Michał Siudak: Polska polityka prowincjonalna

sejm_sala_obrad_600dr Michał Siudak

Głównym nieszczęściem Państwa Polskiego – nie tylko w wymiarze geopolitycznym, ale także kulturowym i społecznym – jest prowincjonalizm polskiej elity intelektualnej. Mówił o tym zjawisku w jednym ze swoich wywiadów sędziwy profesor Bogusław Wolniewicz. Ta, powiedzmy szczerze, coraz częściej spotykana dzisiaj ułomność polskiej elity powoduje, że jako naród o tysiącletniej tradycji państwowej, który rządził olbrzymimi połaciami ziemi w Europie Środkowo – Wschodniej, staczamy się – jak to określił przed laty znakomity polski publicysta Juliusz Mieroszewski – do rangi „państw zdeklasowanych”.

Dla polskich elit szczytem obciachu jest zabawa w remizie w rytm „muzyki disco – polo”, ale radosne pląsanie w amerykańskim Teksasie pod wpływem napojów alkoholowych różniących się od rodzimej produkcji użyciem dostępnego surowca bazowego i w takt tak samo nieskomplikowanej w warstwie tekstualnej i harmonijnej „muzyki country”, urasta do rangi cnoty. Na płaszczyźnie geopolitycznej polski prowincjonalizm prowadzi do znacznie gorszych skutków. Kilkanaście dni temu, gdy Rosjanie opublikowali listę tzw. „osób niepożądanych”, polska telewizja, zwana dla niepoznaki publiczną, zapytała pewną panią poseł z wiodącego ugrupowania politycznego, która znalazła się na owej liście o reakcję. Ta odpowiedziała, że jej to nie dotyczy, bo ona w Moskwie nigdy nie była i w ogolę nie zamierza. Zapewne gwiazdor muzyki disco polo Zenek, śpiewając frazę „ty jesteś dla mnie panna zbyt dziecinna” miał na myśli panią poseł. Bo czy można być być posłem Najjaśniejsze Rzeczpospolitej i nie odwiedzić największego kraju sąsiedzkiego…? W polskim państwie, rządzonym przez prowincjonalnych polityków, widocznie można nie pojechać z wizytą do sąsiadów, którzy w warunkach wojennych obrócą w niebyt całe nasze urodzajne ziemie.

Posłowie nie jeżdżą do Rosji, dziennikarze też jej nie lubią, bo do sowietów przecież jeździć nie warto. Tam tylko bród, smród i ubóstwo, do jedzenia dają „kartoszki z masłom”. Gdyby ich zapytać jakie sprawy Rzplitej załatwiła na carskim dworze niejaka mickiewiczowska Telimena, pytanie wprawiłoby naszą klasę polityczną w większe zgryzoty i katusze niż „Gdzie się podziały tamte prywatki…” Nie warto gadać z Ruskimi, bo przed „kacapią” obronią nas nasi amerykańscy przyjaciele. Problem w tym, że jeszcze nasi sojusznicy nie wymyślili broni na ruskie „Iskandery”, które w razie wojny obrócą nasz kraj w kupę gruzu.

Do ruskich wcale nie musimy jeździć, bo się na nich obraziliśmy – ale spytajcie polskich polityków prowincjonalnych o co poszło, to usłyszycie, że chodzi o Katyń (nasi amerykańscy przyjaciele nie chcą do dzisiaj nam udostępnić swoich danych wywiadowczych na ten temat), o jakieś tam prawa człowieków i takie tam inne „problemy polityki światowej”. Ze złym Putinem (którego pradawne imię brzmi Vlad Palovnik Putinescu) kontaktów nie utrzymujemy, bo to oczywista, że z reżymem na miarę wuja Adolfa się nie rozmawia. Wystarczy, że sprawy polskie w Moskwie załatwiają nasi „strategiczni partnerzy” w osobie kanclerz Merkel, prezydenta Francji czy aktualnie urzędującego prezydenta USA, który nie zamierza znieść wiz dla Polaków, chociaż polska diaspora w tym kraju, pod warunkiem jej odpowiedniej organizacji, mogłaby konkurować z diasporą żydowską.

Polska polityka prowincjonalna nie zadaje sobie takich pytań, bo i jak może je sobie zadawać…? Niedawno słyszałem, jak jeden poseł z ugrupowania sejmowego stawiał za wzór Polakom ochronę zdrowia w Czechosłowacji…

Historia i współczesność

Polacy są narodem, który geopolitykę podniósł do rangi sztuki. Wł. Bączkowski, A. Bocheński, R. Dmowski… Listę długo by można kontynuować.

Chciałbym się jednak skupić na jednym nazwisku uważanym przez twórców polskiego państwa za autorytet w stosunkach międzynarodowych. Chodzi mi o Jerzego Giedroycia, jak słusznie zauważa Rafał Ziemkiewicz, intelektualistę, na którego się w Polsce wszyscy się powołują, tyle, że niewielu go rozumie.

Nie czas w tym krótkim opracowaniu o polemikę czy redaktor „Kultury” miał rację, gdy propagował współpracę polskoukraińską, czy nie. Propagował przecież partnerstwo polskorosyjskie, twierdząc nawet, co się w głowach polskiej polityki prowincjonalnej nie mieści, że państwo polskie, aby przetrwać na linii konfrontacji geopolitycznej między Wschodem i Zachodem, musi porozumieć się ze swoim największym sąsiadem – Rosją – z którą nie mamy żadnego konfliktu granicznego .

Na łamach paryskiej, „Kultury” w latach 70-tych, zaczęto omawiać sprawę chińską (m. inn. z perspektywy polsko – ukraińskiej – o której mało kto wie), gdy ChRL zmagało się z chaosem gospodarczo – politycznym.

Gdy w połowie lat 90-tych, śp. Jerzy Giedroyć powiedział w programie B. Czajkowskiej, że Polska powinna pilnować swoich spraw na kierunku wschodnim, m. inn. w Mongolii, to się współczesne prowincjonalne autorytety, specjaliści od zadłużania Polaków na pokolenia rozpisywały, że stary dziadek zwariował. Redaktor „Kultury” twierdził, że jednym z państw kluczowych na obszarze Euroazji, z gepolitycznego punktu widzenia, jest Mongolia. Apelował do rozwagi Polaków, że ciężar polityki światowej przeniósł się do Azji, a państwo spadkobierców Czingis – chana odegra jeszcze niejedną z ról w światowej polityce.

Oj, Panie…, wśród Ojców Założycieli III RP, była śmichu kupa..

* * *

W polskich mediach dramatyczna cisza na temat spotkania w Ufie i bojów o Mongolię

O wszystkich ustaleniach na światowych zjazdach polska prowincja medio- intelektualna, pozorująca na głębie intelektualne, których nie posiada, dowie się po czasie – czyli jako ostatnia.

Żeby się tylko ta zabawa nie skończyła jak roku 1939.

 

Komentarze

komentarze

stat4u