Andrzej Zapałowski: Europa jest coraz bardziej zmęczona konfliktem na Ukrainie

civil_war_in_ukraineZ dr. Andrzejem Zapałowskim, prawnikiem, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak przyjął Pan ocenę sytuacji na linii Europa – Rosja wyrażoną w Brukseli przez prezydenta Komorowskiego, który powiedział, że potrzebna jest strategia całego Zachodu wobec Rosji. Czy to w ogóle możliwe?

– Prezydent Komorowski w swoim przemówieniu przypomina Zachodowi o czymś oczywistym, o wspólnej strategii Unii, której tak naprawdę nie ma w wielu sektorach. Europa nie ma amnezji, aby jej coś przypominać, Europa ma swoje interesy, które wyznaczają jej granice politycznej pamięci. Wspólna strategia wobec Ukrainy staje się strategią poniesienia jak najmniejszych strat przez starą Unię. W ubiegłą niedzielę we Francji odbywały się wybory samorządowe, gdzie Front Narodowy był liderem sondaży. Partia ta wprost popiera politykę Putina, a za dwa lata będą tam wybory prezydenckie. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, gdzie za dwa miesiące odbędą się wybory parlamentarne. Tam także w czołówce sondażowej jest eurosceptyczna partia, która identyfikuje się bardziej z Rosją niż z Ukrainą. Także Czechy, Słowacja i Austria uciekają Polsce, tworząc dwa miesiące temu Trójkąt Sławkowski. O Węgrzech, które ponad unijnymi sankcjami współpracują z Rosją, już nie wspomnę. To pokazuje, że w Europie Środkowo-Wschodniej zostajemy sami z niewielką Litwą. Apel Komorowskiego jest apelem rozpaczy, a nie czynnikiem mobilizacji Unii Europejskiej.

Rosja, stawiając swoją armię na nogi i podejmując kolejne działania prowokacyjne, jak np. manewry rosyjskich sił zbrojnych, jedynie pręży muskuły i blefuje – jak twierdzą niektórzy eksperci – czy może rzeczywiście przygotowuje się do ekspansji?

– Rosjanie używają sił zbrojnych do demonstracji siły, która ma na celu ostrzeżenie przed mieszaniem się w ich sprawy. To nie jest demonstracja agresora. Jak ktoś chce uderzyć, to nie demonstruje siły, ale słabość, jednocześnie mając w zanadrzu siłę. Moskwa daje sygnał, że nie pozwoli mieszać się innym mocarstwom do ich wewnętrznej strefy wpływów, w skład której wchodzi m.in. Ukraina. W obecnej wojnie separatystów z Kijowem przy zapleczu demograficznym Donbasu, które stanowi ok. 4 milionów ludzi, Ukraina posiadająca obecnie pod swoją kontrolą ok. 35 milionów obywateli przegrywa. To pokazuje jedno, a mianowicie, że przy średnim zaangażowaniu armii rosyjskiej, w tym głównie lotnictwa i wojsk specjalnych, w ciągu kilku dni Rosjanie mogliby piec kiełbasę pod Kijowem. Czemu tego nie robią? Bo nie chcą tego zrobić. Rosja chce mieć Ukrainę (bez części lwowskiej) w swojej strefie wpływów, a nie ją okupować.

Czy takie działania Moskwy paradoksalnie nie wzmacniają polskiego bezpieczeństwa?

– Spośród wszystkich państw NATO amerykańskie gwarancje mają największe znaczenie. Jednak należy pamiętać, że decyzja o militarnym wsparciu Polski jest decyzją polityczną. Nikt nam nie pomoże, jeżeli będziemy się zachowywać tak jak Ukraina w sprawie Krymu. Nasze siły operacyjne są niewiele większe niż siły zbrojne separatystów w Donbasie. W Polsce sytuacja jest taka, że 1 proc. obywateli ma bronić pozostałe 99 proc. Takie są realia. Tymczasem minister obrony Tomasz Siemoniak mówi, że podjął decyzję o budowie 2,5-tysięcznego komponentu Obrony Terytorialnej. To skandal! W propagandzie medialnej wykorzystuje się patriotyzm organizacji paramilitarnych i twierdzi, że to one będą jednym z filarów obrony Polski. Tymczasem gdyby w każdej wiosce kilku młodych ludzi wojskowo zorganizować, mielibyśmy milionową armię terytorialną. Nikt nie musiałby prosić o obronę Amerykanów, a ponadto sami nie przejmowalibyśmy się manewrami Rosjan.

Putinowi chodzi tylko o podporządkowanie Kijowa i doprowadzenie do sytuacji, w której Zachód pozostawi Ukrainę samej sobie?

– Rosja nie udźwignie Ukrainy na swoim garnuszku, tym bardziej nie stać jej na okupowanie tego kraju. Okupacja pociągnęłaby za sobą zmaganie się z powstańcami w formie wojny nieregularnej przy granicy z Polską. Rosja w swoich zamiarach musi doprowadzić do upadku gospodarczego Ukrainy, co się jej zasadniczo udaje. Pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego kraj ten przeznacza głównie na zakup uzbrojenia, a nie na odbudowę swojej gospodarki czy kwestie socjalne.

Co sądzi Pan o stanowisku prof. Zbigniewa Brzezińskiego, który powiedział w Brukseli, że Ukraina powinna wybrać drogę Finlandii po II wojnie światowej. Z jednej strony gospodarczo współpracować z Zachodem, ale nie wchodzić ani do UE, ani do NATO, co uspokoiłoby Putina i pozwoliłoby mu na wycofanie się z konfliktu z twarzą?

– Szkoda, że prof. Brzeziński nie zaproponował tego rok wcześniej. W tamtym czasie namawiał do sankcji wobec Rosji, do wspierania finansowego i militarnego Kijowa w rozprawieniu się z separatystami. Przecież już rok temu było wiadomo, że „ukraińscy” Rosjanie w liczbie kilku milionów wolą być w układzie z Moskwą, a nie z Brukselą. Po co było niszczyć infrastrukturę Donbasu i zabijać tysiące ludzi. To rok temu wystarczyło zgodzić się na federację i podzielić się wpływami na Ukrainie. Do Dniepru Zachód, za Dnieprem Rosja. Mielibyśmy jednolite państwo ukraińskie o wymuszonym statusie Finlandii.

Zapowiedź Brukseli, że dopiero podczas szczytu w czerwcu UE zastanowi się nad dalszym losem restrykcji wobec Moskwy nie jest ukłonem wobec Putina, daniem mu wolnej ręki czy wręcz zachętą do eskalacji konfliktu?

– Dla Unii ważniejsze było jednolite stanowisko państw wspólnoty niż próba wymuszenia większych sankcji, co było niemożliwe. Obecnie Cypr, Grecja, Austria, Słowacja, Węgry, Włochy, Hiszpania i Czechy nie godzą się na większe sankcje. Niemcy, Francja i Holandia, „oburzone” na takie stanowisko, są faktycznie z niego zadowolone. W mediach „sprzedano” sukces w postaci jednomyślności. Zainteresowani jednak wiedzą, że jest to porażka Brukseli.

Przekonuje Pana argument, że to kraje UE mają się przygotować do ewentualnych nowych sankcji? Można bowiem odnieść wrażenie, że bardziej chodzi o to, aby to Putin był gotowy…?

– Oczywiście można jeszcze coś wymyślić w sprawie medialnych, nowych sankcji, które w realnych stosunkach gospodarczych tak naprawdę nie za wiele dają. Jeżeli Europa będzie kolejny już rok wprowadzać coraz to nowe sankcje, to moim zdaniem Putin nie będzie miał już za wiele do stracenia. Tym samym zyska argument do ostrzejszych działań. Warto przemyśleć słowa szefa agencji prognoz geopolitycznych Stratford George’a Friedmana, który już w 2012 r. ostrzegał, że Rosja przyciśnięta do muru staje się nieprzewidywalna.

Mamy do czynienia z etapem przygotowywania do wstrzymania, a może nawet całkowitego zniesienia sankcji wobec Rosji…?

– Do tego potrzebna jest polityczna „pogoda” na Zachodzie, spowodowana naciskiem społecznym lub zagrożeniem innym konfliktem. Takim naciskiem społecznym może być wygrana eurosceptyków we Francji lub Wielkiej Brytanii albo wzrost bezrobocia związany z sankcjami. Zagrożenie konfliktem może odnosić się do znaczącego wzrostu ataków islamskich w Europie i „zostawienie” przez to Ukrainy na pastwę Rosji. Europa Zachodnia, może poza Wielką Brytanią, demonstruje niechęć do „wtrącania” się Stanów Zjednoczonych do polityki europejskiej. Ostatnio dał temu wyraz przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Czas gra na niekorzyść Kijowa, Europa coraz bardziej jest zmęczona tą wojną.

Dziękuję za rozmowę.

 

Źródło: Nasz Dziennik

Fot. by24.org

Komentarze

komentarze

stat4u