Mateusz Ambrożek: Istota amerykańskiego offshore balancingu względem Polski

Trump_DudaMateusz Ambrożek

Współczesne analizy polityczne pełne są kategorycznych w istocie stwierdzeń, według których pewne zachowania państw na arenie międzynarodowej są z natury „skuteczne” lub „nieskuteczne”. Bardzo często osoby ferujące podobne wyroki zapominają o podstawowym aspekcie stosunków międzynarodowych, jakim jest dynamiczność interakcji, zmienność poszczególnych taktyk w czasie, a także niepewność jednostkowych zachowań innych graczy. To sprawia, że próbuje się przykładać pewne punkty widzenia jako jedyne możliwe do zrealizowania w każdych warunkach politycznych, zaś zachowania odstępne od tego typu logiki są interpretowane w sposób przystający do ogólnej wizji autora. Nie rozwodząc się specjalnie nad tym wypaczeniem analizy politycznej, należy dostrzec jej jeden zasadniczy minus – brak możliwości analizy krótkoterminowej, która pozwalałaby – nawet przy obserwacji pewnego globalnego trendu – zwrócić uwagę na korzyści wynikające ze współpracy nawet z potencjalnie przegrywającą opcją polityczną.

Współczesne stosunki międzynarodowe, cechujące się narastającą policentryzacją, wymuszają niejako na państwach konieczność jak najszerszej dywersyfikacji kontaktów oraz możliwości współpracy, które mogą przynosić różnorodne korzyści. Żyjemy w czasach, w których kooperacja z państwem, które teoretycznie chyli się ku upadkowi, może się krótkoterminowo opłacić. Wynika z tego, że nie należy tak deterministycznie patrzeć na rzeczywistość międzynarodową, ponieważ skuteczne działanie jest dziś uzależnione od dostrzegania szans i słabości potencjalnych partnerów, które dane państwa mogą przekuć w zyski.

Wszechobecne opinie o zmierzchu prymatu Stanów Zjednoczonych na świecie znajdują odzwierciedlenie w analizie empirycznej i teoretycznej[1]. Oczywistą konstatacją jest obserwacja historyczna, według której wraz ze wzrostem kosztów utrzymywania własnej armii na wysuniętych przyczółkach w pewnym momencie musi nastąpić punkt krytyczny, którego przekroczenie będzie oznaczać sytuację, w której hegemon więcej „dokłada” do własnej dominacji niż z niej otrzymuje[2]. Uznając, że polityka jest narzędziem uzyskiwania korzyści dla każdego państwa, taka perspektywa oznacza konieczność zrewidowania strategii hegemona. W przeciwnym razie straty materialne będą się powiększać, co doprowadzi do katastrofy hegemona[3].

Współcześnie obserwujemy taki właśnie obraz. Kryzys strukturalny, związany z rozwarstwieniem społecznym, wzrastające wydatki publiczne, ale także wzmocnienie tendencji separatystycznych w systemie międzynarodowym przez Chiny, Rosję oraz Niemcy są sygnałami kurczących się możliwości amerykańskich, które w dłuższej perspektywie będą narastać. I tu ujawnia się pierwszy problem deterministycznej analizy, którym jest stosunek do amerykańskiego upadku. Czy pogarszająca się sytuacja hegemona oznacza, że należy zaprzestać współpracy z nim? O ile dla mocarstw regionalnych, czyli takich, które w aktualnych warunkach mają sprzeczne interesy z hegemonem, faktycznie istotnym jest, żeby poszukiwać alternatywnych źródeł wzrostu własnej siły politycznej, o tyle państwa, takie jak Polska, we współczesnej sytuacji międzynarodowej mogą sporo ugrać. Przy naszym położeniu geopolitycznym mamy szansę bezpośredniego oddziaływania na cztery istotne podmioty – Niemcy, Rosję, USA właśnie oraz w przyszłości być może Chiny. Nie wybiegając jednak zbyt daleko w przyszłość, przyjrzyjmy się temu, co takiego Polska może uzyskać w materii stosunków międzynarodowych współpracując przejściowo z Amerykanami.

OFFSHORE-BALANCING, CZYLI SILNY ZE SŁABYM PRZECIWKO ŚREDNIEMU

Offshore-balancing to w teorii stosunków międzynarodowych strategia, według której państwo dominujące, posiadając przewagę nad jednym regionalnym podmiotem i czyniąc z niego ekspozyturę własnych wpływów politycznych w danym układzie sił, wykorzystuje to państwo do realizacji własnych celów politycznych w regionie[4]. Ta strategia nie jest osadzona w próżni. Jest ona wymierzona przeciw państwu, które posiada aspiracje zdominowania regionalnego układu sił. Nie ulega wątpliwości, że w takiej sytuacji znajduje się właśnie Polska, zaś państwem, przeciwko któremu USA mogłyby użyć offshore-balancingu są Niemcy. Polska, leżąca w potencjalnej strefie zgniotu, nieposiadająca siły politycznej do balansowania mocniejszych od niej w danym układzie (Rosja, Niemcy) nie powinna zgadzać się na realizację offshore-balancingu ze strony innego kraju. Podkreśla się bowiem, że offshore-balancing prowadzi do sytuacji, w której osiągnięcie celów strategicznych państwa silniejszego wiąże się z porzuceniem słabszego sojusznika, dzięki czemu wówczas jest on zdany na łaskę i niełaskę swoich sąsiadów[5]. Tyle na ten temat, słusznie oczywiście, mówi teoria stosunków międzynarodowych. Problem polega na tym, że każda teoria jest ogólnym opisem zjawisk, starającym się wyabstrahować z rzeczywistości społecznej pewien model relacji, który stanowiłby podstawę do próby przewidywania przyszłości. Trudno przewidzieć dokładny termin występowania powyższych zagrożeń, skalę determinacji poszczególnych podmiotów do przeciwdziałania offshore-balancingowi, możliwości sąsiadów, a także ich ewentualne reakcje na pewne działania państw. To pozwala domniemywać, że konstrukt offshore-balancingu w pewnych warunkach i przy pewnych założeniach może się opłacić.

Jakie zatem warunki muszą być spełnione? Przede wszystkim koniecznym jest baczne obserwowanie systemu międzynarodowego. Offshore-balancing jest strategią działania „na kredyt”, tzn. nie należy zapominać, że poparcie hegemona (w tym przypadku USA) jest uzależnione od jego siły politycznej, możliwości działania w danym układzie sił oraz ruchów innych graczy. Nie jest to zatem prosta relacja bilateralna, lecz działanie wynikające z analizy struktury systemu międzynarodowego. Wzrastające napięcia systemowe uwidaczniają fakt, że Polska, wespół ze Stanami Zjednoczonymi, może stanowić skuteczną blokadę dla współpracy rosyjsko-niemieckiej czy ekspansji Chin w Europie, ale warto zauważyć, że kiedyś musi przyjść taki moment, w którym Ameryka nie będzie w stanie udzielać poparcia[6]. Będzie to skutkiem różnych czynników. Podstawowym jednak, który doprowadzi do skutecznego rozpadu więzi amerykańskiej z Europą będzie moment, w którym wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej przyjmą „politykę równowagi” jako podstawowy element własnej strategii w czasach kryzysu. „Polityką równowagi” nazywamy sytuację, w której jedno państwo współpracuje z dwiema najsilniejszymi potęgami danego układu sił lub systemu, a dynamika każdej z tych dwóch relacji posiada jednakową wartość. Jest to z jednej strony zabezpieczenie przed marginalizacją w systemie w przypadku ewentualnego zwycięstwa którejś ze stron (czynnik długofalowy), zaś z drugiej próba wyzyskania jak największych korzyści (czynnik krótkofalowy). Już dziś obserwujemy sporo przykładów realizacji tejże taktyki, a przykładem są działania choćby Japonii, Australii, Węgier, Turcji czy Indii[7]. Pojedyncze państwo, widząc tendencje zmiany w systemie międzynarodowym samo będzie próbowało się do nich dostosować, jednocześnie próbując wzmocnić (wariant ofensywny) lub przynajmniej utrzymać (wariant defensywny) własną pozycję w układzie sił. W aktualnych warunkach oznacza to stopniową utratę rezerwuaru politycznego Stanów Zjednoczonych w Europie.

Można jednak jeszcze przyjąć, że sama tylko „polityka równowagi” przyjęta przez inne mniejsze państwa jest niewystarczająca. Zauważmy, że gdy każde państwo hipotetycznie korzystałoby z „polityki równowagi”, to mogłoby to przynosić przejściowe korzyści nawet dla hegemona i offshore-balancera, ponieważ naciski kreowane na równoważących siły mocarstw przez te dwa państwa mogłyby spowodować odejście równoważących od „polityki równowagi” i ponowne przyłączenie do hegemona. Wynika to z tego, że dystrybucja potęgi w systemie międzynarodowym nie skłaniałaby graczy do przyłączenia do jednej z dwóch dominujących sił. W międzyczasie, krótkoterminowe zmiany systemowe wynikające z przyjęcia przez hegemona strategii budowania regionalnych bloków politycznych celem oporu przed challengerem stwarzałyby wrażenie odbudowania pozycji hegemona. Ten proces obserwujemy przecież współcześnie – nie jest przypadkiem, że gdy dochodzi do krótkoterminowego zbliżenia USA z Japonią i Australią, to wówczas Polska wysuwa propozycję „Fort Trump”. Jest to jednak tylko część analizy skomplikowanej struktury rzeczywistości, która pomija istotny czynnik długoterminowy. Tym czynnikiem dopełniającym powszechną „politykę równowagi” jest stopniowe słabnięcie wewnętrzne hegemona, które uniemożliwia mu wywiązywanie się z jego zobowiązań.

Wydawałoby się, że znacznie trudniej dostrzec „politykę równowagi” niż słabnięcie hegemona. W pierwszym przypadku konieczna jest przecież perspektywa holistyczna, umiejętność syntezy drobnych elementów, zaś w drugim wystarczy obserwacja jednego, konkretnego przypadku. Historia pokazuje jednak, że hegemon bardzo często maskuje się i stara nie ujawniać publicznie swoich słabości, ponieważ rozumuje, że osłabi to jego pozycję oraz wizerunek w oczach państw trzecich[8]. Dlatego próbuje on na nowo budować sojusze w oparciu o istniejącą infrastrukturę bezpieczeństwa, porozumiewać się z innymi, wzrastającymi w siłę państwami, a nawet wywoływać konflikty zbrojne, które pozwalałyby stwarzać przeświadczenie o ciągłym posiadaniu mocy przez hegemona[9].

I w tym momencie należy zauważyć jedną, bardzo istotną rzecz. Strategia offshore-balancingu nie jest strategią typową dla ładów hegemonicznych. Jeżeli hegemon u samego początku własnego egzystowania na naczelnej pozycji w systemie nie będzie używał tej strategii jako kluczowej zasady własnej dominacji, to jej użycie oznacza, że nie jest w stanie za pośrednictwem dotychczasowych zasad i reguł oddziaływać na tyle skutecznie na inne państwa, by móc zapewniać sobie nadal palmę pierwszeństwa. Hegemon przechodzi do bardziej inicjatywnej polityki dlatego, że wie o bezwzględności siły polityczno-militarnej, która w pewnych warunkach jest jedyną możliwością gwarancji posłuszeństwa. Dlatego, gdy hegemon, nawet w warunkach offshore-balancingu idzie krok dalej i dąży do eskalacji kolejnych konfliktów i prowadzi aż nazbyt multilateralną dyplomację (hegemoni zawsze dążą do jak najmniejszej liczby bezpośrednich kontaktów!), to oznacza, że przekracza on kolejną granicę niemożności oddziaływania na system międzynarodowy. Następnym etapem jest najczęściej już wojna hegemoniczna.

Mniejsze państwo (Polska) powinno zatem dążyć do takiego wykorzystania offshore-balancingu, który nie stanowiłby w dłuższej perspektywie głównej orientacji strategicznej, w oparciu o którą budowana jest polityka zagraniczna Warszawy. Chodzi tu raczej o materialne wzmocnienie własnej siły, wykorzystanie hegemona do wzmocnienia własnego potencjału w na tyle wysoki sposób, by zmniejszyć dysproporcję między mniejszym państwem a potencjalnymi rywalami w układzie sił. Jest to najbardziej sensowna i logiczna taktyka, jaką mniejsze państwo może prowadzić w rywalizacji z hegemonem. Zdając sobie sprawę z niemożności nagłego zrzucenia więzów politycznych z hegemonem należy przygotować się na to, że hegemon będzie dążył do osłabienia wpływów potencjalnych rywali państwa słabszego. Sam ten czynnik nie jest czymś złym – można go skutecznie wykorzystać poprzez wymuszenie podległości na innych państwach, choćby w postaci poszerzania własnej strefy wpływów przez hegemona. Wówczas potencjalnemu rywalowi kurczy się przestrzeń strategiczna. Jeżeli akcja zwiększania własnej strefy wpływów i osłabiania rywala będzie zsynchronizowana w czasie, a także nie będzie tylko zwykłą zagrywką polityczną, lecz faktycznym działaniem wzmacniającym offshore-balancera i strefę wpływów wokół niego, to może ona skutecznie przyblokować działania rywali.

POLSKA-USA. OFFSHORE-BALANCING TYLKO Z NAZWY?

W powyższej wersji przyjmujemy, nawet przy założeniu opisania rozmaitych schematów oraz modeli działania w praktyce, typową wersję offshore-balancingu, w której obie strony godzą się na współpracę i podejmują działania związane na rzecz wzmocnienia własnych potencjałów. Hegemon udostępnia swojemu słabszemu sprzymierzeńcowi wszelkie udogodnienia technologiczne oraz stwarza mu szansę na wzmocnienie własnej pozycji (oczywiście w rozsądnych granicach, by nie stworzyć sobie nowego rywala), zaś państwo słabsze, poprzez udostępnienie własnej przestrzeni, pozwala na rozwinięcie inicjatywy politycznej hegemona.

Co jednak w sytuacji, w której offshore-balancing to jedynie gra pozorów? Mogą zaistnieć takie sytuacje, w których hegemon zapewnia o możliwości stworzenia nowej perspektywy oddziaływania politycznego przed państwem słabszym, jednak nie podejmuje żadnych działań lub podejmuje ich za mało, by móc wzmocnić ogólny potencjał swojego słabszego sojusznika.

W takiej sytuacji znajdują się stosunki amerykańsko-polskie współcześnie. Od początku rządów Trumpa przed Polską rozwinięto perspektywę Trójmorza oraz faktycznego wzmocnienia wschodniej flanki NATO, jednak na przestrzeni ostatnich 3 lat nie doprowadzono do wzmocnienia więzów strategicznych. Dla równowagi, współpraca rosyjsko-niemiecka, a także chińska ekspansja w Europie poszerza się. Pojawia się zatem dysproporcja w strategii polityki zagranicznej Polski, która nie uwzględniła asymetrii w rozwoju dwóch głównych tendencji systemowych – powstrzymania USA przed dalszym upadkiem własnej pozycji i odwrotnie proporcjonalnym wzrostem znaczenia państw rewizjonistycznych. Polska, jako państwo opierające się głównie na zewnętrznych źródłach siły, powinna odczuwać deficyt bezpieczeństwa, ponieważ nieuwzględnienie wzrostu pozycji rewizjonistów w strategii politycznej Warszawy oznacza zanikanie faktycznych możliwości obronnych. Innymi słowy, logicznym rozwiązaniem jest, by w przypadku słabego offshore-balancingu ze strony USA porzucić go i zacząć konstruować własną „politykę równowagi”.

I tu mamy do czynienia z polskim paradoksem. Mimo braku faktycznych możliwości oddziaływania hegemona, który ewidentnie próbuje regulować układ sił za pomocą rozładowywania najbardziej zapalnych światowych problemów (szczyt w Singapurze i Helsinkach), w żaden sposób nie próbuje nawet nawiązywać do perspektywy offshore-balancingu, którą jest przecież tworzenie lokalnych konfliktów politycznych bądź militarnych. Można oczywiście uznać, że aktywność amerykańska na Ukrainie jest przejawem osłabiania Kremla na jego zachodnich rubieżach, jednak ewidentnie brakuje Amerykanom pola, z którego mogliby rywalizacyjnie oddziaływać na europejski układ sił.

Dlaczego zatem w ogóle mówimy o czymś takim, jak offshore-balancing, skoro nawet te intencje są zbyt słabo dostrzegalne? Kluczową odpowiedzią na to pytanie jest paradoksalna konstatacja, że to właściwie Polacy przejęli odpowiedzialność za konstrukcję amerykańskiego offshore-balancingu. Dzięki próbom przyciągania poparcia Amerykanów oraz chęci związania ich obecności militarnej w Europie z naszym krajem, to faktycznie polscy decydenci odpowiadają za taki stan rzeczy. Kluczową przesłanką jest tu próba przekazania Ameryce 2 miliardów dolarów za zagwarantowanie stałej obecności nad Wisłą oraz ostatnie staranie o stałą bazę wojsk amerykańskich w naszym kraju[10].

Powyższa inicjatywa jak w soczewce skupia polskie problemy strategiczne. Jest to jawna deklaracja braku podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy związanej z dywersyfikacją kierunków działania dyplomacji. Innymi słowy, Polacy, zdając sobie sprawę z dynamiki przemian, zdecydowali się na samym początku rozwiązać skomplikowany dylemat decyzyjny poprzez wykreowanie na pozór prostej sytuacji decyzyjnej – my komuś zapłacimy, a ten ktoś będzie nas bronił. Problem z zachowaniem polskiego rządu jest oczywisty – jest on nieadekwatny do złożoności sytuacji. Gdyby problemy międzynarodowe można było rozwiązać poprzez jawne deklaracje, to problem dynamiki systemu międzynarodowego nigdy nie zaistniałby. Każde państwo dążyłoby bowiem do minimalizacji zagrożenia i nie podejmowałoby działań destabilizujących. Nie wystarczy zatem prostą decyzją rozwiązać danego problemu, tym bardziej, że pomija on szereg alternatyw, przed którymi stoi druga strona potencjalnej umowy.

Drugi problem to rezygnacja z pozostałych alternatyw decyzyjnych. Może ona wynikać z dwóch kwestii. Pierwszą z nich jest niezdolność elit decyzyjnych do funkcjonowania w warunkach odmiennych od istniejących aktualnie. Druga to niemożność formułowania alternatyw programów prowadzenia polityki zagranicznej. Innymi słowy dywersyfikacja kierunków działania jest zbyt problematyczna, ponieważ wymaga wysiłku decydentów do sformułowania nowych strategii.

Trzeci problem, chyba najistotniejszy w tym kontekście, to reakcje środowiska międzynarodowego na podobny krok. Do tej pory rywalizacja na pomoście bałtycko-czarnomorskim miała charakter naturalnej ewolucji polityki zagranicznej USA w tej części świata, dzięki czemu można było domniemywać, że polityka zagraniczna Polski przyjmie mechanizm "polityki równowagi". Zaangażowanie Ameryki oraz jej zabiegi o Polskę powinny zostać zestawione z wyciąganiem ręki przez Chiny i Niemcy w kierunku Warszawy. Po tej deklaracji rządu polskiego pojawia się jednak ze strony Polski chęć utrzymania status quo, która nie uwzględnia tendencji integracyjnych w Eurazji oraz redystrybucji potęgi w systemie. Dlatego inicjowany przez Polskę offshore-balancing wydaje się mało skuteczny jako mechanizm wizualizacji perspektyw polskiej polityki zagranicznej. Spełnia on jedynie swoje negatywne zadanie – prezentuje Polskę jako państwo w pełni orientujące się na jeden podmiot polityczny. Innymi słowy, logicznym jest pogłębianie antagonizmu między Polską a Rosją i Niemcami, który może na trwałe zablokować możliwość działania w przyszłości. Wzmocnienie powyższych mechanizmów poprzez przyjęcie konfrontacyjnego kursu względem Berlina i Moskwy, a także problemy Polski w Unii Europejskiej pokazują, że Polska jest jedynie siłą burzącą, dzięki czemu próba konstrukcji jakichkolwiek porozumień się nie sprawdzi.

To oraz doświadczenie historyczne sprawia, że offshore-balancing jako czynnik pozycjonujący Polskę w europejskim układzie sił jednak istnieje. Nie przybiera on jednak takiej formy, która przynosiłaby Polsce zyski. Oprócz wyżej wymienionej rezygnacji z alternatyw strategicznych, należy także zauważyć, że przecież według modelu hegemon dokonuje offshore-balancingu po to, by wzmocnić własną pozycję. Czyni to dwuetapowo. Pierwszym krokiem jest stwarzanie antagonizmu między swoim słabszym sojusznikiem a rywalem, licząc na pojawienie się rywalizacji, w której to hegemon będzie mógł pokazać rywalowi własną potęgę. Drugim jest ostateczne podporządkowanie sobie rywala słabszego podmiotu. Jeżeli jednak nie jest w stanie tego uczynić, to w pewnym momencie wycofuje swoje poparcie dla słabszego sojusznika. Wówczas pojawia się problem dla rywala hegemona, który musi jakoś poradzić sobie z tym problemem. Dla hegemona taka przejściowa sytuacja jest na rękę – stwarza nowy problem dla rywala, dzięki czemu jego ekspansja opóźnia się, a sam hegemon może wówczas przejść do kontrofensywy strategicznej na innym odcinku lub skonstruować nowy plan działania.

Nie należy jednak tylko i wyłącznie potępiać działań strategicznych polskiego rządu. Zdając sobie sprawę z ograniczeń instytucjonalnych i strukturalnych lepiej w taki sposób próbować gwarantować niepodległość Polski i liczyć na to, że wszystko się powiedzie. Na ten moment nie jesteśmy bowiem w stanie przewidzieć, czy propozycja polska przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa Polski w krótkim terminie. Długofalowo, obserwując historyczne cykle międzynarodowe, takie rozwiązanie blokuje jakąkolwiek inicjatywę, to oczywiste. W krótkiej perspektywie być może lepszym jest jakiekolwiek działanie niż jego brak, dlatego trudno to jednoznacznie ocenić.

Niemniej jednak, powyższa decyzja wskazuje na wciąż istotny problem braku mechanizmu przetwarzania aktualnych tendencji międzynarodowych i odnajdywania rozwiązań w formie reakcji na powyższe problemy. Jeżeli nie zostanie rozwiązana ta kwestia, to nie jest możliwym kreowanie elastycznej i pragmatycznej polityki zagranicznej.

Artykuł ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika „Układ Sił”.

 


[1] S. Walt, The Hell of Good Intentions: America's Foreign Policy Elite and the Decline of U.S. Primacy, New York, 2018; Z. Brzeziński, Strategiczna wizja. Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Kraków 2012; B. Posen, Restraint: A New Foundation for U.S. Grand Strategy, Ithaca 2014; G. J. Ikenberry et al., The Crisis of American Foreign Policy: Wilsonianism in the Twenty-first Century, Princeton 2008; J. S. Nye, Is the American Century Over?, Cambridge 2015.

[2] R. Gilpin, War and Change in World Politics, Cambridge 1981, s. 156-185.

[3] A. F. K., Organski, World Politics, New York 1958, s. 271-338.

[4] Ch. Layne, Offshore-balancing revisited [w:] The Washington Quarterly, vol. 25, no. 2, s. 233–248.

[5] S. Walt, J. Mearsheimer, The Case for Offshore-Balancing [w:] Foreign Affairs, June-August 2016.

[6] Wskazuje na to klasyczna teoria cykli hegemonicznych. Zob. G. Modelski, Long Cycles in World Politics, London 1987,  s. 29-35.

[7] M. Ambrożek, Zmiana pozycji geopolitycznej Chin z perspektywy teorii cykli hegemonicznych oraz teorii tranzycji potęgi [w:] Przegląd Geopolityczny, t. 26 (w druku)

[8] J. Mearsheimer, Dlaczego politycy kłamią? Cała prawda o kłamstwie w polityce międzynarodowej, Warszawa 2012.

[9] R. Schweller, Bandwagoning for Profit: Bringing the Revisionist State Back In [w:] International Security,  vol. 19, no. 1, s. 72-107.

Komentarze

komentarze

stat4u