Jan Stec: Dezawuowanie historii PRL to niebywały cynizm

Edward_Gierek_Dzień_Czynu_Partyjnego_1974płk. rez. Jan Stec

Podjęta, a ostatnio wyraźnie nasilona, kampania dezinformacji, mająca na celu dezawuowanie historii PRL, cechuje się wprost niebywałym cynizmem. Mówienie o tym, że Polska odzyskała niepodległość w 1989 roku, będąc wcześniej przez ponad 40 lat czymś w rodzaju półkolonii ZSRR, obraża uczucia i pamięć całych pokoleń Polaków. Wystarczy wskazać punkt wyjścia: zniszczony w co najmniej 40% majątek narodowy, zrujnowane miasta, niektóre jak Warszawa czy Wrocław prawie w 100%, utrata 6 milionów obywateli, konieczność przemieszczenia ponad 6,5 mln obywateli (repatriacja, wysiedlenia itp.), zintegrowanie Ziem Zachodnich, to tylko niektóre wielkie zadania.

To właśnie te powojenne pokolenia Polaków, kosztem wyrzeczeń, niskiej stopy życiowej i osobistych poświęceń wykonały te zadania i zbudowały solidne podstawy gospodarki narodowej. Odbywało się to w warunkach trudnych, potęgowanych przez liczne błędy kolejnych ekip rządzących. Tego nie dokonali, tak ostatnio sławieni „żołnierze wyklęci” ani księgowy, mieniący się prezydentem RP na uchodźstwie. I może jeszcze taka uwaga, wychodząca nieco poza tematykę naszych rozważań. Historia narodów i państw nie składa się z samych świetlanych okresów i doniosłych czynów. Bywają czasy trudne i działania niepopularne. Ale naród, który wyrzeka się swych tradycji i historii ulega nieuchronnej degradacji. Patrzmy jak to robią inni, na przykład Węgry czy naród niemiecki i uczmy się póki nie jest za późno. Koniecznym jest uczynienie jeszcze jednego zastrzeżenia. Funkcjonujące obiegowo terminy „komuna”, „postkomunizm” nic nie znaczą.

W Polsce nie było ustroju komunistycznego. Była swoista odmiana socjalizmu, nazywana umownie demokracją ludową, wprowadzana u swego zarania przy poparciu sił zewnętrznych. Nie było komunizmu, gdyż między innymi nie został spełniony podstawowy warunek powszechnego uspołecznienia środków produkcji (prawie 80% ziemi było cały czas w rękach prywatnych). Były i inne odstępstwa, jak rola i miejsce Kościoła itp. Tak było, chociaż ludzie sprawujący władzę nazywali siebie komunistami. Przytoczonych tych kilka przykładów powinno w zasadzie dać odpowiedź na pytanie „wyzwolenie czy zniewolenie”.

Na ziemiach polskich pochowanych jest około 650 tys. żołnierzy radzieckich, głównie Rosjan, ale także Ukraińców, Białorusinów, Gruzinów i przedstawicieli innych narodowości byłego ZSRR. Istnieje wiele pomników upamiętniających tamte zdarzenia. To pamiątki żołnierskiej ofiarności. Oni walczyli z faszyzmem, według znanego powiedzenia: „żołnierz drogi nie wybierał”. Nie oni decydowali o wielkiej polityce, ale to dzięki nim nasz naród uniknął być może totalnej zagłady. Takich miejsc pamięci jest setki, nie tylko we wschodniej Europie, ale także w Norwegii, Danii a także w Austrii i w Niemczech i nikomu nie przychodzi do głowy ich niszczyć. W Niemczech najbardziej okazałym obiektem jest pomnik w Berlinie, radzieckiego żołnierza i niemieckiego antyfaszysty. Stoi tam jako symbol, ale i ostrzeżenie przed nawrotem nazizmu i faszyzmu.

Ale Polska jest miejscem szczególnym. Otóż na naszej ziemi spoczywają prochy na pewno ponad pół miliona radzieckich jeńców wojennych z lat 1941–1942, zamęczonych w obozach zagłady, głównie w Sobiborze, Bełżcu, na Majdanku, a także w doraźnie organizowanych obozach jenieckich na terenie wschodniej Polski. O tych ludzi przez lata nikt się nie upominał, a w ZSRR byli oni postrzegani jako ludzie niższej kategorii. Dziś niewiele jest pamiątek o tej tragedii. W naszej świadomości i kulturze politycznej cmentarze i miejsca pamięci były wolne od manifestacji i rozgrywek politycznych. Dziś jest inaczej. Sączona przez lata zjadliwa propaganda zrobiła swoje. Dziś często są to miejsca gorszących zajść i manifestacji. Nie dotyczy to tylko sprawy obywateli radzieckich.

Wystarczyło pójść na pogrzeb gen. W. Jaruzelskiego lub przyjrzeć się corocznym obchodom rocznicy Powstania Warszawskiego. Niektórzy przedstawiciele skrajnych ugrupowań żądają nawet likwidacji niektórych mogił (Powązki) bądź też wyprowadzenia ich poza obszar cmentarza. Jest oczywistym w tej sytuacji, ze sprawa pomników i cmentarzy radzieckich trafia na podatny grunt. Mnożą się akty dewastacji i profanacji, niszczy się symbole, napisy itd. Likwidacja lub zmiana miejsca tych obiektów odbywa się z reguły bez zachowania podstawowych zasad kultury i poszanowania tradycji. To musi wywoływać zadrażnienia, także w aspekcie międzynarodowym.

Takim przykładem z ostatniego okresu są obchody 70-rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Wiele szumu wywołały tu wypowiedzi publiczne naszych mężów stanu. Jestem przekonany, że obydwaj panowie są na tyle wykształceni, że doskonale orientują się w nazewnictwie: Front Ukraiński, Front Białoruski itp. Ich bulwersujące wypowiedzi na pograniczu cynizmu nie były zwykłymi błędami. Były one w pełni świadome, mające spowodować odpowiedni rezonans polityczny. I tak też się stało. Zresztą sama organizacja obchodów pozostawiała wiele do życzenia. Na tego rodzaju rocznicowe uroczystości z udziałem kilkuset żyjących jeszcze więźniów obozów nie powinno się zapraszać przedstawicieli tych nacji, które w praktyce realizowały programy totalnej zagłady. Mam tu na myśli przedstawicieli Niemiec, Łotwy, Litwy, Estonii, a nawet Ukrainy, gdzie obecny prezydent jest rzecznikiem obozu nacjonalistycznego.

A co się tyczy Ukrainy, to faktem jest, że Ukraińcy stanowili drugą, co do wielkości populację służącą w Armii Radzieckiej i taki też był ich wkład w zwycięstwo i wielkość ofiar. Ale to byli inni Ukraińcy, nie zarażeni jadem nacjonalizmu. Jest spośród nich wielu przedstawicieli godnych uwieńczenia właśnie w Polsce. Przykładem może być płk. W. Skopenko, kierujący operacją wyzwalania Sandomierza, czy też niedawno zmarły w Kijowie Jewgienij Bieriezniak, legendarny „mjr Wicher”, dowódca grupy wywiadowczo-dywersyjnej działającej w południowej Małopolsce. Ta właśnie grupa współdziałająca z polskim ruchem oporu, w decydujący sposób przyczyniła się do ocalenia zabytków Krakowa przewidywanych do zniszczenia w momencie wycofania się Niemiec.

I jeszcze pewien może niewiele znaczący fakt. Otóż 27 stycznia, w dniu uroczystości oświęcimskich w Bytomiu, w dzielnicy Miechowice odbyły się obchody rocznicowe zbrodni dokonanej przez żołnierzy Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, w trakcie wywożenia Ślązaków na roboty przymusowe do Donbasu. Wcześniej w katedrze katowickiej odprawiono modły za ofiary tych wywózek. Były one faktem. Górny Śląsk był w strefie przyfrontowej i całkowita władzę na tym terenie sprawowały komendantury radzieckie. Jest tylko jedno „ale”…

Stosunki narodowościowe na Śląsku już przed 1939 r. były dość skomplikowane. Wojna pogłębiła tę sytuację. Zakrojona na szeroką skalę akcja germanizacyjna, zwłaszcza na ziemiach wcielonych do Rzeszy, gdzie szczególny nacisk położono na germanizację Ślązaków, Kaszubów i Mazurów przyniosła wymierne rezultaty. Tak zwaną Niemiecką Listę Narodowościową (Deutsche Volksliste) przyjęło ponad 2,5 mln osób, z czego około 980 tys. zaliczono do kategorii I bądź II, tzw. aktywnych Niemców. Pewnie, że były różnego rodzaju naciski, dramaty rodzinne i osobiste itp., ale prawda jest jedna. Ci, którzy zaakceptowali Niemiecką Listę Narodowościową, zarówno pod względem prawnym, jak i moralnym przestali być Polakami. Stali się obywatelami Rzeszy z wszystkimi uwarunkowaniami wynikającymi z tego faktu. Dotyczyło to m.in. obowiązkowej służby w Wehrmachcie bądź różnego rodzaju służbach policyjnych.

Podpisujący wspomniane listy powinni byli zdawać sobie sprawę z konsekwencji w przypadku klęski III Rzeszy. Polscy historycy nie dokonali jak dotąd kompleksowej oceny tego zjawiska. Był to i nadal pozostaje temat niewdzięczny i w jakimś sensie wstydliwy. Tymczasem w lutym w Radzionkowie z wielką pompą otwarto Centrum Dokumentacji Deportacji Ślązaków do ZSRR w 1945 r. Uczestniczył w tym Prezydent RP, który po raz kolejny mówił o „klęsce wolności”.  Należałoby więc zbadać kogo wywieziono. Jaki był wśród tych ludzi procent autentycznych obywateli polskich. Tak czy owak, tego typu uroczystości odbywające się zbieżnie z rocznicą oświęcimską można by zakwalifikować jako swoistą prowokację.

O tym, że tego rodzaju działania będą się powtarzać świadczy wydane prawie w tym samym czasie zalecenie kurii warmińsko-mazurskiej, nakazujące przeprowadzenie we wszystkich parafiach mszy w intencji dwóch księży niemieckich zabitych w 1945 r. na tym terenie przez żołnierzy radzieckich. Podobno są starania, aby wynieść ich na ołtarze. To tak jak przysłowiowy „królik z kapelusza” wyciągnięty po 70 latach. Godzi się przypomnieć inicjatorom tego rodzaju akcji, że w nazistowskich kacetach zamordowano kilka tysięcy polskich kapłanów, a także członków zgromadzeń zakonnych oraz świeckich działaczy katolickich. Wybór nie był przypadkowy. Represjonowano tych, którzy byli znani z działalności społecznej i patriotycznej postawy. O ile mi wiadomo tylko jeden z nich o. Maksymilian Kolbe został wyniesiony na ołtarze. Do dziś nie ma żadnego centrum pamięci czy dokumentacji dotyczącego martyrologii polskich kapłanów. Zostawmy, więc niemieckich bohaterów w spokoju.

Fot. Wikimedia Commons

Komentarze

komentarze

stat4u