Jan Stec: Polityka historyczna w Europie Środkowo-Wschodniej

Cmentarz_w_Leszkowiepłk rez. Jan Stec

Wydarzenia ostatnich tygodni dobitnie wskazują jak dużą rolę może odgrywać polityka historyczna w stosunkach międzypaństwowych w naszym regionie Europy. Może ona w sposób istotny przyczyniać się do normalizacji i pojednania, ale może też pogłębiać istniejące podziały i tworzyć nowe. To jest w warunkach Polski bardzo ważne, bowiem na przestrzeni dziejów nowożytnych w stosunkach z naszymi sąsiadami, zwłaszcza wschodnimi, zaistniało wiele zjawisk i faktów kontrowersyjnych czy wręcz tragicznych, budzących do dziś animozje i resentymenty, jakże często podsycane przez jątrzące działania propagandowe.

Jako przykład bodajże najważniejszy niech posłużą stosunki polsko-rosyjskie. Ich początki datują się mniej więcej od przełomu XIV i XV wieku – od czasu Unii Polsko-Litewskiej. Ówczesna Litwa władała ogromnymi połaciami ziem ruskich, do których zgłaszało pretensje rosnące w siłę państwo moskiewskie. Wojowaliśmy, więc o Smoleńszczyznę, Siewierszczyznę, a potem o Inflanty. Było to ciągłe pasmo wojen, przerywane krótkimi okresami pokojów czy rozejmów, przy czym obydwa państwa osłabiały się wzajemnie w obliczu wciąż realnego zagrożenia turecko-tatarskiego. Na początku XVII wieku pojawiła się realna szansa zjednoczenia przynajmniej okresowego obydwu państw, niestety zmarnowana. A potem, przynajmniej od połowy XVII wieku, znękana wojnami i wewnętrznym rozprężeniem Rzeczpospolita Szlachecka chyliła się do upadku, podczas gdy rządzone twarda ręką imperium Romanowych rosło w siłę. Konsekwencją były rozbiory i 120-letnia niewola, tłumione surowo powstania narodowe, zsyłki, katorgi i rusyfikacja życia publicznego w zaborze rosyjskim.

Klęska Rosji w I wojnie światowej, rewolucja socjalistyczna i obalenie caratu były bardzo istotnymi czynnikami, które przyczyniły się do restytucji Polski w 1918 roku. Potem był krótki okres niepodległości i stosunki wzajemne z Rosją Radziecką bardzo chłodne, by nie powiedzieć złe. I wreszcie tragiczne wydarzenia związane z wprowadzaniem w życie ustaleń paktu Ribbentrop-Mołotow. Kolejne fale deportacji pewnej kategorii obywateli polskich w głąb ZSRR, terror i wreszcie zbrodnie dokonywane na przedstawicielach polskiej inteligencji, a głównie oficerach WP, policjantach i funkcjonariuszach administracji, czego symbolem pozostaje do dziś Katyń. I tu jedna uwaga. Ludzie byli represjonowani, a często ginęli nie dlatego, że byli Polakami. Oni zostali zaklasyfikowani jako wrogowie władzy radzieckiej. Ci z oficerów, którzy podpisali coś w rodzaju lojalki o współpracy z władzami radzieckimi, zostali na ogół oszczędzeni, ale takich było niewielu bowiem było to poczytywane jako akt zdrady.

Zjawiska powyższe nie były udziałem tylko Polaków, ale praktycznie w różnym stopniu wszystkich narodowości ZSRR, a najbardziej samych Rosjan. Ten system władzy, opartej o totalny terror nie wynikał z teoretycznych zasad komunizmu, choć był realizowany przez ludzi określających się jako komuniści. Warto przypomnieć, że spośród pięciu ludzi, którzy podpisali decyzję o likwidacji polskich oficerów, tylko jeden – hrabia Wiaczesław Skriabin (Mołotow) był rodowitym Rosjaninem.

Do rejestru rosyjskich przewin okresu wojny światowej należałoby dopisać internowanie części żołnierzy AK (głownie dowódców) na terenach wschodniej Polski, a także bierność wobec tragedii Powstania Warszawskiego.

Rejestr tych przewin jest więc duży. Jak wiadomo, niektóre z tych zdarzeń, w tym między innymi masowe represje w stosunku do Polaków zastosowane w latach 1940/1941 były przez długi czas negowane przez oficjalne czynniki radzieckie. Dziś na szczęście już tak nie jest, choć w dalszym ciągu komisja mieszana powołana do wyjaśniania problemów trudnych ma wiele pracy. Dziś już nie stawia się znaku równości w myśl powiedzenia: wyście dwukrotnie opanowywali Moskwę (1612, 1812), a myśmy dwukrotnie zdobywali orężnie Warszawę (1794, 1831).

Między innymi do takich spraw należy indywidualna ocena postaci historycznych. Przykładem może być niedawne ogłoszenie (w oparciu o ogólnorosyjskie głosowanie telewidzów) największym rosyjskim wodzem w dziejach marszałka Aleksandra Suworowa (wyprzedził Grigorija Żukowa), który nam Polakom kojarzy się bardzo źle, choćby ze względu na postępowanie w czasie tłumienia Powstania Kościuszkowskiego.

Nie tylko dla Rosjan, ale i dla Bułgarów, i innych ludów bałkańskich car Aleksander II jest bohaterem. Car reformator, wyzwoliciel Bałkanów ze strasznej niewoli tureckiej. Dla nas ten car kojarzy się głównie z okresem tłumienia Powstania Styczniowego 1863 r. i późniejszymi represjami. Monarcha ten, zresztą zginął w 1881 r. w zamachu przeprowadzonym przez Polaka Ignacego Hryniewieckiego, członka rosyjskiej partii rewolucyjnej „Narodnaja Wola”.

Jeszcze innym przykładem budzącym sprzeciw (także w Rosji) była kanonizacja Mikołaja II – ostatniego cara z dynastii Romanowych. Znane jest jego powiedzenie odnośnie manifestacji ulicznych: „strielat’, patronow nie żaliet’’”. Ale zginął on wraz z całą rodziną z rąk bolszewików i to jest nieodparty argument. Można by powiedzieć tak: każda nacja ma swoich bohaterów i należy do tego podchodzić z dystansem.

Rozpatrując problemy stosunków z naszymi wschodnimi sąsiadami z perspektywy historycznej, warto zwrócić uwagę na niektóre mity długotrwale funkcjonujące w świadomości społecznej. A oto przykłady.

Mit Armii gen. Własowa, jednostek renegatów krwawo rozprawiających się z ruchem oporu, dokonujących potwornych zbrodni w czasie tłumienia Powstania Warszawskiego. Być może do ugruntowania takiej opinii przyczynili się sami Rosjanie, dla których gen. Własow pozostał przykładem klasycznego zdrajcy. A tymczasem Armii Własowa po prostu nie było. Generał Andriej Własow dowodził owszem armią ogólnowojskową w siłach zbrojnych ZSRR. Latem 1942 r. przeszedł na stronę niemiecką, składając ofertę współpracy, która została przyjęta. Wkrótce utworzono organizację (coś w rodzaju komitetu) ROA (Russkaja Oswoboditielnaja Armija). W późniejszym czasie w jej ramach powołano KONR (Komitiet Oswobożdienija Narodow Rossii). Organom tym nie podlegały i nie były formowane żadne oddziały zbrojne. Była to organizacja polityczna, na bazie której miano tworzyć zalążki administracji terenowej na zajętych terenach, przede wszystkim Rosyjskiej Federacji po osiągnięciu planowanej rubieży Archangielsk-Astrachań. W skład tej organizacji wchodziło kilkudziesięciu wyższych wojskowych (w tym generałów), pracownicy administracji terenowej, inżynierowie, a nawet lokalni działacze partyjni. Mimo, że do osiągnięcia wspomnianych celów strategicznych nie doszło, organizacja przechodząc różne metamorfozy, istniała praktycznie do końca wojny, a sam Własow cieszył się dużym zaufaniem władz III Rzeszy. Dopiero pod sam koniec wojny (IV 1945 r.) podjęto decyzję o formowaniu jakichś oddziałów złożonych stricte z Rosjan, ale na to było już za późno. W maju 1945 r. gen. Własow i jego najbliżsi współpracownicy zostali ujęci przez radzieckie organa bezpieczeństwa, osądzeni i straceni.

Skąd, więc różnego rodzaju oddziały obcojęzyczne w służbie III Rzeszy. Otóż od grudnia 1941 r. odpowiednie organa Wehrmachtu rozpoczęły werbunek do tzw. Osttruppen, to jest oddziałów narodowych. Werbowano głównie ochotników i dezerterów, ale także jeńców narodowości nierosyjskich. W ten sposób powstały między innymi legiony: ormiański, północnokaukaski, gruziński, tatarów nadwołżańskich, turkiestański itp. Odrębnymi formacjami były oddziały kozackie, liczące około 40 tys. Równolegle Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) rozpoczął tworzenie obcojęzycznych jednostek SS na wschodzie. Tu dobór był dość surowy. Wcielano wyłącznie ochotników lub osoby, które z bronią w ręku przeszły na stronę niemiecką. Wcześniej takie jednostki były tworzone z ochotników z krajów Zachodniej Europy, głownie Holendrów, Belgów, Duńczyków, ale także Francuzów i Hiszpanów. Trzecim wreszcie członem były różnego rodzaju formacje policyjne (policja pomocnicza, bataliony operacyjne, jednostki ochronne itp.).

Ogółem można ocenić, że różnorodną służbę w siłach zbrojnych oraz formacjach policyjnych III Rzeszy pełniło około 1 miliona obywateli ZSRR. Wartość bojowa tych jednostek była różna. Oddziały ostlegionów i formacje policyjne nie były w zasadzie używane na frontach. Generalnie zabezpieczały one tyły i prowadziły działania antypartyzanckie, często wyróżniając się szczególnym okrucieństwem. Jednostki SS (dywizje, brygady) uważano za elitarne, o wysokiej wartości bojowej. Prowadziły one działania na froncie, ale działały również na zapleczu. W czasie działań frontowych jednostki te podlegały odpowiednim dowódcom operacyjnym Wehrmachtu, zaś na zapleczu dowódcom SS i policji danego okręgu (dystryktu).

Narodowościowo najwięcej kolaborantów dostarczyli Ukraińcy – około 300 tys., głównie do różnego rodzaju formacji policyjnych, a także sformowanej w 1943 roku dywizji SS „Hałyczyna”. W następnej kolejności znaleźli się Łotysze, z spośród których aż 150 tys. obywateli wstąpiło do służby niemieckiej, w tym ponad 70 tys. ochotników do jednostek SS (przy niewielkiej populacji tego narodu – 2,5 mln). To był najwyższy wskaźnik w całej okupacyjnej Europie. Także Estonia, licząca wówczas ok 1,5 mln mieszkańców, dostarczyła ponad 90 tys. żołnierzy, z czego 25 tys. ochotników do jednostek SS. Spośród innych nacji wymienić należy: Tatarów (głównie krymskich), Czeczeńców, Inguszy, Azerów, Turkmenów i Uzbeków. Odrębny problem stanowili, wspomniani już, Kozacy uważani za Rosjan. Jeśli chodzi o samych Rosjan to podejmowali oni służbę w policji pomocniczej na terenach okupowanych, a ponadto byli kierowani do formacji TODTA (nieuzbrojonej) zajmującej się logistycznym zabezpieczeniem zaplecza (budowa umocnień, zabezpieczenie linii komunikacyjnych itp.).

Jak już zaznaczono, formacje kolaboranckie cieszyły się na ogół złą sławą. Przykładowo, to z nich wywodziła się znaczna część, a w wielu wypadkach większość załóg obozów zagłady. Tak było między innymi na Majdanku, w Treblince, Sobiborze, Bełżcu, a także w rozmaitych obozach karnych, pracy przymusowej, więzieniach itp. Byli to głównie Ukraińcy, Łotysze i Litwini. Jak podają źródła, spośród ok 600 tys. Żydów zgładzonych na okupowanych terytoriach ZSRR większość padła ofiarą miejscowych kolaborantów. Jeśli chodzi o frontowe jednostki SS, głównie łotewskie i estońskie to walczyły one do końca cechując się determinacją i okrucieństwem. To właśnie żołnierze 15 łotewskiej dywizji SS „Lettland” w lutym 1945 r. spalili żywcem kilkudziesięciu polskich żołnierzy wziętych do niewoli. Co się tyczy Powstania Warszawskiego, to istotnie do jego tłumienia Niemcy rzucili znaczną ilość obcojęzycznych formacji. Dotyczy to szczególnie zgrupowania gen Heinza Reinefartha, które nacierało na kierunku Woli. Tam też w pierwszej dekadzie sierpnia 1944 r. miały miejsce najbardziej krwawe masakry ludności cywilnej. Szczególny udział w tych wydarzeniach miały:

– karny regiment SS „Dilewanger” złożony głównie z kryminalistów;

– dwa wschodniomuzułmańskie pułki SS złożone z Uzbeków i Turkmenów;

– dwa bataliony ostlegionu Azerbejdżan;

– brygada SS RONA sformowana na terenach wsch. Białorusi, skupiająca elementy kryminalne różnych narodowości. Brygadą dowodził Polak z pochodzenia, renegat Bronisław Kamiński (po wycofaniu z Warszawy brygada została rozwiązana, a Kamiński i członkowie jego sztabu rozstrzelani przez Niemców).

Niestety większość odpowiedzialnych za te i inne zbrodnie nie poniosła zasłużonej kary. Chociaż sama przynależność do SS była przestępstwem w świetle przyjętych regulacji prawnych, a renegaci powinni być przekazani macierzystym krajom, władze wojskowe zachodnich stref okupacyjnych, gdzie w większości znaleźli się żołnierze tych formacji odmówiły ich wydania. Tak było między innymi w odniesieniu do Łotyszy, Estończyków czy Ukraińców z SS „Hałyczyna”. Wkrótce większość z nich znalazła się na emigracji, głównie w USA i Kanadzie, często otrzymując przez lata stosowne renty bądź emerytury z RFN.

Jednym z ulubionych tematów manipulacji historycznej są Kresy. Zdradzili, sprzedali, sprzeniewierzyli się Polsce, to w odniesieniu do powojennych działaczy państwowych. Oczywiście wszystkiemu winien jest Stalin i ZSRR, choć ostatnio radni jednego z miast podjęli decyzję o zmianie nazwy ulicy Roosevelta bowiem ten zdradził Polskę w Jałcie. Temat jest chwytliwy nie tylko w środowisku ludzi starszych, wychowanych na Trylogii, do których się zaliczam, ale również w młodszych pokoleniach Lwów i Wilno, Orlęta i Rossa, Nowogródek i Kamieniec Podolski to wciąż są źródła sentymentalnych rozmyślań. Ale rzeczywistość lat 1943–1945 była inna, a fakty mówią same za siebie. Lwów i Wilno, owe twierdze polskości, były wówczas wyspami położonymi wśród wrogich żywiołów. Realnie nie było żadnych szans utrzymania Wilna w kontekście aspiracji Litwinów, a także Białorusinów, a Ukraina Zachodnia była sfaszyzowana. Ludność polska trzymała się jedynie w miastach i miasteczkach systematycznie przemieszczając się na Zachód. Utrzymanie tego terenu to byłaby kwestia przesiedleń co najmniej 1,5 mln ludzi. To nie wchodziło w grę, niezależnie od złej czy dobrej woli Roosevelta czy nawet Churchilla. Natomiast w przypadku utrzymania przy Polsce choćby połowy terenów ukraińskich położonych w granicach z 1939 r. byłoby to ogromnym ciężarem dla z trudem odradzającego się państwa polskiego. Nacjonalizm był tu wszechogarniający. Władze radzieckie dysponujące niepomiernie większymi możliwościami, a także środkami represji, zmagały się z tym problemem przez kilka lat.

Przypomnę, że ostatni faktycznie dowodzący zbrojnym podziemiem na Ukrainie, Roman Szuchewycz (gen.Taras Czuprynka) został zlikwidowany dopiero w marcu 1950 roku na przedmieściach Lwowa. Polska w granicach z 1945 r. odziedziczyła mniejszość ukraińską liczącą ok 600 tys. osób. W latach 1945–1946, w ramach repatriacji dobrowolnej lub wymuszonej wyjechało na Ukrainę ponad 400 tys. Pozostało około 150–160 tys. A jednak jeszcze przez dwa lata na południowo-wschodnich rubieżach Polski trwały działania zbrojne, lała się krew. Kres temu położyła dopiero tak potępiana akcja „Wisła”. Co by było, gdybyśmy w granicach Polski mieli półtora, czy dwa miliony Ukraińców – można spekulować. Można by te krótkie uwagi spuentować tak: pamięć i kultywowanie tradycji – tak, nieodpowiedzialne mrzonki – nie. 

Fot. v-klub.cz

Komentarze

komentarze

stat4u