Gandhi: przestarzały mit polityczny?

 

Daniel S. Zbytek
 
Na półkach księgarskich w Stanach Zjednoczonych w kwietniu 2011 roku ukazała się książka Josepha Lelyvelda Great Soul – Mahatma Gandhi and His Struggle with India ("Wielki duch – Mahatma Gandhi i jego zmagania z Indiami"), wyd. Alfred A. Knopf, New York 2011. Wywołała ona ogromne zainteresowanie – od aplauzu w Stanach i Europie, po gwałtowny sprzeciw i zakaz rozpowszechniania w Indiach. Autor przedstawia Gandhiego, jako realnego człowieka, z jego wadami i zaletami, ale przede wszystkim, jako polityka, którego idee zostały przekształcone w mit polityczny na potrzeby aktualnej rządzącej elity, służący jej do realizacji aktualnych doraźnych celów.
 
Książka opisuje drogę polityczną Gandhiego. Nie jest to standardowa biografia, autor niewiele czasu poświęca czasom dzieciństwa i wczesnej młodości przyszłego przywódcy Indii, ani też okresowi jego studiów prawniczych w Wielkiej Brytanii. Nie odbiegały one od standardów ówczesnej zamożnej indyjskiej młodzieży. Gandhi urodził się 2 października 1869 roku w miejscowości Porbandar, stolicy niewielkiego księstwa w Gudżaracie, to obecnie stan w zachodnich Indiach. Jego dziad i ojciec byli głównymi urzędnikami, zarządcami administracji księstewka, noszącymi tytuł „diwan”. Należeli do kupieckiej kasty Modh Bania, w strukturze indyjskiego społeczeństwa poniżej kast bramińskiej i kszatrija, (czyli wojowników), ale powyżej kast szudrów, czyli chłopów. Modh Bania to rozpowszechniona w całych Indiach kasta, do niej należy duża część zamożnego kupiectwa i wielu urzędników – tak było w czasach Gandhiego, i tak jest dzisiaj.
 
Autor stara się zrozumieć, jak to się stało, że młody, świeżo wyedukowany prawnik, wysłany przez rodzinę do Południowej Afryki w celu pomocy tamtejszym kupcom, głównie muzułmanom pochodzącym z Gudżaratu, w ich zmaganiach z administracją ówczesnych kolonii na terenie dzisiejszej Republiki Afryki Południowej: państw białych holenderskich osiedleńców i kolonii brytyjskiej Kraju Przylądkowego. Gandhi przeistoczył się w Afryce z biegłego zawodowo rzecznika interesów swoich pracodawców w przywódcę, który stworzył polityczny ruch masowy – najpierw wśród ludności indyjskiej w Afryce, a potem, na znacznie większa skalę, w Indiach.
 
W Afryce Gandhi spędził 21 lat i przybył do Indii w 1914 roku już, jako w pełni ukształtowany czterdziestopięcioletni polityk, doświadczony w bojach z białą administracją kolonialną, świadomy możliwości, jakie daje działanie polityczne w oparciu o szerokie rzesze społeczeństwa. Początki działalności politycznej Gandhiego wynikały z jego roli, jako adwokata zamożnych kupców pochodzących z Indii, których ani biali europejscy osadnicy, ani brytyjska kolonialna administracja nie uznała za pełnoprawnych obywateli, sprowadzając ich do ludzi drugiej kategorii, jak najemni robotnicy z Azji Południowej czy wręcz miejscowi Murzyni. To była ciężka obraza, zarówno dla Gandhiego, jak i jego indyjskich pracodawców. Indyjski adwokat udowadniał brytyjskim i afrykanerskim władzom kolonialnym, że tradycje kulturalne wykształconych Hindusów nie są gorsze od tych, które mają biali, a zrównanie ich do poziomu czarnych, czyli jak to wtedy określano pogardliwie „kafir” jest niegodne i niewłaściwe.
 
Swe zmagania na drodze prawnej Gandhi przegrał, jednak jego walka w sądach i z urzędnikami kolonialnymi były bacznie i z sympatią obserwowane przez jego indyjskich ziomków w Afryce i Indiach. Nie przez miejscowych Murzynów – relacje między Hindusami a ludnością miejscową były napięte. Wynikało to z pozycji, jaką zajmowali Hindusi – pośrednie między białymi a czarnymi, ale także z pogardy, jaką odczuwali imigranci z Indii wobec miejscowych, uznając ich za prymitywnych, a także postawy samych Afrykańczyków, dla których wszyscy obcy pozbawiali ich własnej ziemi. W tym czasie, pod koniec XIX wieku rodził się także nowoczesny ruch niepodległościowy ludności miejscowej, a ich przywódca John Langalibalele Dube mieszkał kilka kilometrów od farmy zbudowanej przez Gandhiego i jego zwolenników na wzór tołstojowskiej wzorcowej wsi Jasnej Polany. Obaj panowie kilkakrotnie się spotkali, Dube także miał brytyjskie wykształcenie i pochodził z zuluskiej rodziny królewskiej, ale Gandhi nie był zainteresowany podjęciem jakichkolwiek wspólnych działań, podzielał uprzedzenia swoich ziomków, a nawet w czasie wojny z Zulusami, Gandhi utworzył przy armii kolonialnej oddziały indyjskich ochotników – sanitariuszy – na ich udział po stronie Brytyjczyków i Afrykanerów, jako żołnierzy nie zgadzali się biali, mimo usilnych zabiegów Gandhiego.
 
Przegrawszy na salonach władzy, niespodziewanie dla siebie, Gandhi odkrył inne, skuteczne narzędzie politycznego oddziaływania. Zaczęło się od strajku białych górników, którzy odnieśli zwycięstwo i uzyskali znaczne podwyżki płac, skrócenie dnia roboczego, ubezpieczenia w razie wypadków – ich zmagania były podobne, jakie w tym czasie miały miejsce w Ameryce Północnej i Europie. Indyjscy robotnicy najemni poszli w ich ślady – Gandhi włączył się do ich walki, choć starał się nadać ich zmaganiom religijny i kulturowy charakter. Hinduscy wyrobnicy ponieśli klęskę – propagowana przez Gandhiego „satyagraha”, czyli pasywny opór w afrykańskich warunkach okazał się całkowicie nieskuteczny – druga strona nie miała zamiaru pójść na jakiekolwiek ustępstwa, a bezpośrednimi wykonawcami woli białych stali się czarni pomocnicy policji, brutalnie rozprawiając się z nielubianymi Hindusami. Hindusi byli ponadto stosunkowo mało liczną mniejszością, mieszało ich wówczas w Afryce Południowej około 100 tysięcy, wobec milionów czarnych i kilkuset tysięcy białych.
 
Gandhi tą klęskę zaprezentował, jako zwycięstwo – duchowe zwycięstwo. Zjednoczył wszystkich Hindusów wobec wspólnej sprawy. Wtedy też pojawił się nowy Gandhi, ubrany w strój indyjskiego chłopa. Zniknęło wcześniejsze wcielenie Gandhiego – europejskiego dandysa, bywalca salonów, zaprzyjaźnionego z wieloma Europejczykami. Te opisane przez Autora europejskie przyjaźnie, a szczególnie jedna, z Kallenbachem, niemieckim Żydem pochodzącym, jak to Autor książki pisze, z Kaliningradu w Prusach Wschodnich, najbardziej irytuje dzisiejsze indyjskie elity. Gandhi w swoim macierzystym kraju stał się ikoną, bożyszczem, pozbawionym ludzkich cech, którego myśli i postępowanie zawsze i wszędzie było nieskalane. A Lelyveld po prostu pisze, że Kallenbach był partnerem seksualnym Gandhiego, który dla niego porzucił rodzinę i zamieszkał z nim w jednym domu, gdzie, jak to piszą im współcześni, żyli jak mąż i żona. W Indiach homoseksualizm nie jest napiętnowany, ale uważany za skłonności oczywiste dla odrębnej kasty, traktowanej z dystansem, jako wcielenie złych i dobrych demonów, której przedstawiciele są obowiązkowo obecni na weselach, ale na pewno nie do przyjęcia dla kogoś, kto był, i dalej propagandowo jest, przywódcą Narodu. Inna jeszcze skłonność seksualna Gandhiego wywołała zastrzeżenia w jego czasach, a teraz uznana byłaby za poważne przestępstwo. To tak zwana „brahmacharya”, czyli wstrzymanie się od wszelkich kontaktów seksualnych z kobietami. Sama idea wstrzemięźliwości seksualnej jest powszechnie znana, jak wiemy księża katoliccy z różnymi rezultatami starają się ją stosować, zastrzeżenia budziła tylko forma sprawdzenia się Gandhiego w jego wytrwałości – spał nago z równie nagą siedemnastoletnią dziewczyną Manu, córką swego bratanka. W tym dążeniu do ideału Gandhi nie zważał na uczucia innych, nie brał pod uwagę psychicznych reakcji Manu – ważne tylko były jego doświadczenia i dążenie do doskonałości.
 
Lelyveld pokazuje Gandhiego, jako człowieka, dla którego polityka była żywiołem życia. Podporządkował jej swe życie rodzinne, swe przyjaźnie, swoje życie duchowe, swój sposób odżywiania i ubioru. Na pewno chciał być kimś, wyróżnić się z tłumu, ale robił to jakby przy okazji, zręcznie sterując nadarzającymi się okazjami. W czasie studiów przystąpił do ruchu teozoficznego, jedynej europejskiej ideologii, która podstawy swych idei upatrywała w Azji, szczególnie w Indiach. To słynni wyznawcy szarlatanki Bławackiej, której bzdurne książki zachwycały Hitlera i jego brunatnych zwolenników. To od niej naziści wzięli ideę czystych rasowo Aryan i swastykę. Gandhi w te bzdury nie wierzył, choć imponowało mu teozoficzne uznanie dla indyjskiej kultury, ale najistotniejsze było to, że poznał wtedy wiele osób np. Kallenbacha, które przydały mu się w późniejszych kontaktach.
 
Gandhi uznany został po powrocie z Afryki do Indii przez swych ziomków za świętego, mahatmę. Wpasował się w indyjska tradycję wędrujących po całym kraju oświeconych mężów, praktykujących wstrzemięźliwość seksualną, częste głodówki z różnych okazji, chroniący święte krowy, ubranych w strój prostego chłopa. W kraju nad Gangesem tego typu święci mężowie są dość powszechnym zjawiskiem. Zwani sadhu, nago lub w skromnym odzieniu, chodzą od wsi do wsi, poprzez miasta, propagując swoją idę dojścia do duchowej doskonałości. Gandhi robił to samo, – ale swoja pozycję żywego świętego po raz pierwszy w dziejach licznych zastępów sadhu skierował nie na samodoskonalenie wewnętrzne siebie i swoich rodaków, ale jako instrument politycznego oddziaływania, sposobu zjednoczenia wokół siebie milionów ludzi z całych Indii, wskazując im przyczynę ich ciężkiego losu – administrację kolonialną Wielkiej Brytanii.
 
Połączył w ten sposób odwieczną tradycję oświeconych – takich jak Budda, dżainów Mahaviry, licznych zastępów sanyasi braminizmu ze światem polityki XX wieku – masowych ruchów totalitarnych, masowej komunikacji, buntu mas, jak to opisywał Ortega y Gasset. Było to oczywiste już dla współczesnych Gandhiego – Churchill go określał, jako bolszewika, demontującego wspaniałe brytyjskie imperium. Oczywiście Mahatma nie był bolszewikiem, nie chciał rewolucji społecznej. Znacznie bliższy był mu Lew Tołstoj, z którym zresztą korespondował, niż awangarda klasy robotniczej, krwawo rozprawiająca się z wszelką polityczną i ideową konkurencją. Gandhi, podobnie jak Tołstoj, marzył o powrocie do przeszłości, takiej, jaka nigdy nie istniała, ale którą obaj, Rosjanin i Hindus, wytworzyli w swoich wyobrażeniach, zaludnionej przez dobrych, uczciwych i spokojnych chłopów, przędących swoje odzienie na kołowrotkach, uprawiających niewielkie pola, czczących miejscowych bogów i tradycyjne hierarchie.
 
Gandhi w swej politycznej retoryce propagował trzy idee: ahimsa, czyli unikania przemocy, jedności muzułmańsko – hinduistycznej oraz likwidacji tradycji kastowej, przede wszystkim pełne włączenie tzw. „niedotykalnych” na równych prawach do reszty społeczeństwa.
 
Wszystkie te trzy idea, bardzo nagłośnione w świecie, w samych Indiach poniosły klęskę. Ahimsa skończyła się w masowych, często krwawych demonstracjach a jedność muzułmańsko – hinduistyczna okazała się mrzonką wobec bezwzględnych walk obu społeczności, które swe apogeum osiągnęło w czasie podziału kolonialnych Indii na dwa niepodległe państwa: Pakistan i Indii, w 1947, gdy zginęło od miliona do 1, 5 miliona ludzi, a dziesiątki milionów musiały opuścić swe miejsca zamieszkania i wyruszyć w nieznane. Pariasi zostali pariasami – zmienili tylko nazwę, określają dziś siebie, jako Dalici (uciemiężeni), a nie Haridżanie, czyli dzieci boga, jak ich chciał nazwać ich Gandhi. Dalici, czyli ponad 20% ludności Indii, to około 250 milionów ludzi, nie uznaje Gandhiego za swego duchowego przywódcę – jest nim Ambedkar, wykształcony parias, który napisał indyjską konstytucję, a który był przeciwnikiem politycznym Gandhiego, uważając go za przedstawiciela tradycyjnej, kastowej kultury indyjskiej.
 
Mit Gandhiego trwa – w świecie przede wszystkim, jako werbalne wezwanie do prowadzenia walki politycznej bez użycia przemocy, w Indiach przede wszystkim, jako mit założycielski państwa wielu narodów, religii i kast. Ludziom mity są potrzebne, ale nie są tak niewinne, jak by się zdawało, służą określonym celom i określonym ludziom, mit ma swoje drugie dno, polityczne – nie zawsze jednoznaczne, ale zawsze zmienne w czasie. Każdy polityczny mit jest instrumentem w grze o władzę. Gdy zmieniają się warunki społeczne, stary mit staje się bezużyteczny. Mit Gandhiego inaczej funkcjonuje na Zachodzie – inaczej w Indiach, w rzeczywistości przez dużą część społeczeństwa indyjskiego jest odrzucany (Dalici, adivasi, neo buddysci plus muzułmanie (choć w tym przypadku relacje były i są bardziej złożone) – łącznie ponad 500 mln ludzi, połowa mieszkańców Indii – oni byli dla niego ludźmi drugiej kategorii – wymagającej troskliwej opieki,  nie równoprawnych relacji). Książka Lelyvelda ukazuje proces tworzenia tego politycznego mitu, Gandhi sam w tym mitotwórczym procesie brał duży udział.

Cóż, nawet nośny medialnie przekaz: przekształcenie klęski w zwycięstwo – ono także Gandhiemu w Afryce nie wyszło. Afrykańscy Hindusi uznali, ze gandhijska ahimsa przeistoczyła się w zdradę, w zbyt daleko idące ustępstwa na rzecz białych, a sam Gandhi w rezultacie został pobity przez białych i odrzucony jako lider przez swoich – pozbawiony znaczenia jako polityk wrócił do rodzinnego kraju, gdzie, niespodziewanie dla samego siebie, (chciał wrócić do zawodu prawnika), jako “sanyashi” zaczął skutecznie funkcjonować jako polityczny przywódca, choć nie jako polityczny decydent – za jego plecami stali wyrachowani, mądrzy liderzy, jak Nehru, Patel, Sarojini Naidu i inni. Mit Gandhiego, świątobliwego, prawdziwego Hindusa był dla nich bardzo użyteczny.
 
Cóż, więc zostało z idei Gandhiego? Jego idee są piękne, bardzo humanistyczne, ale nie jednoczą dziś Indii. Jednoczący natomiast charakter ma sama postać człowieka, a raczej legenda, którą wokół niego stworzono. Wyrasta z niej mocarna postać (mimo faktycznej, mikrej postury), która zjednoczyła swój lud, przeciwstawiła się zewnętrznym wrogom, równocześnie reprezentując wspaniałe cywilizacyjne tradycje Wielkich Indii: unikania przemocy, samodoskonalenia duchowego, szacunku dla każdego życia. Dzięki temu gandijskiemu mitowi dumna z siebie i swej cywilizacji ludność Indii się zjednoczyła i wywalczyła niepodległość.
 
Dziś jednak, gdy rozwój świata przyspieszył i pojawiły się nowe ruchy masowe o anty rozwojowym charakterze, jak islamizm, którego źródło znajduje się bezpośrednio za zachodnimi granicami Indii, Indie potrzebują nowego przetworzonego masowego mitu, przeciwieństwa dotychczasowego mitu Gandhiego – potrzebują mitu racjonalnej budowy demokratycznego społeczeństwa równych szans dla wszystkich, jakie np. reprezentowali Nehru i jego córka i wnuk, budowniczych nowoczesnych Indii komputerów, satelitów i najnowszych technologii. Jakby nie była fascynująca postać samego Gandhiego, nie jest on już dziś inspirujący dla młodego pokolenia.
 
Dla czytelnika fascynujący jest sam proces opisany znakomicie przez Autora książki: tworzenia się jednoczącego mitu wobec kreowanej niemal na boską postaci żywego człowieka i tworzenia politycznego mitu, nadającego kierunek rozwojowy ponad miliarda ludzi.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Komentarze

komentarze

stat4u