Michał Siudak: Wybory na Ukrainie to wielka niewiadoma

Zelenskidr Michał Siudak

31 marca odbędą się na Ukrainie wybory prezydenckie, których wyników nie sposób przewidzieć. W chwili obecnej liczą się tylko trzej kandydaci: urzędujący prezydent P. Poroszenko, J. Tymoszenko oraz komik – szansonista W. Zełeński. Pierwszy kandydat jest politykiem poważnym i skutecznym. Doprowadził m.in. do tego, że wafelki produkowane przez jego kompanię można kupić niemalże na każdej stacji benzynowej w Polsce,  bezcłowe kontyngenty na płody rolne wywalczone przez jego administrację w UE działają stymulująco na polskie rolnictwo, a – jeżeli wygra wybory – to kto wie…, może nawet pisma Doncowa trafią do kanonu polskich lektur szkolnych. Drugim poważnym kandydatem na urząd prezydenta jest J. Tymoszenko, deputowana do Rady Najwyższej Ukrainy od dzieciństwa, charakterna niewiasta, w dobrych czasach owijała sobie dookoła palca ruskich generałów niczym Telimena w Peterburgu. Gdyby jakiś sąd skazał ją na karę więzienia za afery w których brała udział, musiałaby żyć dłużej niż biblijny Noe, żeby to wszystko odsiedzieć. Choć od tiurmy i objęć kostuchy już raz została uratowana przez znanego  obrońcę praw człowieka i demokratę Pawła Kowala.          

Najbardziej interesujący jest kandydat ostatni – kila miesięcy temu zupełnie nieznany w Polsce artysta kabaretu piątej klepki, który w opracowaniu – prognozie Ośrodka Studiów Wschodnich został umieszczony na szarym końcu jako pretendent niepoważny i opisany w czterech dosłownie zdaniach. Władimira Zełeńskiego (a może Wołodymyra Zełeńskiego) wspiera Igor Kołomojski – najbardziej bezwzględny i mściwy, choć wyglądający jak sympatyczny dziadunio z sąsiedztwa, oligarcha Ukrainy. Zaprzecza jakoby stał za polityczną karierą szansonisty, jednak w te zapewnienia może uwierzyć jedynie osoba kompletnie nie znająca ukraińskich realiów polityczno – biznesowych. Tragiczne jest to, że niektórzy polscy analitycy (w tym ci dyżurni radiowo – telewizyjni) wydają się być przekonani, że Zełeński tylko przechodził obok telewizji należącej do oligarchy Kołomojskiego i postanowił wpaść i zostać prezydentem kraju, w którym łapówka i znajomości są konieczne nawet jeżeli chce się zostać opiekunką w przedszkolu.  Moim zdaniem, mamy do czynienia z dobrze zaplanowaną i realizowaną przez najlepszych spin- doktorów operacją socjotechniczną. Wykorzystano w niej ogromną niechęć i rozczarowanie społeczeństwa ukraińskiego do klasy politycznej oraz deklaracje, że chętnie zagłosuje na kandydata spoza establishmentu. Stworzono w telewizyjnym tasiemcu „Sługa narodu” postać dobrodusznego nauczyciela, który zostaje prezydentem Ukrainy i dzielnie walczy z patologiami ukraińskiej rzeczywistości. Wykorzystano zjawisko, że ludzie mają tendencję do mieszania i utożsamiania aktorów z postaciami, które grają. Nawet, jeżeli zdają sobie sprawę, że aktor i grana przez niego postać to dwie rożne osoby, to pozytywne emocje wobec fikcyjnego bohatera i tak przerzucą na postać rzeczywistą, bo tak działa ludzka psychika. A ponieważ społeczeństwo ukraińskie jest  „telewizyjne”, pochłonięte walką o przeżycie od pierwszego do pierwszego i nie ma czasu na jakakolwiek głębszą refleksję, popularności komika przekłada się sondaże prezydenckie. Pytanie tylko, czy te przełożą się na wynik wyborów.

W. Zełeński to ukraiński Nikodem Dyzma. Nie trzeba być specjalistą od mowy ciała i psychologii, aby dostrzec, że kandydat na prezydenta dużego kraju w Europie czuje się bardzo niepewnie na gruncie politycznym. W jednym z niewielu wywiadów, i do tego starannie wyreżyserowanym, w telewizji „1+1”, będącej własnością Igora Kołomojskiego, Zełeński z rozbieganymi oczami, patrzący poza kamerę, jakby bał się reakcji jakiegoś surowego oficera prowadzącego, opowiada niepewnym głosem, oczywiście po rosyjsku, polityczne banialuki. Wyglądał jakby odgrywał wcześniejszej napisaną rolę w której źle się czuje. Szczególną uwagę zwraca tyrada o potrzebie ukrainizacji aparatu państwowego wygłoszona „mową okupanta”. Program polityczny Zełeńskiego, pisany z udziałem internautów, to mieszanina postulatów socjalistycznych z liberalnymi, worek Dziadka Mroza z którego każdy sobie wyjmie, co potrzebuje. Nie bez przyczyny szef sztabu wyborczego Zełeńskiego zapowiedział stanowczo, że nie przewiduje żadnych debat przedwyborczych, co w obliczu żenującej wiedzy politycznej kandydata nie może dziwić.

W. Zełenski nie jest osobą, jak chce go postrzegać społeczeństwo ukraińskie, spoza układu polityczno – biznesowego. Wiemy, że posiada znaczne udziały w spółkach (w tym rosyjskich) zarejestrowanych na Cyprze, który jest azylem – pralnią dla mafii i szemranego biznesu ze wschodu, zaś jego ojciec jest dobrze ustosunkowany w środowisku oligarchicznym (klanie dniepropietrowskim do którego należy Kołomojski i z którego wyszła Tymoszenko). To swoisty paradoks, że spośród najważniejszych kandydatów na urząd prezydenta ten jest najmniej ukraiński – w wywiadach i życiu prywatnym mówi wyłącznie po rosyjsku, zresztą występował w rosyjskich komediach romantycznych, na które otrzymał dotacje z budżetu FR, nawet w 2015 roku, już po aneksji Krymu. Możliwy wybór Zełeńskiego na najwyższy urząd w państwie będzie świadczył o  dużej niedojrzałości politycznej społeczeństwa ukraińskiego i może mieć groźne następstwa w perspektywie długoterminowej. Jak pokazują sondaże, Zełeński może liczyć przede wszystkim na głosy w południowej i wschodniej (rosyjskojęzycznej) części kraju. Jeżeli spróbuje złagodzić stosunki z Federacja Rosyjską i zakończyć ustępstwami konflikt w Donbasie,  do tego środowisko które za nim stoi, schłodzi (co zapowiada) kurs pro -europejski i euroatlantycki, zagra na interesy z Chińczykami, czyli powróci do tradycyjnej ukraińskiej polityki gry na kilku fortepianach, a do tego nie polepszy się sytuacja materialna Ukraińców i nie będzie walki z korupcją (bo pod rządami Kołomojskiego z tylnego fotela nie będzie), to jest wielce prawdopodobne, że za pięć lat (lub nawet w trakcie kadencji) dojdzie do powtórki z Majdanu. Zachód Ukrainy, pod wpływem diaspory z Kanady i USA, nie pogodzi się na rosyjskojęzycznego prezydenta, który zapewne porzuci galicyjską wizję polityki historycznej oraz tożsamości narodowej i zrezygnuje z (i tak zresztą jedynie deklaratywnego) kierunku na Europę, której częścią uważają się zachodni Ukraińcy. Do dwóch wcześniejszych Majdanów dochodziło właśnie w sytuacji konfrontacji dwóch geopolitycznych wizji Ukrainy – pomostu między wschodem i zachodem (Kuczma, Janukowycz) i  (przynajmniej teoretycznie) proeuropejskiej i euroatlantyckiej. Nie sposób jednak przewidzieć polityki jego mocodawców wobec Rosji: może próbować złagodzić obecny kurs konfrontacyjny na bardziej pragmatyczny, ale nie musi. Trzeba pamiętać, że Kołomojski jest jednym z głównych sponsorów Prawego Sektora i tzw. „oddziałów ochotniczych”, szkolonych w Izraelu, gdzie w chwili obecnej mieszka oligarcha. Sam Zełeński, podczas wizyty we Lwowie, łamanym ukraińskim powiedział, że Krym i Donbas ma wrócić do Ukrainy, choć to raczej bajka dla galicyjskich weteranów ATO. 

Można próbować stawiać jeszcze wiele pytań, np. jak będą wyglądać stosunki Ukrainy z Izraelem i USA i jaka w tych stosunkach będzie rola Chabad Lubawicz, której członkiem i sponsorem jest grupa oligarchów skupiona wokół Kołomojskiego? Czy pod hipotetycznym przywództwem W. Zełeńskiego będziemy mogli jeszcze mówić o jakimś strategicznym partnerstwie polsko – ukraińskim czy pogrążymy się w komizmie rodem ze „Sługi narodu”, albo też polscy eksperci od polityki wschodniej, z poczuciem lepszej sprawy, będą się bawić w grę: „Mówił dziad do obrazu…”.? Jednak z perspektywy polskiej, spośród najważniejszych kandydatów na prezydenta Ukrainy, byłby prawdopodobnie politykiem budzącym nadzieję na polepszenie  napiętych  stosunków polsko – ukraińskich. Jest mało prawdopodobne, aby Zełeński, wychowany w tradycji żydowskiej, kontynuował politykę historyczną W. Wjatrowicza. Takich nadziei nie dają ani Poroszenko, ani Tymoszenko, mający poparcie w elektoracie patriotycznym i nacjonalistycznym.

Niniejsze krótkie opracowanie należy traktować jako hipotetyczne. Proszę zwrócić uwagę  na brak  analiz eksperckich sytuacji nad Dnieprem. Te z którymi mamy do czynienia, to jedynie mniej lub bardziej udana prasówka internetowa, co bardzo źle świadczy o kondycji polskiego wschodoznawstwa. Moim zdaniem, te wybory nie będą miały przełomowego znaczenia dla Ukrainy, ważniejsze będą te za pięć lat, o ile będą. Jeżeli prezydentem zostanie Poroszenko, co jest mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe, będzie kontynuował obecną politykę i, jako potentat na rynku rolno – spożywczym, dążył do wynegocjowania korzystnych warunków handlu z UE, co nie wróży niczego dobrego dla polskiego rolnictwa. Jeżeli wygra Tymoszenko, nie sądzę, aby wektory ukraińskiej polityki zagranicznej uległy znaczącej zmianie, choć nie jest wykluczone, że nie posłucha doradców zza oceanu i spróbuje rozwiązać lub wygasić konflikt w Donbasie. Jeżeli wygra Zełeński, Ukraina stanie się łupem dla oligarchicznej grupy Kołomojski – Firtasz – Lowoczkin i ulegnie procesowi dalszej „afrykanizacji”. Do tego dojdzie konflikt tożsamościowy zachodu i wschodu Ukrainy, umiejętnie podsycany przez graczy światowych oraz wewnętrzne siły polityczne i w 2024 roku (lub do tego roku) będzie kolejny Majdan, którego konsekwencją może być rozpad kraju.

Jest jeszcze możliwość trzecia – Zełeński jest „kandydatem na podpuchę”, wystawionym przez grupę Kołomojskiego, aby nie dopuścić do zwycięstwa znienawidzonego przez niego Poroszenki. Do drugiej tury wchodzi Tymoszenko, mająca dobre stosunki z Kołomojskim i Zełeński. Następnie przedstawia się Zełeńskiego jako politycznego Dyzmę (czyli prawdziwie), aranżuje debaty polityczne z Tymoszenko, które ten pierwszy przegra. Koniec – końców, wygrywa osoba związana z Kołomojskim. Tymoszenko dokonuje deal z Kołomojskim, dając zaplecze polityczno – organizacyjne, którego nie trzeba organizować Zełeńskiemu. A do tego będzie patriotycznie i po ukraińsku. Gdyby do drugiej tury wszedł Poroszenko, przedstawi się społeczeństwu Zełenskiego jako męża opatrznościowego i dar z niebios i wygra…?  Oligarchia skupiona wokół Kołomojskiego na złość Poroszence, bo przecież nie dla dobra Ukrainy. A jak coś pójdzie nie tak, można zawsze spakować walizki, wyciągnąć jeden z kilku paszportów i wylecieć pod palmy.  

* * *

Dr Michał Siudak – adiunkt w Katedrze Ukrainoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, tłumacz przysięgły języka ukraińskiego, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej.

 

Komentarze

komentarze

stat4u