Michał Kędzierski: Niemcy – powrót do „wielkiej gry” ?

2596103
Michał Kędzierski
 
Przez lata ponaglane przez sojuszników, w końcu dorosły. Niemcy mają wziąć odpowiedzialność za globalny porządek i zaangażować się w rozwiązywanie światowych kryzysów. Czy rzeczywiście zerwą jednak z „kulturą wojskowej powściągliwości”?
 
Na przełomie stycznia i lutego podczas Międzynarodowej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium spotkali się szefowie państw i rządów oraz ministrowie spraw zagranicznych i obrony kilkudziesięciu państw świata. Mimo że głównym tematem rozmów były problemy światowego bezpieczeństwa, część polityków i komentatorów była bardziej zainteresowana tym, czy w końcu Niemcy, od lat hołdujące „kulturze powściągliwości” w polityce zagranicznej, wezmą na siebie część odpowiedzialności za światowe bezpieczeństwo. Od powołania trzeciego rządu Angeli Merkel zewsząd płynęły zachęty, żeby Niemcy jako największa gospodarcza potęga Europy i motor napędowy Unii Europejskiej wzięły na siebie odpowiedzialność za globalny porządek, odpowiadającą potencjałowi kraju. Wszyscy ci, którzy na to czekali, nie przeliczyli się. Z Monachium popłynął wyrazisty sygnał do sojuszników – koniec z polityką powściągliwości. 
 
Zbyt ważni, by się uchylać
 
Jeszcze przed rozpoczęciem konferencji ministrowie spraw zagranicznych i obrony Frank-Walter Steinmeier i Ursula von der Leyen sygnalizowali nowe otwarcie w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Pani minister, przywołując od dawna formułowane prośby Francuzów o wsparcie ich misji w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej, opowiedziała się za „wzięciem odpowiedzialności za Afrykę”. Niemcy „nie mogą patrzeć z boku tam, gdzie przemoc i gwałt są na porządku dziennym” – mówiła von der Leyen – „Nie możemy pozwolić, żeby przez ten konflikt cały region stanął w płomieniach”. 
 
Wtórował jej szef dyplomacji. Podczas swojego „expose” w Bundestagu mówił: „Polityka wojskowej powściągliwości jest o tyle słuszna, o ile nie jest mylona z kulturą uchylania się. Na to jesteśmy w Europie trochę zbyt duzi i zbyt ważni”. Trzeba przyznać, że nowy-stary minister (sprawował już tę funkcję w latach 2005-2009) rozpoczął urzędowanie z werwą – nieustanne spotkania z odpowiednikami w innych krajach (w Paryżu był kilka razy w ciągu miesiąca), udział w konferencjach dotyczących Syrii, a ostatnio podjęcie mediacji w sprawie porozumienia Amerykanów z prezydentem Afganistanu w sprawie misji szkoleniowych NATO po wycofaniu wojsk w tym roku. Jest wszędzie. Ostatnio przebił nawet Angelę Merkel w rankingu popularności.
 
Zerwanie z Westerwelle
 
W Monachium do Steinmeiera i von der Leyen dołączył prezydent Joachim Gauck, który jednoznacznie domagał się większego zaangażowania Niemiec w rozwiązywanie światowych kryzysów, nie wykluczając przy tym użycia siły militarnej. Chociaż podkreślił, że „Niemcy nigdy nie będą popierać czysto siłowych rozwiązań i będą działać rozważnie z wykorzystaniem środków dyplomatycznych”, w sytuacjach podbramkowych muszą być gotowe do wysłania Bundeswehry. Dwa warunki to staranne rozważenie skutków oraz mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ. „Jesteśmy zbyt duzi, by jedynie komentować politykę światową zza linii bocznej” – zaznaczył z kolei Steinmeier, a von der Leyen dodała: „Jeśli dysponujemy środkami i możliwościami, ponosimy również odpowiedzialność, by się zaangażować”. 
 
W ten oto sposób trzy z czterech osób, kształtujących politykę zewnętrzną Niemiec (bez kanclerz Merkel), zerwały jednoznacznie z polityką poprzedniego rządu, której gorliwym wyznawcą był poprzedni szef dyplomacji Guido Westerwelle. Zwykł on na przykład mawiać: „Polityka wojskowej powściągliwości jest nam Niemcom do twarzy. To jest podstawa mojej całej kariery politycznej”. W imię tej zasady podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa nad autoryzacją interwencji w Libii w 2011 roku Niemcy wstrzymały się od głosu, wystawiając swoich sojuszników, a stając w jednej linii z Rosją i Chinami. Była to jedna z największych klęsk wizerunkowych niemieckiej polityki zagranicznej ostatnich lat, a całe odium spadło na Westerwellego, który tę aferę przypłacił posadą szefa FDP i stanowiskiem wicekanclerza.
 
Z konsumentów w producentów
 
Skąd właściwie taka zmiana? Dlaczego Niemcy porzucają swoją zasadę powściągliwości, którą wyznawał przecież nie tylko Westerwelle, ale także jego poprzednicy? Od wielu lat sojusznicy z UE i NATO (w tym minister Sikorski w słynnym przemówieniu w Berlinie) namawiali Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności i wykazania większego zaangażowania w Europie i na świecie. Globalny porządek zaczął się zmieniać – pojawiły się nowe mocarstwa, nowe wyzwania i zagrożenia, a Stany Zjednoczone nie są już w stanie być wszędzie. O porządek, z którego Niemcy jako mocarstwo gospodarcze i handlowe, lecz nie militarne, czerpią garściami od kilkudziesięciu lat i któremu zawdzięczają swoją obecną pozycję, muszą dziś również zadbać sami beneficjenci. Nie mogą być już jedynie „konsumentami” bezpieczeństwa, tak jak to było przez ostatnie dziesięciolecia, ale muszą razem z innymi wypełnić lukę po supermocarstwie. Zaangażowanie USA staje się bardziej selektywne, co było widoczne chociażby w przypadku kryzysu w Afryce Północnej, kiedy Waszyngton nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za interwencję w Libii i zapraszał do tego państwa europejskie – Francję, Wielką Brytanię i Niemcy. Te ostatnie odmówiły.
 
Niemcom jako mocarstwu gospodarczemu i handlowemu w największym stopniu powinno zależeć na trwałości i stabilności porządku globalnego, swobodnej wymianie handlowej i zażegnywaniu kryzysów. Dziś, kiedy ten ład nie ma się już tak dobrze, jak dawniej, Niemcy najwyraźniej „dorosły do wzięcia na siebie odpowiedzialności, odpowiadającej swojej wadze w świecie”, jak napisała publicystka „Der Spiegel” Christiane Hoffmann.
 
A na koniec i tak zadecyduje Merkel
 
Możemy się więc spodziewać większego udziału Niemiec w rozwiązywaniu światowych sporów, brania udziału w negocjacjach, podejmowania się mediacji, wizyt najwyższych oficjeli w zagrożonych rejonach, czy częstych rozmów z najważniejszymi tego świata na temat bieżących problemów. Czy to jednak pociągnie za sobą rzeczywiste zerwanie z „kulturą wojskowej powściągliwości”? Czy Niemcy w razie międzynarodowych interwencji zbrojnych zdecydują się posłać swoich żołnierzy do innych rejonów świata? 
 
To nie jest już takie pewne. Po pierwsze, zastanawiający jest fakt, że sama kanclerz Angela Merkel nie zabiera głosu w tej dyskusji, nie opowiedziała się za polityką „nie zawsze na nie” w kwestii użycia Bundeswehry tak jak jej ministrowie. Ponadto w samym społeczeństwie niemieckim istnieje bardzo duży opór. O ile Niemcy popierają większe zaangażowanie swojego kraju w obronę światowego porządku, to tylko pod warunkiem, że będzie się to odbywać przy użyciu środków dyplomatycznych czy np. pomocy humanitarnej. O wiele mniej mile widziane jest udzielanie wsparcia finansowego (krytyka dofinansowywania Greków), a już największy opór budzi udział własnych żołnierzy w interwencjach zbrojnych. 
 
Możliwe jest zatem, że w tym ostatnim przypadku kanclerz Merkel, korzystając ze swojej wypróbowanej metody, sonduje nastroje w społeczeństwie, czeka, jak zareaguje opinia publiczna na dyskusję o użyciu siły w stosunkach międzynarodowych i dopiero po wyklarowaniu się sytuacji zabierze głos i ogłosi swoje stanowisko. Wydaje się być pewne, że w przypadku oporu społeczeństwa Niemcy znowu uchylą się od udziału w kolejnych misjach wojskowych, choć już na pewno nie tak obcesowo jak Westerwelle w przypadku Libii. 
 
 
Źródło: Nowa Politologia. Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Przeglądu Spraw Międzynarodowych NOTABENE.
 
Photo: http://bilderdienst.bundestag.de/

 

Komentarze

komentarze

stat4u