Mateusz Ambrożek: Dlaczego nie dojdzie do resetu amerykańsko-rosyjskiego

Vladimir_Putin_and_Donald_Trump_at_the_2017_G-20_Hamburg_Summit_(2)Mateusz Ambrożek

Teraz, kiedy opadł już kurz po pierwszych wypowiedziach wszelkiej maści analityków i ekspertów, z których jedni przepowiadają światowy armageddon, a drudzy uważają, że tak naprawdę nic się nie stało, można spróbować pokusić się o opisanie skutków szczytu w Helsinkach. Po konferencji prasowej oraz szczątkowych doniesieniach widzą Państwo, że w istocie żadne konkretne decyzje nie zapadły, dzięki czemu rozwój sytuacji międzynarodowej nie postąpił nawet o krok.

Nie ma sensu zastanawiać się, co ten szczyt przyniósł dla rozwoju sytuacji międzynarodowej, bo w istocie nie rozwiązano jakiegokolwiek palącego problemu. Uzgodniono tylko m.in. "dalszą współpracę" w ramach stabilizacji Bliskiego Wschodu, Trump zaakceptował Nord Stream, ale kwestia Ukrainy, przyszłości Bliskiego Wschodu, czy Chin nie została nawet dotknięta, przynajmniej z tego, co wynika z informacji prasowych.

Witold Sokała dla "Nowej Konfederacji" napisał symptomatycznie w tytule o "oswajaniu chuliganów" dodając, że "na porozumieniu tracą Chiny, UE i Iran" (link: https://nowakonfederacja.pl/oswajanie-chuliganow/) Nie wynika to jednak bezpośrednio z ustaleń szczytu, chyba, że o czymś nie wiemy. Więcej racji ma Bartłomiej Radziejewski, redaktor naczelny "NK", który w swoim komentarzu na Facebooku pisał o braku zysków krótkoterminowych, pozostawiając otwarte pole dla możliwego resetu amerykańsko-rosyjskiego w przyszłości (link do profilu: https://www.facebook.com/bradziejewski). Powyższe komentarze, jak i wiele innych, nie zwracają jednak uwagi na dwa pytania. Pierwszym z nich jest: dlaczego w ogóle doszło do tego szczytu, skoro brakuje konkretnych rezultatów jego zwołania? Drugim zaś: czy może być on zapowiedzią dalszych kroków politycznych, jakiejś nowej, znacznie szerszej, konstrukcji politycznej? Być może po prostu prezydenci USA i Rosji musieli porozmawiać ze sobą, ale wówczas – do potwierdzenia własnej gotowości do dalszego działania – wystarczyłaby zwykła rozmowa telefoniczna. Problem musi być zatem znacznie poważniejszy.

PERSPEKTYWA KRÓTKOTERMINOWA

Zanim przejdziemy do odpowiedzi na oba pytania, warto rozróżnić perspektywę krótko- oraz długoterminową. Powyższe określenia należy rozumieć orientacyjnie. Perspektywa krótkoterminowa to nic więcej jak wydarzenia polityczne będące bezpośrednim następstwem szczytu. Analogicznie, perspektywa długoterminowa to okres, w którym dojdzie do zmiany potencjałów poszczególnych podmiotów w kierunku ich zrównania, co doprowadzi – choćby przejściowo – do ładu multipolarnego.

Przejdźmy teraz do odpowiedzi na postawione wyżej kwestie. Na pierwsze pytanie odpowiedź jest banalna i dość powszechna w publicystyczno-analitycznym dyskursie. Leży ona w istotnym, jakościowym osłabieniu potencjału amerykańskiego. Symptomatycznym jest to, że prezydent Ameryki nie jest w stanie arbitralnie decydować o pewnych kwestiach, co do których – do momentu strategicznego piwotu na Pacyfik – miał praktycznie wolną rękę. Choć formalnie nadal Ameryka jest światowym hegemonem, o czym świadczy ciągłe funkcjonowanie instytucji skonstruowanych po II wojnie światowej, to zakres i siła ich oddziaływania na inne podmioty stopniowo zmniejsza się. Wracając do stwierdzenia p. Sokali zapisanego powyżej, w tej sytuacji szczyt w Helsinkach jest ukazaniem słabości Stanów Zjednoczonych, co przy założeniu rewizjonistycznego kursu polityki rosyjskiej stwarza szansę na polityczną próbę krótkoterminowego odprężenia dającego każdej ze stron czas na przygotowanie swojej strategii i wcielenie jej w życie.

Drugie pytanie pozwala domniemywać, że spotkanie w Helsinkach jest elementem szerszego planu Trumpa. Maraton po Europie, wraz z wcześniejszym spotkaniem z Kim Dzong Unem w Singapurze, pokazuje raczej próbę konstrukcji nowej, z tej perspektywy doraźnej, konstelacji, która pozwoliłaby utrzymać dominującą pozycję Ameryki.

Dlaczego ta konstelacja miałaby być "doraźną"? Wskazuje na to coś, co w politologii nazywa się cyklem hegemonicznym. W skrócie, wraz z osłabieniem hegemona, inne państwa (challengerzy) konstruują alternatywny ład międzynarodowy, który potem jest najczęściej weryfikowany wojną hegemoniczną. Przyjmijmy, że potencjalnym hegemonem póki co jest Trump, challengerem są Chiny, zaś Rosja pełni funkcję "trzeciego". Logicznym wówczas jest, że konstrukcja amerykańsko-rosyjska przeciw Chinom wywróci system międzynarodowy i zaprowadzi go do eskalacji napięć, z której potem skorzystają Chiny, rozgrywając podmioty wedle własnych zasad. Tym bardziej, że dotychczasowa strategia amerykańskiego "offshore balancingu" stosowana m.in. w Europie Środkowo-Wschodniej, której głównym wykonawcą jest m.in. Polska, przeczy ewentualnemu porozumieniu amerykańsko-rosyjskiemu. Hegemon nie tak łatwo zrzeka się raz zdobytego stanowiska w systemie światowym. Każde porozumienie z innym państwem o charakterze strategicznym, a przecież takim właśnie jest ewentualny reset z Rosją, automatycznie zmniejsza znaczenie silniejszego i wprowadza znacznie większe turbulencje. Nie oznacza to oczywiście, że decydenci mogą sobie zdawać sprawę z takich konsekwencji – gdyby Trump, ale także i inni politycy, byli w pełni racjonalni, decyzje o znaczeniu międzynarodowym byłyby w pełni logiczne, przemyślane i tym samym przewidywalne, a wówczas byłoby bardzo nudno. Dlatego ewentualny reset z Rosją będzie zjawiskiem, które dodatkowo skomplikuje pozycję Ameryki.

Widzą Państwo zapewne jedną nieścisłość – trzy akapity wyżej pisałem o znacznym jakościowym i postępującym osłabieniu potencjału amerykańskiego, którego stan oznaczałby automatycznie wstęp do nowej równowagi sił, tymczasem akapit wyżej pisałem o tym, że hegemon nie tak łatwo zrzeka się własnego stanowiska. Problem polega na braku możliwości wyliczenia, na ile dany hegemon może pozwolić sobie w danych warunkach przy założeniu spadku jego potencjału. Choć obiektywnym wydaje się spadek znaczenia Ameryki, o tyle jednocześnie Trump chciałby (a przynajmniej tak sądzę, choć wcale to nie jest takie pewne) utrzymać prymat Ameryki w świecie. Ściera się tutaj dialektyka sytuacji politycznych, z których jedna wykazuje trwałą tendencję zniżkową, druga zaś – pragnienie utrzymania amerykańskiego status quo. Być może właśnie w ten sposób można wytłumaczyć podstawową wadę działania politycznego Trumpa, jaką jest zmienność taktyczna, która jest pochodną niezdolności do sformułowania konkretnej strategii działania w warunkach rewizji systemu międzynarodowego. Trump – parafrazując polskie przysłowie – może chcieć „ponieść wilka”, ale może okazać się, że to wilk ponosi jego.

Właśnie z tych powodów można przypuszczać, że do resetu prawdopodobnie nie dojdzie, a nawet jeżeli jednak dojdzie, to będzie on ostatecznym pogrzebaniem mocarstwowej pozycji Ameryki. Jedynym zyskującym będzie wówczas Rosja, która zwiększając własną strefę wpływów w ramach porozumienia z Amerykanami będzie posiadała nadal strategiczne znaczenie dla Chin, ponieważ spełnia ona funkcję azjatyckiej bramy do Europy. Wynika z tego, że reset z Rosją mógłby się utrzymać jako konstruktywny mechanizm współpracy międzynarodowej wtedy i tylko wtedy, gdy Moskwa porzuciłaby politykę tworzenia lub podtrzymywania antagonizmów w różnych miejscach świata (na Ukrainie czy na Bliskim Wschodzie). Tymczasem to właśnie ona jest głównym źródłem wzrostu znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej, ponieważ jej położenie geopolityczne implikuje ją jako jeden z czynników rozwiązywania potencjalnych kryzysów. Dlatego należy przyjąć, że Rosja będzie stale jątrzyć w systemie międzynarodowym. Jeżeli wówczas chińska pozycja zostanie skutecznie przyblokowana np. przez Indie, o których aktywności również nie można zapominać, to wówczas znajdziemy się na prostej drodze do nowego ładu wielobiegunowego.

PERSPEKTYWA DŁUGOTERMINOWA

Perspektywa krótkoterminowa jest perspektywą taktyczną. Próba konstrukcji szerszych porozumień międzynarodowych niemających pokrycia w trwałym i realnym tąpnięciu potencjału (w przypadku USA) musi być bowiem wyzyskaniem dla uzyskania chwilowych i tymczasowych korzyści (przygotowania nowych strategii, „przegrupowania sił”). Dokonywanie tak drastycznych kroków jak ewentualny reset w tym momencie byłoby zatem falstartem, ponieważ z jednej strony USA i Rosja jeszcze nie dojrzały do wzajemnej współpracy, a z drugiej tak jawne eksponowanie własnych planów pozwoliłoby Chińczykom na stworzenie oferty znacznie korzystniejszej dla Rosjan. Nie należy także zapominać o jeszcze jednej rzeczy – relatywny potencjał Ameryki jest wciąż wyższy od chińskiego, o czym świadczy choćby traktowanie Ameryki przez każdą ze stron jako państwa, z którym trzeba się jeszcze liczyć. Innymi słowy, reset w tym momencie oznaczałby przeciążenie systemowe, którego nie sposób rozwiązać nawet na najwyższym szczeblu. Byłby to bowiem sygnał dla mniejszych państw, że dzieje się coś dziwnego, co przekracza naszą perspektywę strategiczną.

Z powyższego akapitu można wywnioskować, że jakieś porozumienie w innej perspektywie czasowej jest możliwe. W polityce, a zwłaszcza w przypadku sytuacji względnej równości potencjałów, nie należy nigdy zaprzeczać planom potencjalnych konstelacji. Amerykanie muszą próbować prędzej czy później blokować Chińczyków, jeżeli dalej marzy im się dominacja w strukturze międzynarodowej. Nie będą tego jednak czynić na Pacyfiku, jak panuje powszechna opinia, z prostego powodu – blokada działań chińskich musi odbywać się tylko w miejscu, do którego potencjalnie może kierować się ekspansja challengera. Pacyfik w planach chińskich jest prawie nieobecny, za to gros wszelkich akcji koncentruje się na Eurazji. I to właśnie tam działania amerykańskie powinny być wymierzone.

Wynika z tego, że w dłuższej perspektywie czasowej Rosja może być potrzebna. W jaki sposób Amerykanie powinni zatem odwrócić Rosję, by to posunięcie przyniosło pożądane dla Waszyngtonu efekty? Przede wszystkim istotny jest odpowiedni czas dokonania odwrócenia. Musi on być dokonany w momencie, w którym potencjał chiński będzie znacznie większy niż potencjał amerykański oraz potencjał rosyjski, ale jednocześnie gdy suma potencjałów amerykańskiego i rosyjskiego nie będzie wyższa od potencjału chińskiego. Konia z rzędem temu jednak, kto określi liczbowo powyższe wskaźniki. Można jednak domniemywać o pewnych symptomach podobnych sytuacji. Może to być np. intensyfikacja kontaktów handlowych z Eurazją, zdobycie przez Chiny statusu głównego eksportera dóbr do Europy, większa od amerykańskiej liczebność armii oraz potencjał technologiczny tejże, izolacja Ameryki na arenie międzynarodowej poprzez dopełnienie emancypacji Europy w NATO, porzucenie przez Hindusów. Podobnych symptomów można by wymieniać znacznie więcej. Oczywistym jest zatem, że droga do tego bardzo daleka i w najbliższej przyszłości podobne porozumienie oznaczałoby znacznie większe straty aniżeli korzyści.

Dlaczego powyższe odwrócenie może okazać się skuteczne? Przede wszystkim dlatego, że wraz z narastaniem zmiany hegemonicznej Rosjanie zdadzą sobie sprawę z możliwości ponownej izolacji na arenie międzynarodowej, podobnej do tej, w jakiej znajdowali się po przyjęciu eurazjatyckiego kursu przez ministra spraw zagranicznych Jewgienija Primakowa po 1996 r. Scementowanie porządku amerykańskiego doprowadziło wtedy do zmniejszenia perspektywy oddziaływania tylko na wschodnią Eurazję. Jeżeli Chińczycy faktycznie pojawią się w zachodniej Eurazji, a zwłaszcza skutecznie nawiążą relację z głównym państwem w Europie, to dla Rosji pojawia się kolejny problem, tym razem nawet znacznie poważniejszy. Blokada Rosji może mieć znacznie poważniejsze reperkusje, nawet dla kontroli tzw. bliskiej zagranicy. A to dla Rosji, mającej wybitnie heartlandowy charakter, oznacza ewidentny koniec gry.

WSZYSTKO ZALEŻY OD ROSJI

Reset amerykańsko-rosyjski – niezależnie od perspektywy czasowej, w której go opisujemy – ma wady, jak i zalety. Wadą jest choćby to, że do jego realizacji potrzebna jest szczera wola każdej ze stron, co zarówno w przypadku zmiennych taktyk trumpowskich, jak i działania Putina może być problematycznym. Może on stać się katalizatorem nowych napięć. Może on stać się nawet narzędziem rosyjskim do odegrania konkursu na temat „kto da więcej?”.

Do resetu trzeba dwojga. Rewizjonistyczny kurs polityki rosyjskiej będzie w stanie zatrzymać się tylko tam, gdzie niemożliwą już będzie możliwość wyzyskania lepszej pozycji w systemie międzynarodowym. Początek zmagań hegemonicznych, który teraz obserwujemy, jest dopiero przedsmakiem tego, co w przyszłości zapewne zobaczymy. Nie doszło bowiem do konkretyzacji planów chińskich, ciągle obserwujemy początkowy tylko rozwój indyjskich inicjatyw dyplomatycznych, otwarta ciągle zostaje kwestia przyszłości Unii Europejskiej. Nie ulega jednak wątpliwości, że głównym wygranym którejkolwiek konstelacji – poza porozumieniem chińsko-europejskim – będzie Władimir Putin. Dlatego zapnijmy pasy, bo kolejka dopiero wjeżdża pod górkę. Obyśmy tylko – jako Polacy – nie wylecieli z torów zaraz po rozpoczęciu pikowania w dół.

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u