Członkostwo w UE to droga do dalszej radykalizacji ukraińskiego społeczeństwa

flagi-ue-ukrFelieton ukraińskiego dziennikarza, analityka Centrum Badań Konserwatywnych Uniwersytetu Moskiewskiego im. M. Łomonosowa.

Władysław Gulewicz

Unia Europejska umyślnie utrzymuje na pewnym poziomie bezcelowe rozmowy na temat stowarzyszenia z Kijowem, aby uniemożliwić mu zbliżenie z Moskwą. Właśnie z pozycji geopolityki, a nie gospodarki nalezy rozpatrywać cały proces podpisania umowy stowarzyszeniowej.
Mimo rozważań o demokracji, Unia Europejska po pierwsze, używa języka dyktatu, tzn. grozi Ukrainie, w przypadku jej przystąpienia do Unii Celnej, sztucznymi problemami gospodarczymi (nie można inaczej oceniać wypowiedzi ze strony UE, że Kijów straci pełnowartościowego partnera handlowego, jeżeli odważy się zrobić chociaż jeden krok w stronę Unii Celnej); po drugie, pod hasłem demokracji Bruksela obiecuje stworzyć korzystne warunki dla wielkiego ukraińskiego biznesu, tzn. dla 1-2 proc. ludności Ukrainy, a nie dla prostych ludzi.

Innym mieszkańcom zbliżenie z UE niczego pożytecznego nie przyniesie. To nie do ich kieszeni popłyną pieniądze, uzyskane z handlu z Europą, ale do tych 1-2 proc., którzy i tak ustalają kurs ukraińskiej gospodarki. Właśnie dla wszystkich innych mieszkańców więcej korzyści przyniosło by zbliżenie Ukrainy z Unią Celną, aniżeli z Unią Europejską.

Po pierwsze, jeszcze zachowały się handlowo-przemysłowe powiązania pomiędzy naszymi krajami, istniejące od czasów radzieckich, i, te najbardziej potrzebne, mogły by być reanimowane. Dotyczy to, np. przemysłu lotniczego i kosmicznego. Tylko naiwni mogą myśleć, że UE weźmie się za odbudowę tej branży ukraińskiej gospodarki.
Po drugie, Unia Celna to nie tylko Rosja, ale także Białoruś i Kazachstan. Dla towarów z Ukrainy to rynek więcej niż pokaźny.
Po trzecie, z cywilizacyjnego punktu widzenia, Ukraina należy przede wszystkim do światu rosyjsko-prawosławnego, a fakt ten też ma pewne znaczenie.

Spory wokół Unii Celnej i UE zademonstrowały podatność ukraińskich partii nacjonalistycznych na zewnętrzne sterowanie. Te same partie, których liderzy z całych sił krzyczą o wolności i niepodległości (Udar, Swoboda itd.), jednym głosem zaczęły posługiwać się drwiącym terminem "Unia tajgi", przedstawiając ją w czarnych barwach. Tym "intelektualistom" – którzy, chyba, nigdy w życiu tajgi nie widzieli – nie wiadomo, że tajga, to raczej symbol obfitości. Ale w dobrze opłacanym nacjonalistycznym wigorze, liderzy tych ugrupowań nie pokazują praktycznej efemeryczności umowy stowarzyszeniowej. Taką umowę Bruksela już podpisała z całą grupą państw, które trudno określić mianem wysoko rozwiniętych gospodarczo (Bośnia i Hercegowina, Albania, Egipt, Meksyk). Członkostwo Ukrainy w tym gronie to żadne wyjątkowe wydarzenie, jak powtarzają niektóre ukraińskie media.

Pytanie, jak daleko Kijów ma zamiar integrować się z UE? Jeśli w pełni, to będzie musiał potakiwać aktywistom gejowskim i składać własny naród i kulturę w ofierze europejskim homoseksualistom. Ten proces zachodzi wszędzie w Europie, a Ukraina leży blisko niej w sensie geograficznym; próby organizowania parad gejowskich w Kijowie już były. Naiwnością jest sądzić, że takie wydarzenia ominą ukraińską stolicę. Odwrotnie, wartości homoseksualne będą importowane do Ukrainy wraz z towarami z Europy. Przecież gej-propaganda też jest towarem, tylko że ideologicznym. Krótko mówiąc, sens ideologiczny procedury podpisania umowy stowarzyszeniowej między Ukrainą i UE na szczycie w Winie w listopadzie 2013 r. można zwięźle wyrazić w następny sposób: nie przyjaźnijcie się z Moskwą, bądźcie lojalni wobec homoseksualistów i dostaniecie trochę forsy. Oficjalnie homoseksualizm nie figuruje w polemice wokół umowy stowarzyszeniowej, ale potem Kijów zdoła się od tego wykręcić.

Ukraińska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie. Jeszcze przed powołaniem Mykoły Azarowa na stanowisko ministra finansów, eksperci wyrażali wspólną opinię, że ma on zostać ministrem-skazańcem, który będzie musiał zastosować niepopularne środki, aby załatać dziury w państwowym budżecie. Nie uda się tego zrobić z pomocą Unii Europejskiej. Europa nie zgadza na dźwiganie na swoich barkach trumny ukraińskiej gospodarki. Europa zgadza się pozyskać dla siebie kilkanaście rodzin ukraińskiej oligarchii, obracających funduszami o wartości wielu miliardów, ale nic poza tym. Ukraina zostanie związana różnego rodzaju umowami i zobowiązaniami – nie zawsze o charakterze oficjalnym – aby jeszcze bardziej zapobiec ewentualnemu zbliżeniu Kijowa z Unią Celną w przyszłości. To będzie dotyczyć także przemysłu zbrojeniowego, a więc umowa stowarzyszeniowa z UE celuje w wojskową i polityczną współpracę Kijowa z Moskwą, Mińskiem i Astaną, a za tym wszystkim stoi obawa Zachodu przed spotkanie u swoich granic mocnej wojskowo i gospodarczo Unii Eurazjatyckiej. Kijów – już po raz kolejny – gra rolę najsłabszego ogniwa, lekko ulegającemu naciskowi ze strony Zachodu.

I jeszcze niuans. Wstąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej to droga do dalszej radykalizacji ukraińskiego społeczeństwa. U zachodnich granic byłego ZSRR już zorganizowała się wspólnota neonazistowska, gdzie oddawanie honorów byłym dywizjom SS i byłym kolaborantom stanowi oznakę dobrego tonu (Mołdawia, Ukraina, Litwa, Łotwa, Estonia). Neonazistowskie sympatie zadziwiająco łatwo godzą się z zachodnią demokracją i członkostwem w UE. I odwrotnie – czym więcej na Ukrainie rosyjskiego, tym mniej tam banderowskiego neonazizmu. Żaden ruch prorosyjski nigdy nie był zaangażowany w zniszczeniu pomników żołnierzy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Ukraińscy nacjonaliści – którzy również są gorliwymi zwolennikami eurointegracji – zajmują się tym regularnie, i odpowiedzialność moralną za "banderyzację" Ukrainy powinna ponieść Unia Europejska, która "nie zauważa" tych przypadków.
 

Źródło: NewsBalt

Komentarze

komentarze

stat4u