Buddyzm, władza, geopolityka

 

Mateusz Hudzikowski

 

Recenzja: Wojciech Giełżyński, Gra o Himalaje, Iskry, Warszawa 1980, ss. 294.

 

Kontynent azjatycki przykuwa uwagę nie tylko z powodu swej rozległości, różnorodności i wpływu na światową gospodarkę. Jest to także obszar, na którym stosunki międzynarodowe mają o wiele bardziej dynamiczny charakter niż na przykład w Europie Zachodniej. Jednym z czynników o tym przesądzających, poza uwarunkowaniami czysto geopolitycznymi, jest mozaika etniczna, językowa i religijna. Azja jest kolebką buddyzmu, cieszącego się powszechną opinią najbardziej pokojowej religii świata. Jednak relacje religii buddyjskiej ze sferą władzy i polityki są wyjątkowo złożonym zjawiskiem wykraczającym poza wszelkie stereotypy. Paradoksalnie więcej światła na to zagadnienie rzucają źródła dziennikarskie.

Wojciech Giełżyński znany jest przede wszystkim dzięki dziennikarskim relacjom z podróży do Iranu: ”Rewolucja w imię Allacha”, „Byłem gościem Chomeiniego” oraz „Szatan wraca do Iranu” oraz z kilku innych książek o Trzecim Świecie. Choć Giełżyński to rówieśnik Ryszarda Kapuścińskiego, ich reportaże diametralnie się różnią: wydaje się, iż opisując azjatyckie realia Wojciech Giełżyński przywiązywał większą uwagę do faktów i kontekstu politycznego.

Choć „Gra o Himalaje” liczy sobie ponad 30 lat, mówi o istotnych aspektach geopolitycznej układanki w Azji. Mimo tego, że wiele informacji uległo dezaktualizacji, a książka powstała w czasach PRL, gdy inne były realia międzynarodowe, stanowi ona pozycję wartą przeczytania. Sięga bowiem do przyczyn dziesiejszej sytuacji w rejonie Pakistanu, Indii, Tybetu, Chin i Birmy. Nawiązując do najważniejszych wydarzeń historii przedkolonialnej i kolonialnej tamtych ziem, Wojciech Giełżyński opisuje zmiany jakie zaszły na badanym obszarze po II wojnie światowej. Autor zarysowuje również sytuację w Azji na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Czytelnik łatwo spostrzeże, że orientacja Giełżyńskiego jest – nic dziwnego – proradziecka i antychińska.

Relacja dziennikarza rozpoczyna się na pograniczu pakistańsko-afgańskim, gdzie na Terytoriach Wolnych Plemion już w tamtych latach rządziły i siały niepokoje rody Mehsudów, Afridów i Wazirów. To oni przed kilkoma laty stali się znani polskiej opinii publicznej z powodu rebelii pakistańskich talibów i przyczynienia się do śmierci polskiego inżyniera. Giełżyński opisuje również Kaszmir, który w trakcie tworzenia niepodległych Indii i Pakistanu stał się punktem zapalnym rejonu; to przez pretensje do Kaszmiru te mocarstwa atomowe grożą sobie od czasu do czasu kolejną wojną.

W dalszej kolejności autor szeroko omawia dzieje Tybetu, wpływy sąsiadów i potęg kolonialnych, a także rywalizację Chin i Indii, urozmaiconą starciami zbrojnymi. Analizuje znaczenie Himalajów w grze, jaką toczą państwa azjatyckie. Pokazuje, jak Chiny przejęły Tybet i skąd się wzięła ekspansja kultury tybetańskiej i buddyzmu na Zachodzie. Giełżyński nie pomija nawet najmniejszych krajów regionu. Barwnie odmalowuje krajobraz Nepalu w czasach wypraw zdobywców Himalajów i pielgrzymek opalających się – w oparach haszyszu i zupełnie nago – dzieci-kwiatów, odsłania także spiski pałacowe, których krwawy finał nastąpił kilka dekad później (masakra członków rodziny królewskiej, której sprawcą był książę Dipendra); wyjaśnia, skąd wzięła się w Nepalu maoistowska partyzantka. Wraz z autorem odwiedzamy też Sikkim, region należący do Indii oraz Bhutan – kraj zupełnie specyficzny, pełen spokoju, choć leżący w oku politycznego cyklonu.

"Gra o Himalaje" wyjaśnia genezę Złotego Trójkąta, jednego ze światowych centrów produkcji heroiny: Uciekający przed Mao żołnierze Kuomintangu Czang Kai Szeka trafili na birmańsko-laotańsko-tajskie pogranicze, gdzie rozpoczęli narkotykowy biznes na światową skalę. Za zgodą tajwańskiego wywiadu i przy kooperacji ze służbami oraz rządami ościennych krajów, wojska chińskich nacjonalistów na wygnaniu przekształciły się w prywatne armie narkotykowych lordów.

Od autora dowiadujemy się również, dlaczego Birma to strefa wpływów Chin i z jakich powodów Chiny tak zazdrośnie jej strzegą, popierając juntę, która przez długi czas więziła córkę twórcy powojennej państwowości birmańskiej – Aung San Suu Ki. Powierzchnią większa od Wielkiej Brytanii i Francji, zamieszkana przez różnorodną etnicznie ludność (135 języków) Birma, zwana Myanmarem, była i jest areną ludzkich tragedii. Uchodźcy, uciekinierzy, partyzanci – jak „najdłuższa partyzantka świata” Czerwonych Karenów z plemienia Kayah (od 1948) to tylko niektóre aspekty birmańskich realiów. Post scriptum do części birmańskiej napisały wydarzenia sprzed kilku lat, ochrzczone przez media mianem "szafranowej rewolucji".

W 2007 roku opinia publiczna na świecie miała nadzieję, że rebelia mnichów buddyjskich odmieni Birmę. W Birmie panował podówczas jeden z brutalniejszych reżimów na świecie, który w końcu – kilka lat po "szafranowej rewolucji" – dopuścił do pewnych przejawów demokracji, m.in. wyborów, które jednak wzbudziły zastrzeżenia obserwatorów. Znaczący jest fakt skazania artystów na 7 lat ciężkich robót za jeden dowcip polityczny. Udokumentowano setki zbiorowych gwałtów, którymi żołnierze wymuszali świadczenie pańszczyzny. Więcej uchodźców uciekało jedynie z Afganistanu, co również uzmysławia birmańskie realia. Jest to jeden z najbiednieszych krajów świata (a kiedyś był najbogatszy w Azji), jedyny, w którym obowiązuje pańszczyzna: każda wioska ma obowiązek świadczenia usług dla armii przez jeden miesiąc w roku.

W 2007 roku manifestacje sprowokowało wycofanie dotacji do cen paliwa i gazu, przez co skokowo wzrosły koszty życia. Tym razem jednak na ulice wyszli mnisi, a nie studenci, jak w latach 80. ubiegłego stulecia. Kler jest liczącą się siłą polityczną w Birmie – duchownych jest pół miliona na 47 milionów mieszkańców. Ale to nie liczebność przesądza o jego znaczeniu. Podczas gdy dla zwykłych ludzi nieposłuszeństwo wobec władzy może skończyć się tragicznie, do tamtej pory mnisi byli nietykalni przez wzgląd na pobożność wojskowych (sic!). Rządzący są także przesądni: dawny dyktator Ne Win rozkazał drukować banknoty o nominale 90 i 45 khyatów, ponieważ astrolog stwierdził, że dziewiątka to jego szczęśliwa liczba.

Mnisi cieszyli się zatem przywilejami, sporymi darowiznami od władz (władza = armia), które sposorowały klasztory i świątynie, a także budowę nowych ośrodków buddyjskich. Generałowie po prostu kupowali spokój kupując bonzów – opatów klasztorów – którzy w zamian powściągali radykalizm młodych (i rzeczywiście ubogich) mnichów. Jednak jako że buddyzm jest w Birmie bardzo zdecentralizowany, armia nie mogła jednorazowo kupić wszystkich duchownych – niektórzy działali w opozycji, byli prześladowani i torturowani, ginęli, lecz to nie przekreślało sojuszu tronu i ołtarza.

Według niektórych relacji medialnych do zaangażowania się mnichów doszło przypadkowo: w czasie rozpędzania niewielkich protestów świeckich Birmańczyków poturbowano czy też pobito kilku mnichów. Spowodowało to oburzenie kleru i narastający konflikt pomiędzy duchownymi a armią, ponieważ wojsko zwlekało z przeprosinami za incydent. Choć ostatecznie przeprosiny zostały złożone, wśród mnichów doszło do niepokojów.

Zrewoltowani mnisi nie byli skalani kolaboracją z reżimem. Być może dlatego, że byli zbyt młodzi, by mieć okazję do uczestnictwa w intratnej współpracy z armią, jak czynili to nierzadko ich przełożeni. W Birmie właściwie każdy choć raz w życiu na pewien czas zostaje mnichem, najczęściej jako dziecko. Klasztory są bowiem ośrodkami życia religijnego i kulturalnego, pełnią także funkcję szkoły i poradni medycznej. Często wraca się do stanu duchownego, czasami na całe życie, czasami po to, aby ułożyć sobie życie dzięki refleksji nad sobą i studiom filozoficznym. Zresztą w Birmie młody człowiek nie ma wielu perspektyw. Może zostać mnichem, wojskowym albo uciec z kraju.

Długa tradycja buddyjska oraz to, że klasztory są swoistymi azylami w spustoszonym biedą kraju sprawia, iż duchowni cieszą się ogromnym szacunkiem i nietykalnością osobistą. Kto skrzywdzi mnicha, naraża się na powszechne potępienie. Z różnych względów taki stan rzeczy respektowała nawet brutalna władza wojskowych, chociażby dlatego, iż w Birmie liczącej 50 milionów obywateli mnisi to około 300 tysięcy osób, a wraz z duchownymi „czasowymi” – pół miliona dusz.

To między innymi z tych powodów narastające demonstracje nie od razu zostały stłumione. Dopiero po jakimś czasie świat obiegły informacje o masakrze, której rzeczywisty rozmiar pozostaje niepotwierdzony. Kilka lat później sytuacja w Birmie ustabilizowała się. Wydaje się jednak, że pewne długofalowe czynniki, o których częściowo pisał Giełżyński, w dalszym ciągu kształtują losy tego kraju.

 

Tekst na podstawie fragmentów artykułów z blogu autora.

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u