Przemysław Żurawski vel Grajewski: Bezpieczeństwo Polski w kontekście wojny sierpniowej z 2008 r.

South_Ossetia_war_russian_tankdr Przemysław Żurawski vel Grajewski

Zasadniczą tezą prezentowaną w ramach niniejszego artykułu jest stwierdzenie, że epoka, w której zbrojna agresja rosyjska na niepodległe państwo, położone w szeroko rozumianym polu bezpieczeństwa Rze­czy­pospolitej była, z politycznego punktu widzenia, mało praw­dopodobna, należy już niestety do przeszłości i zamyka się formułą od sierpnia 1991 (pucz Janajewa) do sierpnia 2008 roku (wojna pięciodniowa). Faktycznie okres ten był nieco krótszy. Ubiegłoroczną kilkudniową wojnę rosyjsko-gruzińską dzieliło od poprzedniego konfliktu z udziałem sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej, walczących poza granicami swego państwa, jedynie 16 lat. Ostatnią akcją zbrojną rosyjskich wojsk przed wojną w Gruzji, skierowaną przeciw innemu suwerennemu państwu, był bowiem udział 14. Armii w oderwaniu Naddniestrza od Mołdawii w trakcie wojny stoczonej między marcem a lipcem 1992 r[1].

Wówczas jednak Kreml nie przyjmował pełnej odpowiedzialności politycznej za poczynania swych wojsk i tworzył pozory spontanicznego działania żołnierzy, występujących w obronie rzekomo zagrożonego życia rosyjskojęzycznej ludności cywilnej se­ce­sjo­nistycznej prowincji. Ówczesna słabość i osamotnienie Mołdawii, jak i wspomniane odcinanie się Rosji Jelcyna od oficjalnej presji wojskowej na Kiszyniów nie złamały jednak istniejącego wtenczas ogólnego przekonania, że Moskwa od czasu krachu puczu komunistycznych aparatczyków, grzebiącego ostatecznie imperium sowieckie, nie jest w stanie podjąć skutecznej ekspansji wojskowej w Europie. Klęska Kremla w pierwszej wojnie czeczeńskiej (1994-1996)[2] potwierdziła to wrażenie.

Polska, korzystając z owej niemocy rosyjskiej, zdołała w międzyczasie stać się członkiem NATO, a następnie walnie przyczynić się do jego poszerzenia na państwa bałtyckie. Czyniła to, przekształcając swą armię w siły ekspedycyjno-interwencyjne i uczestnicząc w misjach na Bałkanach i w Iraku. Manifestowała tym samym wartość polityczną nowych sojuszników USA z Europy Środkowej i przydatność ich sił zbrojnych w operacjach spoza artykułu 5 Traktatu waszyngtońskiego – tzw. out of area operations – których prowadzenie odpowiadało interesom Waszyngtonu. Zdolności eks­pedycyjne WP były jednak budowane, co oczywiste, kosztem jego zdolności do obrony terytorium III RP. Dotyczyło to zarówno polityki inwestycyjnej (zakupy sprzętu i wyposażenia przydatnego w misjach zagranicznych – np. wozów patrolowych, czy samolotów transportowych), jak i modelu armii (najpierw stopniowe, a od 2008 roku ostateczne odejście od poboru i postawienie na pełne uzawodowienie armii, przy jednoczesnych głębokich redukcjach jej stanu osobowego).

Wszystko to były posunięcia rozsądne, ale jedynie w warunkach istniejących do dnia 8 VIII 2008 roku – tzn. przy założeniu, iż WP nie będzie zmuszone wykonywać misji obrony kraju, lub jego bezpośrednich sąsiadów przed agresją, lub presją wojskową Moskwy. Rosyjskie uderzenie na Gruzję częściowo zmieniło jednak sytuację geostrategiczną Polski, a częściowo ukazało nam ją po prostu taką, jaką była już poprzednio, tyle, że w nowym świetle, pozwalającym nam dojrzeć rzeczywistość i odrzucić złudzenia. Skoro tak, to zasadnym staje się pytanie o to jak w istocie wygląda położenie międzynarodowe Polski A. D. 2009. W jaki sposób wpłynęła na nie rosyjsko-gruzińska wojna sierpniowa? Co nam o naszej rzeczywistości powiedziały reakcje nań naszych sojuszników, partnerów i struktur – takich jak UE i NATO, których częścią jest Polska? Co wreszcie dowiedzieliśmy się o kondycji państwa polskiego i jego oby­wateli w kontekście owej wojny? Jak zatem wygląda położenie mię­dzynarodowe Rzeczypospolitej w świetle wniosków płynących z konfliktu rosyjsko-gruzińskiego i możliwości reakcji Polski na zmiany w nim zaszłe w związku z tym wydarzeniem?

Przede wszystkim musimy uznać, iż Rosja wygrała wojnę z Gruzją, choć nie osiągnęła wszystkich stawianych sobie w związku z tą akcją celów. Przede wszystkim nie obaliła prezydenta Micheila Saakaszwiliego i nie zastąpiła go powolnymi sobie władzami, ani też nie przecięła wiodącego przez Gruzję korytarza tranzytowego dla przesyłu surowców energetycznych z basenu Morza Kaspijskiego na Zachód poza kontrolą Moskwy. Dokonała wprawdzie wielu zniszczeń jego infrastruktury i odstraszyła inwestorów, ale nie zdobyła nad nim kontroli. Mając w pamięci owe dwa podstawowe fakty, skutki rosyjskiego najazdu na Gruzję, oglądane z perspektywy Polski trzeba rozpatrywać w sześciu obszarach.

I. NATO a wybuch wojny sierpniowej

Podstawową przyczyną nie tyle samego wybuchu wojny między Rosją a Gruzją, co momentu w jakim on nastąpił, był sygnał jaki do Moskwy nieopatrznie wysłało NATO w czasie kwietniowego szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w Bukareszcie (2-4 IV 2008). Przypomnijmy, że forsowanemu tam przez Polskę i USA projektowi przyznania Gruzji i Ukrainie MAP (Membership Action Plan) sprzeciwiły się twardo i skutecznie Niemcy i Francja. W efekcie podjęto decyzję o odłożeniu rozstrzygnięcia tej sprawy do kolejnego szczytu paktu, planowanego na grudzień owego roku. Oficjalnie głoszonymi powodami, dla których Paryż i Berlin wystąpiły przeciwko formalnemu uznaniu Gruzji za kandydata do członkostwa w Sojuszu było stwierdzenie, iż kraj ten ma nieuregulowane spory terytorialne z sąsiadami i objęcie go gwarancjami bezpieczeństwa ze strony NATO grozić może wciągnięciem Sojuszu w konflikt z Rosją. W tej sytuacji było oczywiste, iż na Kremlu musiano odczytać to jako stwier­dzenie: „Macie czas do grudnia, aby potwierdzić, iż to Niemcy i Francja mają rację i w ten sposób zapobiec rozszerzeniu NATO na Kaukaz”. Odpowiedzialność tych państw za taki właśnie wydźwięk decyzji Sojuszu jest oczywista. W wypadku RFN dodatkowym obciążeniem moralnym jej polityki jest fakt, iż kryteria zastosowane przez Berlin wobec Gruzji, gdyby były przyjęte w 1955 roku wobec Bonn, pozostawiałby Niemcy na łasce Kremla. Wszak w chwili przyjmowania do NATO był to kraj podzielony, posiadający zarzewie konfliktu z ZSRR w postaci Berlina Zachodniego, który raz już postawił Europę i USA na krawędzi wojny i miał raz jeszcze wystąpić w tej roli w przyszłości[3].

Niemcom, ciężko przez nich doś­wiadczona Europa i przede wszystkim USA okazały jednak wówczas (tzn. w latach 1948-49, 1955 i 1958-1961) swą solidarność, choć jeśli jakikolwiek naród zasłużył sobie na rosyjską okupację i obojętność reszty świata na własne cierpienia, to właśnie oni. Gruzja, na której nie ciążą żadne grzechy przeszłości, na wniosek tychże Niemiec, została jej pozbawiona.

Zostawiając na boku moralny aspekt tej sprawy, praktyczny wniosek polityczny jaki płynie dla Polski z analizy przedstawionych powyżej wydarzeń sprowadza się do konstatacji faktu posiadania przez Rosję silnych i skutecznych sojuszników politycznych w łonie NATO. Ich akcja jest w stanie paraliżować podstawową funkcję, dla której Sojusz został powołany – tzn. obronę demokracji przed ekspansjonizmem rosyjskim. Jest to także symbol poważnego osłabienia pozycji międzynarodowej Stanów Zjed­noczonych, które dotąd dominowały w NATO i których decyzje odnośnie do zaproszenia lub nie nowych państw w szeregi jego członków miały w przeszłości znaczenie rozstrzygające. Pęknięcie transatlantyckie, za­początkowane w 2003 roku francusko-niemieckim sprzeciwem wobec amerykańskiej inwazji na Irak (notabene wspartym przez Rosję), najwyraźniej nie zostało przezwyciężone, choć po odejściu Gerharda Schrödera ze stanowiska kanclerza Niemiec, a Jacquesa Chiraka z pałacu elizejskiego, spór transatlantycki znacznie złagodniał. Postępujące ociep­lenie na linii Paryż/Berlin-Waszyngton przyspieszyło jednak dopiero po zastąpieniu Georga Busha przez Baracka Obamę i wiązało się z rezygnacją USA ze swych poprzednich zamiarów, w tym także tych dotyczących Gruzji. Promowane przez Polskę plany objęcia Tbilisi parasolem ochronnym Sojuszu Północnoatlantyckiego załamały się zatem wskutek militarnej akcji rosyjskiej, politycznego sprzeciwu Niemiec i Francji i słabości okazanej przez USA, które ostatecznie porzuciły ów projekt.

II. Skutki wojny dla USA na obszarze WNP vis a vis Rosji

Fala „kolorowych rewolucji”, jaka przetoczyła się przez kraje postsowieckie i Serbię  począwszy od 2000 roku, zbudowała obraz USA jako mocarstwa wykorzystującego swoją „miękką siłę” przyciągania wobec krajów tego regionu dla obalania funkcjonujących w nim reżimów auto­rytarnych i rozprzestrzeniania swobód demokratycznych. Proces ten był równoznaczny z ograniczaniem wpływów Moskwy, promującej, oparty na zasadach dyktatorsko-oligarchicznych, odmienny od zachodniego model transformacji postkomunistycznej. W sferze oddziaływania Waszyngtonu, w mniejszym lub większym stopniu, znalazły się w tym czasie nie tylko związany z nim już wcześniej interesami gazowo-naftowymi i poparciem tureckim Azerbejdżan, ale także Ukraina, Gruzja i Mołdawia, co znalazło swój formalny wyraz w ożywieniu działalności GUAM, mimo opuszczenia tej organizacji przez Uzbekistan po krwawym stłumieniu próby prze­prowadzenia rewolucji w tym kraju. Tak uformowany obóz, mniej (Mołdawia) czy bardziej zadeklarowanych (Gruzja i Ukraina) zwolenników współpracy z Zachodem, liczył na psychologiczne odstraszanie Rosji, wynikające z faktu posiadania przez te kraje poparcia dla obranej przez nie drogi reform ze strony jedynego supermocarstwa światowego – USA. Wojna sierpniowa zburzyła ten obraz rzeczywistości. Nadszarpnięta została wia­rygodność Stanów Zjednoczonych jako gwaranta bezpieczeństwa w Europie. Nie została ona wprawdzie zupełnie zniszczona, gdyż Gruzja, choć blisko współpracująca z USA (Tbilisi w momencie rosyjskiego ataku na swe terytorium utrzymywało ok. 2 tys. żołnierzy w Iraku, a armia gruzińska była szkolona i wyekwipowana przez Stany Zjednoczone i Izrael), nie jest jednak członkiem NATO i Waszyngton formalnie nigdy nie zobowiązywał się do jej obrony. Wszystkim krajom WNP będącym potencjalnym przedmiotem ewentualnego kolejnego ataku rosyjskiego lub obiektem presji wojskowej ze strony Kremla (Azerbejdżan, Armenia, Mołdawia, Ukraina, Białoruś[4]), zademonstrowano jednak, iż przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi nie tylko nie chroni przed rosyjską inwazją, ale wręcz może ją sprowokować. Fakt ten sam w sobie, czyni ewentualną daleko idącą reorientację ku Zachodowi polityk zagranicznych wymienionych wyżej państw, mniej prawdopodobną.

Brak skutecznej reakcji Waszyngtonu wynikał częściowo z dobrego doboru terminu inwazji dokonanego przez Rosję. Republikańska ad­ministracja Georga Busha sparaliżowana już była kampanią wyborczą, poprzedzającą elekcję kolejnego prezydenta USA i nie mogła podejmować kosztownych decyzji o rozpoczęciu strategicznego sporu z Moskwą. Ta naturalna postawa Amerykanów miała jednak swoją opisaną wyżej cenę. Szybkie przejście do porządku dziennego nad wojną rosyjsko-gruzińską, dokonane przez nową administrację demokratyczną Baracka Obamy, wzmocniło owo początkowe niekorzystne wrażenie. Ogłoszenie przez nową szefową dyplomacji amerykańskiej Hilary Clinton słynnego „resetu” stosunków amerykańsko-rosyjskich, pogłębiło je dodatkowo. W świetle wszystkich tych faktów w debatach publicznych, a miejmy nadzieję, że także i gabinetowych w Polsce i państwach bałtyckich pojawiło się zagadnienie konieczności uzupełnienia politycznych gwarancji bez­pieczeństwa, które nasze kraje otrzymały w momencie ich przyjęcia do NATO, o gwarancje techniczno-wojskowe, tzn. żądanie objęcia nowych państw członkowskich Sojuszu sztabowym planowaniem obronnym (contingency planning), dotąd odnośnie do nich nie opracowanym.

Na terytorium żadnego z państw członkowskich przyjętych w latach 1999 i 2004 nie ma także żadnych istotnych dla strategicznych zdolności wojskowych NATO baz, ani instalacji wojskowych. Potencjalny agresor zasadnie może więc mieć wątpliwości, czy gwarancje, polegające li tylko na deklaracjach politycznych i podpisach pod traktatami, zostaną dotrzymane. Ufamy, że tak, ale dobrze by było, by zawsze przekonani byli o tym także decydenci na Kremlu. Samo odstraszanie psychologiczne, jakkolwiek mocniejsze niż w wypadku państw takich jak Gruzja – tzn. jak wskazano wyżej, zaprzyjaźnionych z USA, ale nie będących członkami NATO –słusznie zostało uznane za niewystarczające. Jest to oczywisty skutek wyciągnięcia przez Warszawę, Wilno, Rygę i Tallin wniosków z lekcji jaką odebrano w Tbilisi.

III. Wpływ wojny pięciodniowej na obszar postsowiecki

Rosja w swej wojnie przeciw Gruzji, a szczególnie w zakresie decyzji o formalnym pogwałceniu integralności terytorialnej tego państwa poprzez uznanie „niepodległości” jego zbuntowanych prowincji – Abchazji i Osetii Płd., nie zdołała uzyskać nawet deklaratywnego poparcia ze strony żadnego ze swych sojuszników w łonie WNP. Obok samej Moskwy niepodległość zbuntowanych prowincji uznały jedynie Nikaragua, a ponad rok później Wenezuela. Jest to oczywiście niekorzystna dla Kremla demonstracja tak słabości jego wpływów w świecie, jak i niekorzystne z propagandowego punktu widzenia podkreślenie natury jego jedynych sprzymierzeńców. Sojusznicy z WNP tym razem zawiedli Rosję. Każdy z nich ma zapewne świadomość precedensowego charakteru jej akcji przeciw Tbilisi, która może stać się wzorem dla podobnych operacji przeciwko dowolnemu krajowi z tej grupy, który nie byłby powolny żądaniom Moskwy.

Chłodno do poczynań Kremla odniosły się także Chiny, zbliżeniem z którymi Rosja od czasu do czasu straszy Stany Zjednoczone. Pekin gra jednak własną grę i z uwagi na problem Tybetu nie jest zainteresowany tworzeniem precedensu odrywania prowincji od uznanego powszechnie suwerennego państwa.

Z polskiego punktu widzenia najciekawsze jest to, iż atak rosyjski na Gruzję stał się jednym z obszarów rozbieżności w polityce zagranicznej Moskwy i Mińska. Zatargi na tej linii są zjawiskiem stosunkowo nowym[5], są zatem zmianą jakościowo inną, niż zaostrzenie relacji na linii Moskwa-Kijów, jakie dokonało się w wyniku udziału w wojnie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, operującej z ukraińskiego Sewastopola. Sierpień 2008 roku jedynie potwierdził zły stan relacji ukraińsko-rosyjskich, stosunki białorusko-rosyjskie ukazał zaś w nowym świetle. Nie znając kulis decyzji Mińska, możemy jedynie spekulować co do jej przyczyn. Logiczne wydaje się przy tym założenie, iż w stolicy Białorusi zapewne zdołano sobie wyobrazić użycie przez Kreml siły także i przeciw Łukaszence, np. do przeprowadzenia pałacowego zamachu stanu, dokonywanego zresztą pod hasłem obrony demokracji przed dyktatorskim reżimem „ostatniego satrapy w Europie”, gdyby ten zbyt drastycznie stawał na drodze interesom Moskwy. Akcja taka nie spotkałaby się zapewne z politycznymi protestami ze strony UE czy USA, którym trudno byłoby zaprzeczyć od lat pod­kreślanemu przez nich antydemokratycznemu charakterowi rządów na Białorusi. Brak uznania przez Mińsk niepodległości  Abchazji i Osetii Płd. potwierdzają tezę, iż precedens użycia przez Moskwę wojska dla roz­trzygnięcia sporu z państwem członkowskim WNP został przez Łukaszenkę przyjęty z dużą niechęcią. Fakt ten w połączeniu z narastającymi od 2007 roku kontrowersjami białorusko-rosyjskimi, wynikającymi z wycofywania się Rosji z dotowania gospodarki białoruskiej i ze wzrastającej presji Kremla na Mińsk, wykonywanej w zamiarze wymuszenia na Białorusi zgody na przejęcie jej infrastruktury energetycznej, otworzył przed Polską i Za­chodem, wprawdzie niewielkie, ale jednak godne dostrzeżenia, pole manewru w polityce wobec Białorusi[6].

IV. Reakcja Unii Europejskiej na konflikt kaukaski

Odpowiedź Unii na wybuch konfliktu zbrojnego na Południowym Kaukazie była, tradycyjnie już jeśli chodzi o działania UE w obliczu gorących konfliktów, powolna i miękka. W ocenie przyczyn słabego tempa reakcji Brukseli należy, podobnie jak w wypadku Waszyngtonu, wskazać na dobrze dobrany przez Moskwę czas przeprowadzenia całej operacji. Kreml uderzając w czasie wakacji wykorzystał znany mu już z 1998 roku biurokratyczno-wygodnicki charakter instytucji unijnych, które szczególnie w okresie urlopowym nie są w stanie działać w warunkach kryzysu wywołanego nagłym rozwojem wydarzeń. Z tego to powodu już fakt wystąpienia rosyjskiego kryzysu finansowego latem 1998 roku  – w szczycie sezonu wakacyjnego, skutkował sytuacją, w której UE była zdolna do reakcji dopiero we wrześniu, gdy jej urzędnicy wrócili po letnim wypoczynku. Administracja UE nie ma bowiem takich możliwości nagłej mobilizacji zadaniowej, jakimi dysponuje każdy europejski narodowy aparat państwowy (np. poprzez odwołanie urzędników z urlopów)[7]. Trudno za­łożyć, by w Moskwie nie pamiętano tej lekcji i nie umiano z niej skorzystać.

Reakcja Brukseli (mediacja prezydencji francuskiej prowadząca do pod­pisania porozumienia o zawieszeniu broni bez gwarancji integralności terytorialnej Gruzji) wykazała, że Unia Europejska nie może być traktowana jako gwarant twardego bezpieczeństwa w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Nadzwyczajne spotkanie Rady Europejskiej, poświęcone sprawie rosyjskiego najazdu na Gruzję, zwołano dopiero 1 IX 2008 roku. Zakończyło się ono przyjęciem wspólnego stanowiska 27 państw UE, co zostało ogłoszone jako sukces. Niestety głębsza analiza zapadłych decyzji (wcale nie zaskakujących – łagodności Unii wobec Rosji należało się spodziewać) zmusza do bardziej pesymistycznych wniosków. UE wpraw­dzie zachowała jedność, ale za cenę braku konkretów. Jej reakcja na wojnę na Kaukazie okazała się być wyłącznie retoryczna, a obietnice złożone Gruzji i Ukrainie bardzo niejasne. Ich rozwinięciem miało być zainicjowane przez Polskę i Szwecję Partnerstwo Wschodnie UE. Program ten nie może być jednak wykorzystany jako skuteczny instrument przeciwstawienia się militarnej presji Moskwy na Tbilisi, czy na jakikolwiek inny kraj partnerski, który zostałby jej poddany. Hasło intensyfikacji prac nad tym projektem, podnoszone od sierpnia 2008 roku pod wrażeniem rosyjskiej inwazji na Gruzję, jest więc nieporozumieniem. Żaden z mechanizmów PW nie jest skonstruowany do stawiania czoła takiemu wyzwaniu. Na kryzysy militarne nie reaguje się programami współpracy polityczno-gospodarczej, których owoców w najlepszym razie można oczekiwać za kilka lub kilkanaście lat. Odnośnie do możliwości osiągnięcia zasadniczego celu jaki winien przy­świecać UE – tzn. powstrzymania Rosji przed kontynuowaniem polityki zbrojnej agresji – rokowania są zatem jak najgorsze.

Podstawą dla oceny tego co się stało nie jest nastrój w Brukseli, lecz to jak poczynania UE zostały odczytane w Moskwie – jak je tam zin­ter­pretowano (mniejsza o to czy właściwie, czy błędnie, wszak decyzje – także na Kremlu – podejmowane są nie na podstawie rzeczywistości, lecz na podstawie jej obrazu istniejącego w głowach decydentów). Moskwa zaś do poczynań UE odniosła się z mieszaniną pogardy i ironii. Rosja dokonując agre­­sji na Gruzję testowała Zachód, w tym UE, co do tego jak dalece może się posunąć na drodze zbrojnej ekspansji poza swe granice. Test ten wypadł korzystnie dla Kremla. Moskwa była tak pewna swego, że nawet nie raczyła zaczekać z uznaniem Abchazji i Osetii Płd. do wspomnianego szczytu UE z 1 września. Nikomu w Rosji nie przyszło najwyraźniej do głowy by przed spotkaniem szefów rządów i głów państw unijnej „27”, na którym miano zadecydować o reakcji Unii na poczynania Kremla „nie drażnić Brukseli”. Jest to miara lekceważącego stosunku Moskwy do Unii i dokładna odwrotność tego co o „drażnieniu Rosji” myśli się w licznych kręgach w Europie. Postawa elit moskiewskich okazała się słuszna. Demonstracyjne lekceważenie zdania Unii i łamanie wynegocjowanego przez prezydencję francuską porozumienia o zawieszeniu broni nie wpłynęły na wynik brukselskiego szczytu. Jest to jednoznaczny sygnał wysłany do Moskwy (świadomie, czy nieświadomie) i zostanie on tam odczytany jako przyzwolenie. Gdy przed następną decyzją o wysłaniu wojsk poza granice Federacji Rosyjskiej Putin poprosi swych doradców o opinię co do możliwych reakcji UE, ci odpowiedzą z pewnością w głosie: „Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to; wygrać, co da się wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, zanim nastąpi europejskie qui pro quo!”[8].

Najdotkliwsza dla Moskwy reakcja na jej poczynania na Kaukazie nastąpiła na szczeblu państw narodowych (parafowanie przez Polskę umowy o przyjęciu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i fińskie rozważania o przystąpieniu do NATO), a nie na forum UE. W ocenie szczytu Unii nie chodzi jednak o narzekanie na rzeczywistość. W Brukseli osiągnięto zapewne tyle, ile w obliczu panujących w licznych państwach UE (Austria, Belgia, Bułgaria, Cypr, Francja, Grecja, Hiszpania, Niemcy, Portugalia, Słowacja, Węgry, Włochy) poglądów można było osiągnąć. Nie należy się jednak oddawać złudzeniu, że głos Brukseli zostanie wzięty pod uwagę w Moskwie. UE swego czasu gwarantowała ponad 40 porozumień o zawieszeniu broni w wojnach jugosłowiańskich. Były one potem bezkarnie łamane przez Serbów[9]. Rosjanie z pewnością o tym pamiętają. Moskwa jest zaś wielokrotnie potężniejsza od Belgradu. Trudno więc znaleźć argumenty na rzecz tezy, że miękka dyplomacja europejska będzie skuteczniejsza wobec tandemu Putin-Miedwiediew, niż była wobec Slobodana Miloševicia. Zapewne Rosjanie też ich nie znajdują, a decyzje nadzwyczajnego szczytu UE utwierdziły ich w tym przekonaniu. Powinniśmy się zatem spodziewać kontynuowania przez Kreml jego obecnej polityki siły.

V. Bezpieczeństwo Polski w świetle wojny gruzińskiej

Polityka Rzeczypospolitej wobec Gruzji straciła znamiona spójności już u schyłku 2007 roku wraz z dojściem do władzy rządu PO-PSL i wynikającą z tego faktu konfliktową kohabitacją na linii rząd – prezydent. Pierwszym poważnym aktem owej niespójności była odmienna reakcja obu ośrodków władzy w Polsce na prośbę Tbilisi i Kijowa o powstrzymanie się Warszawy od uznania niepodległości Kosowa. Ukraina i Gruzja obawiały się, iż tworzony w ten sposób precedens wykorzystany zostanie politycznie przeciw nim przez Rosję. Obawy te podzielił wówczas prezydent Lech Kaczyński. Przeważyło jednak stanowisko rządu i Polska, nie bacząc na interesy swoich wschodnioeuropejskich sprzymierzeńców, uznała nie­podległość Prisztiny. Nie wpłynęło to naturalnie w żaden sposób na losy samego Kosowa, stanowiło natomiast cios tak dla relacji polsko-gruzińskich, jak i co gorsza polsko-ukraińskich. Mimo wszelkie oczywiste różnice mię­dzy Kosowem a separatystycznymi prowincjami Gruzji[10], osłabiło także podstawę moralną późniejszego sprzeciwu Polski wobec uznania ich niepodległości przez Rosję. Z tym bagażem Rzeczpospolita musiała stawić czoła wyzwaniu stworzonemu przez sam wybuch konfliktu w sierpniu 2008 roku.

Wyprawa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z przywódcami czterech innych państw Europy Środkowo-Wschodniej (prezydentem Litwy Valdasem Adamusem, premierem Łotwy Ivarsem Godmanisem, pre­zy­dentem Estonii Toomasem Hendrikiem Ilvesem i prezydentem Ukrainy Wiktorem Jusz­czenką) do Tbilisi w trakcie trwania wojny wykazała, że jedynymi państwami podzielającymi polską wizję natury zagrożenia rosyjskiego są kraje bałtyckie, skłócona wewnętrznie Ukraina (premier Julia Tymoszenko milcząco dystansowała się od potępienia Rosji przez prezydenta Juszczenkę) i oczywiście sama Gruzja. Akcja ta była próbą zmontowania sojuszu politycznego uczestniczących w niej krajów z zamiarem wspólnego oddziaływania w kierunku wymuszenia ostrzejszej reakcji UE i NATO (USA) na wszelkie przejawy ekspansjonizmu rosyjskiego. Wewnątrzpolski konflikt polityczny na linii PiS-PO spowodował jednak, iż została ona zdezawuowana przez rząd Donalda Tuska, a przez opinię publiczną w Polsce przyjęta jako niewczesne awanturnictwo. Odejście z urzędu uznającego wartość strategicznego partnerstwa z Polską prezydenta Litwy Valdasa Adamusa i zastąpienie go przez znacznie chłodniej nastawioną do tego pomysłu Dalię Grybauskaité, dziś – rok po tych wydarzeniach, dopełnia obrazu sytuacji[11]. Trzeba do tego jeszcze dodać prorosyjską postawę prezydenta Vaclava Klausa w czasie konfliktu gruzińskiego, demonstrującą uwiąd Grupy Wyszehradzkiej jako struktury zdolnej do zajmowania wspólnego stanowiska w sprawach o strategicznym znaczeniu dla jej członków. Jej znaczenie od dawna było zresztą niewielkie, co wynikało z wygaśnięcia uznawanych za wspólne celów strategicznych polityki zagranicznej składających się na nią krajów (wyjście z Układu War­szawskiego i RWPG, członkostwo w UE i w NATO), sporów słowacko-węgierskich i zamętu wewnętrznego na Węgrzech w dobie rządów Ferenca Gyurcsány’ego.

Wnioski z tej analizy są niestety smutne. Rzeczpospolita zrezygnowała z wszelkich prób stanięcia na czele zagrożonych ekspansjonizmem rosyjskim państw Europy Środkowo-Wschodniej, a tym samym i z samodzielnego wpływania na sytuację w regionie i ustami swego ministra spraw zagranicznych ogłosiła wolę „pozostawania w głównym nurcie polityki europejskiej”. W tej konkretnej sprawie oznaczało to oczekiwanie na decyzje francusko-niemieckie odnośnie do reakcji UE na konflikt rosyjsko-gruziński, a następnie bierną ich akceptację, przy pozorach aktywności symbolizowanych opisanym wyżej reklamowaniem Partnerstwa Wschod­niego, jako doskonałego antidotum i wystarczającą odpowiedź na zaistniałe wyzwanie.

VI. Ekonomiczne skutki wojny dla Polski

Gospodarcze skutki rosyjskiego najazdu na Gruzję i polskiej nań reakcji mogą być rozpatrywane w czterech aspektach:

1. Przecięcia przez Rosję korytarza tranzytowego surowców ener­ge­tycznych z basenu Morza Kaspijskiego, co godzi w jeden z najistotniejszych polskich planów zróżnicowania źródeł ich dostaw – projekt Odessa-Brody;

2. Prawdopodobieństwa odcięcia przez Rosję dostaw gazu do Polski lub podwyższenia jego ceny;

3. Embarga na wybrane polskie produkty;

4. Atrakcyjności Gruzji jako rynku inwestycyjnego dla przedsiębiorstw polskich chcących uczestniczyć w jej odbudowie.

Pkt. 1 nie wymaga szerszego komentarza. Dość wspomnieć, iż zdo­minowanie Gruzji przez Rosję oznaczałoby pozbawienie całej Europy Środkowo-Wschodniej (Polski, państw bałtyckich, Ukrainy) i Bałkanów możliwości zdywersyfikowania kierunków dostaw niezbędnych do jej rozwoju i funkcjonowania surowców energetycznych. Działania armii rosyjskiej w Gruzji pokazały, że Moskwa jest świadoma tego faktu. Gruzińskie linie transportowe i urządzenia portowe były z premedytacją niszczone (Poti) bez żadnego uzasadnienia wojskowego, a jedynie z zamiarem zmniejszenia gruzińskich zdolności tranzytowych i odstraszenia potencjalnych inwes­torów w gruzińską infrastrukturę przesyłową.

Zagrożenie dostaw gazu (pkt. 2) nie jest wysokie. Jak długo nie istnieje Gazociąg Północny Rosja musi tłoczyć gaz tranzytem przez Polskę lub Ukrainę. Rosyjskiemu monopolowi dostawczemu oba państwa są w stanie przeciwstawić monopol tranzytowy. Jeśli Kreml zerwie umowy, wstrzy­mując dostawy, Polska może w sytuacji skrajnej pobierać gaz tłoczony na Zachód, odpowiadając, że jeśli go „kradnie” to Rosja go „szmugluje”. Moskwa nie może sobie pozwolić na utratę dochodów z jego sprzedaży do „starej” UE i zupełnie wyłączyć gazociągów. Jeśli zatem nastąpi „zakręcenie kurka”, będzie krótkie i nieskuteczne. Należy się jednak spodziewać znacznego podniesienia cen gazu, co wobec zbliżającego się terminu negocjowania nowej umowy, nastąpiłoby i tak, bez względu na stanowisko polskie wobec Gruzji. Ewentualne nagłośnienie tej sprawy będzie bardziej elementem presji propagandowej Kremla na społeczeństwo polskie („Patrz­cie jakich macie nieodpowiedzialnego prezydenta i rząd. To przez ich antyrosyjską fobię musicie więcej płacić za gaz”.) niż realnym skutkiem wojny i zachowania Polski.

Poważniejszej analizy wymagają zatem jedynie kwestie ujęte w punktach 3 i 4. Upływ czasu sprawił, iż nałożenie przez Moskwę w odwecie za polskie poparcie dla Gruzji embarga na eksport części towarów z Polski do Rosji jest wysoce nieprawdopodobne. Oczywiście Kreml może uciec się do po­dobnego kroku pod byle pretekstem z jakiegokolwiek innego powodu. Akcja taka miałaby jednak bardziej znaczenie propagandowe, niż gospodarcze. Stronnicy Moskwy głoszą mit „wielkiego rynku rosyjskiego” – 141 mln. konsumentów. Musimy więc przypomnieć czytelnikom realia. W 2006 roku prof. Kenneth Rogoff z Harwardu – główny ekonomista MFW – za odpowiednik gospodarki rosyjskiej uznał gospodarkę aglomeracji miejskiej Los Angeles[12].

Rynek bowiem to nie ludzie, lecz ludzie plus ich pieniądze. Rosja jest rynkiem rosnącym, ale wciąż głównie potencjalnym. W 1998 r. był to rynek wielkości Finlandii, w 2004 roku – Holandii, obecnie Hiszpanii, dla Polski zaś jest to dziś rynek mniejszy (4,6% polskiego eksportu w 2007 roku – ostatnim przed kryzysem) niż czeski (5,5%). Czy zaś ktokolwiek, bez obawy śmieszności, przestrzegałby Polaków przed utratą „wielkiego czeskiego rynku”? Rosja to rent seeking, a nie profit seeking economy –  państwo oligarchiczno-mafijne kontrolowane przez postsowieckie służby specjalne. Jest to zatem rynek niestabilny o wysokim ryzyku politycznym. Na szczęście jego znaczenie dla gospodarki polskiej jest drugorzędne.

Gruzja to mały kraj i strefa wojny. Mimo sympatii jaką postawa prezydenta RP zjednała nam wśród Gruzinów, rozpatrywanie jej jako atrakcyjnego rynku inwestycyjnego jest przedwczesne. Inwestorów przyciąga pokój. Jest to prawdziwe szczególnie dla tych podmiotów gospodarczych, które, jak większość przedsiębiorstw polskich, nie mogą sobie pozwolić na ryzyko utraty mienia w wyniku walk. To zaś jest wciąż w Gruzji bardzo duże. Inwestycje polskie w tym kraju, w ramach jego odbudowy, to pieśń przyszłości. Dziś Gruzja potrzebuje raczej rakiet przeciwlotniczych i przeciwpancernych. Na polskich inwestorów cywilnych przyjdzie czas, gdy kraj ten stanie się członkiem NATO, czego mu wszyscy powinniśmy życzyć.

VII. Polityczne znaczenie Gruzji dla Polski

Od 1991 roku Rosja promuje odmienny od wspieranego przez UE i NATO model transformacji postkomunistycznej. Zamiast demokracji umacnia autorytaryzm i dyktatury, czego licznych przykładów dostarczają Białoruś Łukaszenki, Ukraina Kuczmy, Serbia Miloševicia i Słowacja Mečiara. Wiele o naturze systemu politycznego Federacji Rosyjskiej mówią także jej nieeuropejscy sojusznicy – Uzbekistan, Wenezuela, Nikaragua. Zamiast poszanowania praw człowieka Moskwa dopuszcza się ich masowego gwałcenia (Czeczenia), a przemoc w jej polityce wewnętrznej i zewnętrznej ma pierwszeństwo przed prawem. Głównym narzędziem polityki zagranicznej Kremla jest eksport destabilizacji z instrumentalnym wykorzystaniem problemu mniejszości narodowych w państwach oś­cien­nych, w których na tej bazie podnieca on lokalne separatyzmy (Abchazja, Osetia Pd., Naddniestrze, Krym). Kwestie Mniejszościowe rozgrywa także w relacjach z Łotwą i Estonią. W polityce gospodarczej promuje model oligarchiczny zdecentralizowany (za czasów Jelcyna) lub scentralizowany (pod rządami Putina), tak czy inaczej będący jednak modelem kapitalizmu politycznego, cechującym się brakiem poszanowania własności prywatnej i poszukiwaniem haraczu, a nie zysku w ekonomicznym sensie tego słowa. Według znanej rosyjskiej socjolog Olgi Krisztanowskiej 70% obecnych rosyjskich elit politycznych to funkcjonariusze dawnego KGB lub GRU. Warto pamiętać, że w tych organizacjach uczono obecnych rosyjskich liderów jak zabijać ludzi i jak nimi manipulować.

Dominujący na obszarze WNP opisany powyżej promowany przez Kreml system postsowiecki spotkał się z realnym sprzeciwem jedynie w Gruzji i na Ukrainie. Znaczenie Gruzji polega więc obecnie na fakcie, iż została ona wybrana na poligon możliwości obecnego rosyjskiego imperializmu. Od­miennie niż Ukraińcy, Gruzini są jednomyślni w swej woli wstąpienia do NATO. Moskwa nie mogła zatem grać skutecznie na podziałach wewnętrznych między nimi w tym zakresie z zamiarem zapobieżenia uzachodnieniu owego kraju. W rezultacie zdecydowała się odwołać do jedynej opcji jaka jej pozostała – do wojny. Tbilisi stało się w ten sposób papierkiem lakmusowym, przy pomocy którego Moskwa testowała reakcję Zachodu na jej politykę używania siły wojskowej poza granicami Federacji Rosyjskiej. Test ten, z rosyjskiego punktu widzenia, dał wynik pozytywny. Casus Gruzji będzie zatem stanowił dla Rosji pokusę by iść dalej w kierunku rozwiązań militarnych, zaś dla innych krajów regionu już stał się odstraszającym przykładem tego jak kończy się prozachodni wybór dokonany przez Tbilisi. Dla Polski wymienione powyżej powody są wystarczające do uznania Gruzji za kraj o kluczowym znaczeniu w regionie Kaukazu, a jej los za precedensowy i ważący dla przyszłości także Europy Środkowowschodniej.

***

Przedstawiony powyżej opis skutków wojny sierpniowej widziany z perspektywy Polski zmusza do stwierdzenia, iż konflikt ten w sposób wieloaspektowy i z drobnymi wyjątkami niekorzystnie wpłynął na geostrategiczne położenie Rzeczypospolitej. Polska jest bowiem (a przy­najmniej powinna być) zainteresowana w uzachodnieniu systemu poli­tycznego państw położonych na kresach byłego sowieckiego imperium i zwróceniem się ich ku Zachodowi. Scenariusz przeciwny powinien być uznany za zagrożenie, prowadziłby bowiem do odtworzenia materialnej podstawy rosyjskiej dominacji nad Europą Środkową oraz Wschodnią, w tym i nad Polską. Region ten jest zaś obecnie chroniony wyłącznie przez wojskowy prestiż NATO, a faktycznie USA. Skuteczna reintegracja obszaru postsowieckiego pod egidą Moskwy podważyłaby pozycję i stworzyła wśród rosyjskiej klasy politycznej pokusę by iść dalej – testować NATO, USA i UE co do granicy, do jakiej Kreml może się posunąć bez prowokowania poważnej reakcji Zachodu.

Wszelkie sygnały, jakie Zachód wysłał do Moskwy po uderzeniu wojsk rosyjskich na Gruzję (z wyjątkiem przeprowadzonych wiosną 2009 roku manewrów NATO w tym kraju) pokazywały, że takich granic nie ma przynajmniej odnośnie do obszaru postsowieckiego. Nie jest jasne czy istnieją one odnośnie do Europy Środkowej. Można sobie zatem wyobrazić sytuację, w której Rosja w przyszłości zechce przetestować także i odpowiedź na to pytanie. Nie wiemy czy i gdzie to uczyni – czy w państwach bałtyckich, tak jak próbowała już to zrobić w Estonii w 2007 roku? Może tym razem będzie to dotknięta głębokim kryzysem gos­podarczym Łotwa, gdzie 35% mieszkańców to rosyjskojęzyczni pozbawieni jej obywatelstwa bezpaństwowcy? Może będzie to Litwa, leżąca na trasie tranzytu do Królewca, zbrojne przebicie się do którego jest stałym elementem ćwiczeń wojsk rosyjskich i białoruskich w trakcie prowadzonych wspólnych manewrów, szczególnie potężnych tego lata[13].

W tej sytuacji rodzą się oczywiste pytania. Czy Rosja, mająca poczucie sukcesu w wojnie gruzińskiej, pójdzie dalej tą drogą i zastosuje siłę w relacjach z innymi sąsiadami? Kto będzie jej kolejnym celem? Czy ten sam sposób działania zostanie powtórzony wobec Krymu? Czy Sewastopol ma szansę stać się nowym „Wolnym Miastem Gdańskiem” i odegrać rolę jaką ono odegrało w 1939 roku? Jaka powinna być reakcja Polski w przypadku zagrożenia Ukrainy powtórzeniem wobec niej scenariusza gruzińskiego? Co jest ważniejsze dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej – co stanowi jego lepszą gwarancję – artykuł 5 Traktatu waszyngtońskiego, czy armaty Armii Ukraińskiej? Czy w razie ziszczenia się tego scenariusza Polska powinna porzucić Ukrainę, niczym Czechosłowację w 1938 roku i zaufać gwarancjom NATO, niczym w 1939 roku gwarancjom brytyjsko-francuskim, czy też powinna walczyć wraz z Kijowem, nawet gdyby musiała poprzeć go samotnie? Jeśli Ukraina zostanie zdominowana przez Rosję (zbrojnie, czy też poprzez wewnętrzne rozbicie i kapitulację bez walki), kto będzie następny? Oto są pytania, które musimy sobie postawić i udzielić na nie odpowiedzi, a następnie podjąć stosowne do niej działania.

W interesie Polski nie leży by Rosja posiadała doświadczenie sukcesu w zakresie polityki neoimperialnej. Sposób działania przynoszący zwycięstwo będzie bowiem powtarzany jako generalny modus operandi polityki rosyjskiej. Jeśli zatem szantaż wojskowy wobec sąsiadów, lub otwarte użycie przeciw nim siły, tak jak to miało miejsce w Gruzji, da Rosjanom poczucie sukcesu, będzie ono stanowiło zachętę dla Kremla by iść dalej tą drogą.

 

Źródło: „Geopolityka” 2009, nr 2(3).

Fot. Wikimedia Commons


[1] J. Darski, Rumunia: Historia, współczesność, konflikty narodowe, Warszawa [b.d.w.], s. 123-129. Szerzej, por.: M. Kuczyński, Krwawiąca Europa: Konflikty zbrojne i punkty zapalne w latach 1990-2000, Tło historyczne i stan obecny, Warszawa 2001, s.71-79; J. Wróbel, Naddniestrze, „Prace OSW” 2003, nr 9, s. 15-19.

[2] M. Kuleba, Imperium na kolanach: Wojna w Czeczenii 1994-1996, Warszawa 1998, 105-386. Por. także: P. Grochmalski, Czeczenia – rys prawdziwy, Wrocław 1999, s. 165-341; S. Ciesielski, Rosja-Czeczenia: Dwa stulecia konfliktu, Wrocław 2003, s. 256-285; M. Kuleba, Czeczeński specnaz: Taktyka działań specjalnych, Warszawa 2001, s. 26-64.

[3] B. Mikulska-Góralska, Kryzys berliński 1948-1949, Warszawa 1995, s. 310. Por. także: J. Krasuski, Historia RFN, Warszawa 1981, s. 109-145, 373-397; R. Łoś, Wschodnia polityka kanclerza Adenauera, Łódź 2003, s. 199-248.

[4] Oczywiście Armenia i Białoruś w odróżnieniu od pozostałych wymienionych państw, pozostają obecnie w stosunkach sojuszniczych z Rosją. Nie zmienia to faktu, że stan ten nie musi być trwały.

[5] W. Konończuk, Trudny „sojusznik”: Białoruś w polityce Rosji, „Prace OSW” 2008, nr 28. O okolicznościach ewolucji polityki Łukaszenki wobec Rosji z jednej, a UE z drugiej strony i ich znaczeniu dla Polski patrz także: P. Żurawski vel Grajewski, Wyspa Białoruś, „Obserwator” 2008, nr 1, s. 68-79.

[6] P. Żurawski vel Grajewski, op.cit. s. 68-77.

[7] H. Haukkala, The Making of the European Union’s Common Strategy on Russia, [w:] The EU Common Strategy on Russia: Learning the Grammar of the CFSP, ed. H. Haukkala, S. Medvedev, Kauhava 2001, s. 42.

[8] J. Kaczmarski, Rejtan, czyli raport ambasadora, <http://www.kaczmarski.art.pl/twor-czosc/wiersze_alfabetycznie/kaczmarskiego/r/rejtan_czyli_raport_ambasadora.php> (2 IX 20-09). 

[9] P. Żurawski vel Grajewski, Upokorzona Europa: Unia Europejska wobec konfliktów bałkańskich w latach 1991-1999, [w:] Świat po Kosowie, red. A. Magdziak-Miszewskiej, Warszawa 2000, s. 64-87.

[10] Kosowo jeszcze przed wybuchem walk w 1999 roku zamieszkałe było w większości przez ludność albańską, przez 10 lat, aż do 1998 roku, w pokojowy sposób walczącą o prawa obywatelskie i autonomiczne odebrane im decyzją Miloševicia w 1989 roku. Stroną, która odmawiała rozmów byli Serbowie. Oni także podjęli akcje czystki etnicznej, która ostatecznie sprowokowała interwencję Zachodu (NATO) pomnego krwawych doświadczeń wojny w Słowenii, Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. W Gruzji było odwrotnie. To ludność gruzińska padła ofiarą czystek etnicznych w Abchazji i Osetii Pd. w trakcie wojen z początku lat 1990-tych, kiedy to separatystów wsparła Rosja. Na czele władz Kosowa nie stanęli też oficerowie amerykańskich, czy jakichkolwiek obcych służb specjalnych tak jak ma to miejsce w wypadku Osetii Południowej, której struktury państwowe nasycone są Rosjanami. Ludności albańskiej nie dawano też paszportów amerykańskich i nie twierdzono potem, że USA wystąpiły w obronie swoich obywateli, jak czyniła to Rosja wobec Osetii Pd.

[11] O poglądach prezydent Grybauskaité na stosunki z Polską patrz: Rozumiem problemy Polaków, „Rzeczpospolita” 29-30 VIII 2009, s. A9.

[12] K. Rogoff, Rosja i wilki, „Rzeczpospolita” 10-11 VI 2006, s. 8.

[13] M. Potocki, Rosja ćwiczy wojnę z NATO, „Dziennik” 9 IX 2009, s. 10.

Komentarze

komentarze

stat4u