Artur Brzeskot: Falsyfikacja działań mocarstw Zachodu na wschodniej flance NATO

NATO_USAArtur Brzeskot

System międzynarodowy jest wypełniony mniejszymi, średnimi i większymi państwami, ich określone uporządkowanie w różny sposób wpływa na ich interakcje i wytwarzane rezultaty. Właściwie takie państwa jak Czechy, Słowacja lub Węgry nie mają żadnego wpływu na bieg spraw międzynarodowych. Wskazane podmioty są o tyle ważne, o ile podlegają ingerencji ze strony mocarstw z racji swojej wagi strategicznej lub komunikacyjnej. Państwa średnie takie jak np. Francja, Wielka Brytania, Hiszpania, Italia, Polska, Ukraina mogą mieć wpływ, co najwyżej na układ sił, jeśli byłyby zdolne do bliższej współpracy, ale tak nie jest. Z kolei państwa takie jak Niemcy lub Rosja mogą pokusić się nie tylko o zmianę balance of power, ale nawet przekształcić strukturę systemu – przynajmniej w Europie. Na szczęście dla Polski Niemcy nie mają takich aspiracji, poza tym nie do końca wiadomo czy system deleguje ich aż do takiej roli. Z kolei Rosja być może ma ambicje, ale nie ma odpowiednich zdolności, czyli ukrytej potęgi.

Pomimo tego, że nie znamy wewnętrznych dyspozycji ani rządu niemieckiego ani rosyjskiego możemy jednak dojść do wniosku, że w Europie nie ma pretendenta do hegemonii. W konsekwencji nie ma również zagrożenia przynajmniej takiego, które dotyczyłoby rywalizacji między średnimi państwami vis – à – vis jedno mocarstwo. Jeśli dalej pójdziemy tym tropem to dojdziemy do wniosku, że nie może być też mowy o dużej wojnie, a nawet ograniczonej. Zatem należy zadać pytanie dlaczego na wschodniej flance NATO dochodzi do koncentracji sił sojuszniczych?

Aby udzielić odpowiedzi na tę kwestię posłużę się hipotezą teorii realizmu ofensywnego, która brzmi następująco: im bardziej jest silne mocarstwo dominujące w relacji do swoich rywali, tym mniej prawdopodobne jest, że potencjalne ofiary będą przerzuć ciężar obrony na innych. Oczywiście dominujące mocarstwo w hipotezie to Rosja, natomiast potencjalne ofiary to byłe republiki sowieckie i państwa postkomunistyczne Europy Środkowo-Wschodniej. Choć także dotyczy to państw Europy Zachodniej, ponieważ armia rosyjska jest najsilniejsza na Kontynencie.

Zatem zacznijmy nasz test. Istnieją silne przesłanki, aby uruchomiła się szeroka koalicja balansująca Rosję, przynajmniej od 2008 r., kiedy miała miejsce wojna rosyjsko-gruzińska i następnie wojna rosyjsko-ukraińska po aneksji Krymu w 2014 r. W skład tej koalicji powinny wejść nie tylko kraje mające wspólną granicę z Rosją takie jak Finlandia, Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś i Polska, ale także aktorzy położeni dalej. Właściwie cała kontynentalna Europa powinna odpowiedzieć na wzrost dominacji i ambicji Rosji. W końcu nie chodzi tylko o peryferyjne wojny toczone przez Putina w przestrzeni postsowieckiej lub poza nią np. w Syrii, ale także o forsowne zbrojenia jakimi są poddawane rosyjskie siły zbrojne (nuklearne, lądowe, morskie i powietrzne).

Zanim odpowiemy sobie jednoznacznie na pytanie czy koalicja równoważąca Rosję już powstała w Europie lub chociaż wyłoniły się jej kontury, najpierw oceńmy z czym mamy do czynienia. W celu łatwiejszego przeanalizowania potencjalnego aliansu podzielę jego strukturę na trzy kategorie państw a) Europy Wschodniej; b) Środkowej; i c) Zachodniej. Jeśli piszę o kategorii państw (a) mam na myśli przestrzeń byłego ZSRS. Widać tutaj wyraźnie, że rzeczywistość zaprzecza naszej hipotezie. Pierwszy wyłom falsyfikacyjny robi Białoruś, która tworzy klasyczny przypadek bandwagon, jest to kraj słaby i izolowany, który już w latach 90. XX w. dokonał strategicznego wyboru związania się z Rosją. Według realizmu ofensywnego (i defensywnego) balancing ma przewagę w polityce międzynarodowej pod warunkiem pojawienia się zagrożenia. Zatem jeśli Białoruś odczuwałaby niepokój o swój los Łukaszenka zbliżałby się do Zachodu, w sytuacji ekstremalnej w jakiej znalazła się Ukraina, Białoruś być może walczyłaby o swoją suwerenność.

Kolejne przypadki to Ukraina i Gruzja, które zostały dotknięte bezpośrednio agresją rosyjską. Zgodnie z dictum realizmu oba państwa podjęły wewnętrzny wysiłek równoważenia Rosji, choć i w tym przypadku nasza hipoteza odbiega od stanu faktycznego, ponieważ zarówno Kijów jak i Tbilisi poniosły fiasko w strategii balansowania zewnętrznego, czyli otrzymały czerwone światło, jeśli chodzi o akcesję do Unii Europejskiej i NATO, co by wskazywało, że dla Europy Rosja nie stanowi zagrożenia. Jeśli chodzi o grupę państw (a) nasza hipoteza potwierdza się tylko w przypadku trzech krajów Litwy, Łotwy i Estonii. Nie analizuję Mołdowy, ponieważ jej wewnętrzna niespójność i mały potencjał nie mają znaczenia.

Druga grupa państw to Europa Środkowa. Państwa balansujące w tym zbiorze to przede wszystkim Polska i Rumunia, ale reszta ewidentnie zaprzecza naszej hipotezie. Przede wszystkim należy wymienić Czechy, Słowację i Węgry (państwa członkowskie NATO), które nie tylko nie wysilają się militarnie, ale nawet nie życzą sobie stałej lub rotacyjnej obecności obcych wojsk swoim terytorium. Wskazani aktorzy albo przerzucają ciężar obrony na innych albo nie czują się zagrożeni. W grupie państw (b) znajdują się nawet sojusznicy Rosji lub jej stronnicy np. Austria, Serbia, Węgry, Grecja, Macedonia, Chorwacja, Słowenia. W zasadzie nasza hipoteza nie wytrzymuje także testu jeśli chodzi o Skandynawię, ponieważ ani Finlandia ani Szwecja nie zgłasza akcesu do NATO. Na końcu można wymienić Turcję, choć nie spełnia ona wymogu geograficznego, to ma prawie sojusznicze relacje z Rosją.

W trzeciej grupie państw (Europa Zachodnia) mamy wręcz do czynienia z teoretyczną anomalią. Na wschodniej flance NATO na cztery państwa ramowe tylko jedno jest z kontynentalnej Europy – Niemcy. Pozostała reszta to świat anglosaski (USA, Wielka Brytania, Kanada) w tym dwa mocarstwa morskie Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. W rezultacie większość krajów Europy Zachodniej o dość dużym potencjale np. Francja, Italia, Hiszpania, państwa Beneluksu, Norwegia albo nie widzą zagrożenia albo chcą rozwiązać problem rękoma innych. Poza tym niemiecki wysiłek militarny i mocarstw morskich jest symboliczny.

Z zarysu tej sytuacji można wyciągnąć dwa wnioski np. Rosja stwarza zagrożenie, ale jeszcze nie takie, aby budować rzeczywiście szeroką koalicję balansującą. Rosja wyzwala niepokój w Europie, ale pomimo tego, część państw chce uniknąć kosztów i ryzyka równoważenia, nawet jeśli w dłuższej perspektywie taka polityka może się zemścić na nich. W rzeczywistości oba te wnioski nie będą sprzeczne z twierdzeniem, że Rosja nie stwarza zagrożenia ani dla Europy Zachodniej ani dla Środkowo-Wschodniej. Hipoteza zawarta w tym materiale jest fałszywa, doświadczenie empiryczne pozbawia ją wiarygodnych podstaw ontologicznych i epistemologicznych. W rezultacie Rosja nie jest jedyną dominującą potęgą, a system w Europie nie jest niezrównoważony. Poza tym nie wszyscy aktorzy czują się zagrożeni.

Zatem jak wyjaśnić (rotacyjną) obecność wojskową mocarstw Zachodu na wschodniej flance NATO? Należy odnaleźć ostateczny argument o braku uzasadnienia dla takiego działania. W sumie częściowo już zostało to uczynione, dzięki użyciu zmiennej wyjaśniającej w postaci lokalizacji geograficznej państw Europy. We wszystkich grupach (a); (b); i (c) znalazły się państwa, które nie widzą niebezpieczeństwa. Właściwie można uznać, że cała Europa jest w stanie błogiego pokoju, jeśli mocarstwa morskie biorą na siebie gro ciężaru odstraszania. Niemniej, aby jednoznacznie dokonać falsyfikacji pozorowanych działań mocarstw Zachodu na wschodniej flance NATO użyję jeszcze drugiej zmiennej wyjaśniającej w postaci układu sił.

Precyzyjnie rzecz ujmując chodzi o dystrybucję potencjału, szczególnie militarnego na Kontynencie, a ten jest szczególnie sprzyjający z punktu widzenia państw europejskich, jak i również samej Rosji i Ameryki. Architektura bezpieczeństwa w Europie ma jednoznaczne cechy dwubiegunowości. Kwestie wojny i pokoju pozostają w dalszym ciągu poza Europą, czyli są w gestii Waszyngtonu i Moskwy. W mojej ocenie ten stan ma miejsce od zakończenia II wojny światowej. W rezultacie nie ma miejsca na żaden biegun siły między USA i Rosją vis – à – vis np. Europejskie Wspólnoty Gospodarcze, Unia Europejska, Niemcy, Trójmorze czy Międzymorze … etc.

Najważniejszą cechą dwubiegunowości jest to, że nie jest ona podatna na duże konflikty zbrojne (nieograniczone). Choć oczywiście mogą pojawić się wojny peryferyjne takie jak wskazane wyżej Rosja – Gruzja 2008 r. lub Rosja – Ukraina 2014 r. Z takimi epizodami Europa miała już do czynienie w czasach zimnej wojny np. NRD 1953 r., Węgry 1956 r., Czechosłowacja 1968 r. Musimy zauważyć, że w tych wszystkich przypadkach występowała pewność, kto ma wziąć odpowiedzialność za podejmowanie decyzji i działanie. Chruszczow interweniując na Węgrzech w 1956 r. nie uzależniał swojej decyzji od opinii Eisenhowera, podobnie Breżniew łamiąc Czechosłowację w 1968 r. nie oglądał się na Zachód, tak samo czyni Putin z Ukrainą i Gruzją. Innymi słowy nie istnieje tutaj bardzo niebezpieczna w polityce międzynarodowej współzależność militarna między mocarstwami. Właściwie można założyć, że w przypadku ryzyka kryzysu lub wojny między Wielką Brytanią a Hiszpanią o Gibraltar lub Turcją i Grecją o Cypr rozjemcą będą Stany Zjednoczone.

Układ dwubiegunowy charakteryzuje prostota, to sprzyja pewności i szybkości, czasem nawet nadmiernej reakcji na wszelkie kryzysy geopolityczne. Występuje tam przejrzystość zagrożeń. Wszelkie oceny sytuacji strategicznej i odpowiedzi zależą jedynie od dwóch mocarstw USA i Rosji. Ponadto, dochodzi czynnik nuklearny, który najlepiej blokuje ekspansywne posunięcia drugiej strony. Przy takiej dystrybucji potencjału stratedzy kremlowscy nie mogą sobie pozwolić na żaden Blitzkrieg np. na kraje bałtyckie lub Przesmyk Suwalski, czy napad rakietowy z eksklawy Kaliningradu, bo wiedzą, że zysk będzie całkowicie nieproporcjonalny do poniesionych strat. Zgodnie z dictum realizmu ofensywnego mocarstwa nie są bezmyślnymi agresorami, aby ponosić spektakularne porażki – Rosja nie czyni wyjątku.

W polityce światowej siła militarna jest zawsze ultima ratio niemniej jej przyczyny i rezultaty są różne w zależności od rozkładu potencjału w systemie. Z tego powodu w dwubiegunowości pociski balistyczne typu Iskander lub rosyjska doktryna deeskalacji (wygrać wojnę jedną bombą atomową), czy nawet szantaż konwencjonalny, to de facto histeria, a w ostateczności samobójcza strategia dla agresora. Jedyne działania pozostające w gestii zarówno Waszyngtonu, jak i Moskwy, w warunkach wskazanego bipolarnego zwarcia, to pośrednie działania np. siania zamętu w Unii Europejskiej ze strony Kremla (wojna informacyjna) lub promowania demokracji w byłych republikach sowieckich ze strony Waszyngtonu (liberalna hegemonia), rozkręcanie regionalnego wyścigu zbrojeń, czy nawet wzajemnego wciągania się w wojny ograniczone na obrzeżach Europy np. Donbas, Ługańsk lub poza nią np. Bliski Wschód (Syria, Irak) lub w Azji Środkowej (Afganistan).

W rzeczywistości architektura bezpieczeństwa Europy obnaża lub używając języka naukowego falsyfikuje obecność i działania mocarstw zachodnich na wschodniej flance NATO. Z punktu widzenia układu sił są one po prostu nieuzasadnione. Po pierwsze, przy obecnej dystrybucji potencjału wojna hegemoniczna lub nawet ograniczona USA-Rosja jest niemożliwa. Oba mocarstwa są w stanie dać sobie militarny odpór, szantaż nawet nuklearny jest nieskuteczny, gdyż druga strona posiada środki, aby obronić siebie i swoich mniejszych partnerów (chodzi tutaj o tzw. siły nuklearne drugiego uderzenia). Po drugie, w dwubiegunowości sojusznicy tak naprawdę przestają odrywać poważniejszą rolę. Z reguły ich udział w potędze obu największych mocarstw jest niewielki. W przypadku NATO – 75% to Stany Zjednoczone. Z tego powodu mocarstwa ramowe Sojuszu, jak i pozostałe państwa uczestniczące w wielonarodowych grupach batalionowych na terytorium Polski, Litwy, Łotwy i Estonii mogą pozwolić sobie na ignorowanie logiki anarchicznego systemu i koncepcji politycznej balance of power, bo wiedzą, że w ostateczność militarny wysiłek poniosą Stany Zjednoczone, i to ich strategia będzie realizowana podczas kryzysu lub wojny.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego Polski można zadać sobie pytanie, czy jeśli zmieni się dystrybucja potencjału w systemie i Europa wpadnie w koncert mocarstw, czy wówczas też będziemy mieli do czynienia z imitacją nieefektywnego balansowania Rosji? Wydaje się, że tak, co więcej zjawisko spychologii (buckpassing) może się pojawić nawet wówczas, kiedy system będzie bardzo niezrównoważony. Właściwie mocarstwa morskie, które obecnie są pierwszymi w przyjmowaniu rzekomego ciężaru odstraszania będą ostatnimi, jeśli zmieni się układ sił.

Foto: flicr

Komentarze

komentarze

stat4u