Michał Siudak: Ukraina, Rosja i sprawa polska

UAdr Michał Siudak

Śledząc od początku konfliktu ukraińskiego wypowiedzi polskich polityków i narrację głównych oraz tych bardziej niszowych ośrodków medialnych, odnoszę wrażenie, że znaczną część polskiej elity intelektualnej i wielu polityków ogarnęło jakieś szaleństwo.

Polska

Gen. Stanisław Koziej „nie wyklucza”, iż Rosja mogłaby zaatakować Polskę i byłaby na to gotowa w ciągu dwóch lat, gen. Waldemar Skrzypczak ripostując, zauważa z iście żołnierską delikatnością, iż jest to zwykłe „pieprzenie”. Prof. Anna Raźny i prof. Adam Wielomski starają się zaś udowodnić, że jedynym antidotum na wszelkie bolączki Polski i zdegenerowanej moralnie Europy oraz „pustki metafizycznej Ameryki” jest Rosja putinowska oraz filozofia polityczna Aleksanda Dugina i Aleksandara Panarina. A. Wielomski i A. Raźny taktownie przemilczają fakt, iż stan moralny, duchowy i psychiczny narodu rosyjskiego, owszem, podnoszącego się z upadku komunizmu, jest – mówiąc bardzo oględnie – opłakany.

W najbardziej chyba „proukraińskim” polskim środowisku, skupionym wokół red. Tomasza Sakiewicza i jego dziennika „GPC”, możemy codziennie przeczytać analizy noszące znamiona naukowości i opinie dziennikarskie nt. prawdopodobnie zbliżającej się na dniach interwencji rosyjskiej w Polsce, potrzebie włączenia się Polaków do konfliktu na Wschodzie, a nade wszystko akcji osłabiania Rosji. Redaktor T. Sakowicz, zdecydowanie opowiadający się za potrzebą lustracji i dekomunizacji w Polsce, chętnie publikuje komunikaty wojenne opracowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, której służbowcy nigdy nie słyszeli o żadnej lustracji, a wielu z nich znało osobiście tow. Jurija Andropowa, a może nawet Leonida Breżniewa. Zresztą, komunikatom SBU nie wierzy żaden rozsądny Ukrainiec.

Media związane ze środowiskami kresowymi chętnie publikują wieści ukazujące Ukraińców w jednoznacznym negatywnym świetle. A to armia ukraińska ostrzelała jakiś kwartał mieszkalny, w administracji ukraińskiej źle się dzieje, Ukraińcy stracili kontrolę nad własnym państwem… Słowem… im gorzej na Kresach, tym lepiej. Przypuszczam, że autorami części z tych wiadomości są specjaliści z Kremla. Dodam na marginesie, że polska prasa jest zupełnie nieodporna na działania propagandowe międzynarodowych agencji informacyjnych, wyspecjalizowanych w tzw. wojennym PR. Ta dziedzina aktywności informacyjnej jest niezwykle ważna w prowadzeniu współczesnych wojen, chociażby wspomnieć Irak w którym miała znajdować się broń masowego rażenia, a której do dzisiaj nie znaleziono. Przykładem wojennego PR jest słynna na cały świat masakra w Radaczu. Mordercami w oczach świata zostali źli Serbowie. W rzeczywistości, agencja związana z Arabią Saudyjską, za olbrzymie pieniądze, zorganizowała fotograficzną ustawkę z trupami pozwożonymi z okolicznych szpitali, mających pełnić rolę ofiar serbskiego ludobójstwa. 

Agencje wojennego PR zarabiają na ukraińskiej tragedii krocie. A Polacy pełnią w tej grze zaszczytną rolę pionków.

Rosyjski kłopot

Pragnę zauważyć, iż nikt ze zwolenników tezy o rychłym wkroczeniu armii putinowskiej do Polski i dalej w głąb Europy nie zadaje niezwykle ważnego pytania: w jakim celu Rosjanie mieliby zajmować terytorium Polski wchodzące do Unii Europejskiej i najsilniejszego sojuszu militarnego na świecie, jakim jest Pakt Północnoatlantycki? Ryzykując III wojnę światową, zająć niewielki z perspektywy FR skrawek ziemi urodzonych buntowników i rusofobów, aby w zamian wejść w posiadanie mazowieckiego piachu, gleby V i VI klasy niemalże całkowicie pozbawionej przemysłu? Jeżeli Rosjanie nie zaatakowali Zachodu będąc potęgą militarną w szczytowej fazie Zimnej Wojny, pomaszerują dzisiaj w kierunku Berlina i Paryża, dysponując o wiele mniejszym potencjałem wojennym i demograficznym? Po co wreszcie mieliby maszerować na Berlin i Paryż, z którym robią doskonałe i intratne dla obu stron interesy i zdaje się mają ochotę porozumieć się w sprawie Ukrainy ponad głowami Ukraińców?

Przecież nikt z rozsądnych analityków środkowo-wschodniej europejskiej geopolityki nie potrafi sobie nawet wyobrazić armii rosyjskiej we Wrocławiu i Gliwicach, ponieważ te terytoria mają w najbliższym czasie znaleźć się w obszarze bezpośredniej kontroli Berlina w ramach realizacji geopolitycznych programów pangermańskiej szkoły geopolitycznej stworzonej przez F. Neumanna, R. Kjellena, K. Haushofera.

Istotę problematyki rosyjskiej nakreślono w sposób jasny i przejrzysty w środowisku paryskiej „Kultury” J. Giedroycia, na którego pamięć bardzo chętnie powołuje się polska elita polityczna i intelektualna. Juliusz Mieroszewski, jeden z najważniejszych publicystów tego pisma, stwierdził, że z Rosją można się albo dogadać, albo ją pobić. Polscy politycy i dziennikarze robią wszystko, aby jeden i drugi postulat uczynić niemożliwym. Polska graniczy z FR na morzu i lądzie i rosyjskie jednostki wojskowe mogą wkroczyć do Polski właśnie teraz, podczas gdy nasi najważniejsi zachodni alianci Amerykanie mogą przyjść nam z odsieczą po wypełnieniu wszystkich procedur prawnych, trwających co najmniej 3 miesiące. Wtedy Polskę trzeba by odbijać z rąk rosyjskich, a nie bronić. Z punktu widzenia militarnego obrona to jedno, wyzwalanie – drugie zagadnienie. Ale tą kwestią niemalże nikt w Polsce nie zaprząta sobie głowy.        

Geopolityczna sytuacja Rosji w Europie Środkowo-Wschodniej jest najlepsza od lat. Rosjanie z kaliningradzkiej enklawy kontrolują Morze Bałtyckie, poprzez aneksję Krymu i najprawdopodobniej zainstalowanie tam w najbliższym czasie broni nuklearnej kontrolują Morze Czarne, na osi Kaliningrad – Symferopol znajduje się bardzo dobrze uzbrojona sojusznicza Białoruś. Rosjanie będą i mają ochotę na przejęcie terytoriów Litwy, Łotwy i Estonii, ale zechcą tego dokonać na drodze paszportyzacji mniejszości rosyjskiej oraz wpływu kulturalnego.

W chwili obecnej Rosjanie robią wszystko, aby „wyrąbać” sobie korytarz na Krym i tym samym osaczyć z trzech stron Ukrainę, której sytuacja geopolityczna i ekonomiczna miała poprawić się po „Rewolucji Godności”, a stała się dzisiaj wręcz katastrofalna i skazała ten bogaty w surowce i urodzajne ziemie kraj na rozdarcie i biedę.

Sprawa ukraińska

Śledząc poważne ukraińskie periodyki i portale internetowe nietrudno dostrzec, że Ukraińcy nie podzielają polskiego animuszu wojennego. Podczas gdy w Polsce poważni żurnaliści zastanawiają się, czy Rosjanie wkroczą do Polski, w Ukrainie pisze się o sporze pomiędzy klanami oligarchów, którzy usiłują sprywatyzować państwo ukraińskie. Podobnież w wyniku sporu pomiędzy klanem urzędującego prezydenta P. Poroszenki i klanem bankowca I. Kołomojskiego kurs hrywni wobec dolara poszybował gwałtownie w dół i Ukraińcy spodziewają się wzrostu ceny żywności o 20-30%. Przedmiotem sporu miało być kontrolowanie przedsiębiorstwa paliwowego „Naftohaz”. Kasa państwowa świeci pustkami, w Radzie Najwyższej rozpędziła się maszynka legislacyjna, w wyniku działania której sami deputowani nie mają pojęcia nad czym głosują. Podwyższono akcyzę na używki, podatek od wydobycia kopalin wzrósł z 25% do 55% – co było warunkiem udzielenia Ukrainie kredytu MFW – podwyższono także podatek od nieruchomości.

Media ukraińskie komentują także przebieg ogłoszonej ostatnio mobilizacji. Z doniesień wynika, że chęć pójścia do wojska zgłasza jeden na trzynastu poborowych. Ukraińcy masowo unikają poboru do armii – z Ukrainy centralnej i wschodnich obwodów kraju wyjeżdżają do Rosji (kuszeni przez administrację Putina), a z zachodu Ukrainy do Polski, Słowacji, Czech, Węgier i Rumunii.

W jednej w poważnych gazet ukraińskich można było przeczytać wiadomość dotyczącą kosztów jakie na świętowanie swoich urodzin poniósł Pan Witor Pińczuk, słynący z kolekcjonowania dzieł sztuki, przyjaciel wielu możnych tego świata m.in. Stevena Spielberga. Impreza zorganizowana w szwajcarskim Davos kosztowała 5 000 000 euro. Jednym z gości honorowych był były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, prywatnie zięć solenizanta, oskarżany kilka lat temu przez Amerykanów o zorganizowanie do dzisiaj niewyjaśnionego zabójstwa opozycyjnego dziennikarza Heorhija Gongadze. Dzisiaj L. Kuczma jest negocjatorem spraw Ukrainy w Mińsku.

Wydaje się, że Ukraińcy powoli zaczynają rozumieć, że zostali wciągnięci w nie do końca dla nich czytelną rozrywkę geopolityczną wielkich potęg militarnych i ekonomicznych tego świata: USA, Niemiec, Rosji, Chin, a być może także Izraela. Protestowali na Majdanie przeciwko korupcji, oligarchii, biedzie i rozpadowi państwa. Dzisiaj mają rozpad państwa, oligarchię i biedę. Chcieli stać się gospodarzami we własnym kraju – mają ministrów, którym na gwałt władza nadaje ukraińskie paszporty, doradców finansowych z całego świata (w tym L. Balcerowicza), a reforma państwa dokona się pod dyktando MFW. Fundusz nie jest organizacją charytatywną tylko poważnym ośrodkiem presji ekonomiczno-politycznej i podyktuje Ukrainie bardzo korzystne dla siebie warunki udzielenia pomocy finansowej. Jednym słowem, terytorium państwowe Ukrainy obsiadły „kosmopolityczne mafie” (J. Oleksy) bądź „środowiska międzynarodowej kanalii” (R. Dmowski).   

O roli Polski w rozwiązaniu konfliktu militarnego nikt prawie że nad Dnieprem nie wspomina.

Dlaczego zatem konflikt na Ukrainie znajduje się w centrum zainteresowania polskich mediów i polskich polityków? Można wskazać kilka przyczyn. Po pierwsze, bardzo zły stan państwa polskiego. Konflikt na Ukrainie pełni rolę „kanalizatora opinii publicznej”, mającego zasłonić masową emigrację młodzieży, zadłużenie publiczne i zły stan gospodarki. Po drugie, siły polityczne w Polsce będą grać kwestią ukraińską i rosyjską w trakcie zbliżającej się kampanii parlamentarnej i prezydenckiej – chodzi o słowa śp. Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w stolicy Gruzji Tyflisie. „Dzisiaj Gruzja, jutro Ukraina, a później może mój kraj Polska.” 

Ale najważniejszą przyczyną jest ogłoszony przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego plan modernizacji polskiej armii, na którą przeznaczono olbrzymią kwotę 140 mld. złotych.

Kluczem do rozumienia polskiego zaangażowania na Wschodzie niech będzie deklaracja Pana ministra Grzegorza Schetyny o gotowości sprzedaży polskiej broni Ukrainie. Mówiąc w krótkich żołnierskich słowach – Polacy wyprzedają po kosztach broń przestarzałą i zalegającą magazyny Ukraińcom, którzy sobie ją wystrzelają na Wschodzie. Polacy biorą kredyt bankowy i na Zachodzie kupują broń przestarzałą, zapełniającą do wczoraj magazyny amerykańskie, niemieckie, francuskie, angielskie lub izraelskie. Wtedy w Waszyngtonie, Berlinie, Paryżu, Londynie i Tel – Avivie biorą kredyt i kupują najnowocześniejszą wojskową myśl technologiczną, którą później…   

Z odprysków po takim handlu da się utrzymać niejedną redakcję i niejeden niezależny portal.

I tyle.

Wnioski

Najsmutniejsze jest to, że żaden z polskich polityków i intelektualistów oraz dziennikarzy nie dopuszcza możliwości wzięcia obronności kraju we własne polskie ręce.  Przecież najprostszym wyjściem z klinczu Niemcy – Rosja byłoby dopuszczenie Polaków i Polek do broni palnej, w tym szybkostrzelnej. Po odbyciu szkolenia wojskowego, abiturient kursu otrzymuje karabin maszynowy i dzienny zapas amunicji – podobnie jak w Szwajcarii. Do tego wystarczyłoby wyposażyć polską armię w granatniki, moździerze i rakiety ziemia – powietrze, zdolne do kruszenia rosyjskich pancerzy dostępne na rynku za niewielkie pieniądze. Nie trzeba kupować helikopterów naszpikowanych elektroniką za miliony dolarów i przestarzałego sprzętu latającego, jakim są samoloty F-16. Wystarczy nauczyć polską młodzież „obrony zza winkla” – jak proponował śp. J. Giedroyć – Polska byłaby bezpieczna. Jednym słowem, polska doktryna obronna powinna się opierać na założeniu nieopłacalności okupacji polskiego terytorium przez potencjalnych agresorów. Jednak nikt z polskich przywódców nie proponuje uczynienia z Polski drugiej Szwajcarii, a nie daj Bóg Izraela.  Cóż … Pozostaje naiwna wiara w wierność sojuszników.

Józef Beck podobnież zwrócił się do swojego adiutanta ostatniego dnia sierpnia 1939 roku tymi słowy: „Dzisiejszej  nocy  możemy spać spokojnie”.

Fot. zn.ua

Komentarze

komentarze

stat4u