bez przestrzeni i przestrzenie bezludne” (s. 26), a rzeczonej mapy nie zamieścił? Na nic zdaje się założenie: „Zdecydowano się […] na ograniczenie szaty graficznej książki do takich map, których czytelnik nie znajdzie łatwo gdzie indziej” (s. 19), ponieważ tej mapy nie można znaleźć łatwo.
 
Przy mapie zatytułowanej „Struktura światowego systemu ekonomiczno-politycznego w 2000 r.” nie podano źródła (s. 233), co jest uchybieniem samym w sobie. Biorąc pod uwagę, jak wielkie znaczenie przypisuje Autor neomarksistowskiemu globalizmowi, można uznać, iż ta mapa to swoisty klucz do zrozumienia geografii politycznej współczesnego świata. Choć umieszczenie poszczególnych krain w kategoriach Wallersteina nie zawsze jest możliwe w sposób jednoznaczny, warto jednak zauważyć kilka wyraźnych błędów. I tak np. Pakistan, zwłaszcza jego zachodnie, „plemienne” pogranicze nie ma charakteru przemysłowego i nie jest wystarczająco silnie związany handlowo i kapitałowo z „rdzeniem”, aby można go było umieścić w kategorii „semiperyferii”. Z kolei Botswana ma zbliżony do RPA PKB per capita oraz charakter związków z „rdzeniem” (handel diamentami, drobne przepływy towarowe i kapitałowe) i daleko jej do charakteru autarkicznego, nie powinno więc być tak, że Botswana to „tło” a RPA „semiperyferie”.
 
Nie można się również zgodzić z przypisaniem Nigerii, słabo rozwiniętego kraju o gospodarce rolniczo-górniczej (jej główny związek z „rdzeniem” to eksport ropy naftowej) do „semiperyferii”, zwłaszcza że do tej kategorii należą np. Tajwan i Korea Południowa, eksportujące do „rdzenia” wysoko przetworzone produkty zaawansowane technologicznie. Generalnym błędem tej mapy jest względne przeszacowanie państw dużych, a przecież przynależność do kategorii Wallersteina nie zależy od wielkości terytorium i liczby ludności.
 
Wszystkie powyższe uwagi krytyczne nie negują zasadniczo pozytywnej opinii. Omawiana praca zawiera mnóstwo ważnych informacji. Można wyrazić przekonanie, że Podstawy geografii politycznej Zbigniewa Rykla to interesująca lektura dla wykładowców i studentów politologii oraz pokrewnych kierunków studiów, a także osób poszukujących wiedzy ściśle geopolitycznej. Wydaje się, że trudności w stworzeniu bliskiego doskonałości podręcznika geografii politycznej mają często obiektywny charakter: problem w samym określeniu przedmiotu badawczego, względna słabość polskiej literatury naukowej (zwłaszcza z zakresu geopolityki), powszechne publikowanie map z rozmaitymi błędami, trudności w odgraniczeniu polityki od innych dziedzin życia społecznego – z tymi wszystkimi trudnościami musi się zmierzyć każdy autor pragnący uporządkować dorobek geografii politycznej i stworzyć podręcznik akademicki.
 
 
Źródło: „Geopolityka” 2009, nr 1(2).
 



[1] O „organizmach” państwowych, o istnieniu granic „naturalnych”, o absolutnej niezbędności terytorium jako atrybutu państwa i wiele innych.
[2] W skorowidzu rzeczowym przy haśle „korporacje ponadnarodowe” pominięto te właśnie strony: 85, 88-92. Jest to jedyna „wpadka” edytorska, wykryta przez autora niniejszej recenzji.

[3] J. E. Stiglitz, Globalizacja, Warszawa 2004, s. 30, 34, 43-45.
[4] Kryzys finansowy 2008 roku ma charakter globalny, a jego przyczyny są w mniejszym stopniu związane z polityką poszczególnych państw, choć i w tym przypadku są wyjątki, jak np. Islandia.
[5] Posługując się rodzimym przykładem, można zauważyć, że na 15 przedsiębiorstw o największych przychodach w Polsce, tylko 6 stanowią spółki założone przez tego rodzaju korporacje (Metro Group, Fiat, Jeronimo Martins, BP, Volkswagen i Tesco), a pozostałe to przedsiębiorstwa lub grupy kapitałowe z dużym udziałem skarbu państwa, będące tylko częściowo (poprzez akcje) własnością zagranicznych korporacji. Niektóre spółki założone przez korporacje transnarodowe nie ujawniły zysków; w pozostałych przypadkach widoczna jest różnica pomiędzy zyskiem brutto a zyskiem netto, którą stanowią świadczenia na rzecz państwa.
[6] Warto zauważyć, że większość najbardziej kontrowersyjnych stwierdzeń (o rasach, a także poruszone wyżej: o „eksploatacji” Brazylii przez Szwajcarię oraz płaceniu przez państwa „podatków” korporacjom) zaczerpnął Autor z publikacji P. Taylora i C. Flinta. Por.: Idem, Political Geography. World Economy. Nation-State and Locality, London 2000.
[7] Chociażby dostępną na stronie internetowej organizacji Freedom House mapę „wolności politycznej” współczesnego świata, aktualizowaną co roku (www.freedomhouse.org).
[8] Szczególnie autorstwa Mirosława Sułka.
[9] H. Mackinder, The Round World and the Winning of the Peace, „Foreign Affaires” 1943, nr 4, szczególnie s. 602.

[10] K. Haushofer, Geopolitik der Pan-Ideen, Berlin 1931.
 

Komentarze

komentarze

stat4u