Artur Brzeskot: Bliscy kuzyni: realizm i geopolityka

Chessboard_HDArtur Brzeskot

W ostatnim czasie w social media przetoczyła się polemika o mocy wyjaśniającej geopolityki. Jak zwykle zdania są podzielone. W tej wymianie argumentów wzięli udział nie tylko zwolennicy i przeciwnicy geopolityki, ale także osoby publiczne reprezentujące poważne instytucje. W efekcie pojawiły się u mnie dwie refleksje. Pierwsza dotyczy znaczenia teorii, druga metodologii badań – podejścia analitycznego i systemowego.

Przejdę do pierwszej kwestii, czyli pewnej ogólnej tendencji do ignorowania teorii, nie tylko realizmu naukowego i klasycznej geopolityki. Chcę udowodnić, że teorie mają ogromne znaczenie i wpływ na politykę państw – małych, średnich, dużych, a nawet mocarstw. Szczególnie teorie z poziomu systemu. Na początku podkreślmy, że realiści i geopolitycy są świadomi, że nauki społeczne opierają się na chwiejnych fundamentach teoretycznych w porównaniu z naukami przyrodniczymi. Realiści i geopolitycy są też świadomi, że zjawiska polityczne są bardzo złożone. Stąd też precyzyjne przewidywania są niemożliwe, przynajmniej bez narzędzi, które znacząco przewyższałyby te, które są stosowane obecnie. Z tego względu wszelkie prognozy muszą uwzględniać błędy. Właściwie wszyscy badacze nauk społecznych z większym lub mniejszym dorobkiem powinni unikać bezpodstawnej pewności siebie, ponieważ perspektywa czasowa może ujawnić wiele niespodzianek.

Oczywiście pojawiają się czasami osoby, nawet z tytułami naukowymi, które są bardzo buńczuczne w swoich wizjach przyszłości. Sam odczuwam pewien niesmak, kiedy słyszę, jak niektórzy publicznie przechwalają się, że ich przewidywania sprawdziły się w 80%, po czym dumnie perorują, że pozostałe 20% dokona się w nadchodzących latach. Poza tym problem nie polega tylko na trafieniu ze swoją prognozą, ale też na przekonaniu do swoich teorii, koncepcji i filozofii establishmentu politycznego. Taki wyczyn udało się osiągnąć tylko nielicznym (np. G. Kennan).   

Pomimo tych wszystkich trudności badacze nauk społecznych powinni mieć ambicje tworzenia własnych teorii lub modyfikowania tych, które już istnieją i używania ich, aby przewidywać przyszłość. Ponieważ prognozy przenikają dyskurs polityczny. To pomaga uchwycić logikę wydarzeń jakie zachodzą wokół nas. Właściwie teorie rozświetlają najważniejsze punkty nieporozumień między polemistami, aby jeszcze lepiej formułować idee spierających się stron. Z punktu widzenia naukowego antycypowanie nowych wydarzeń stanowi dobry sposób na testowanie teorii. Ponieważ teoretycy jak na razie nie są w stanie panować nad wehikułem czasu. Zatem nie mogą dostosować swoich hipotez do empirycznych dowodów. Poza tym teorie nigdy nie oferują ostatecznego wyjaśnienia faktów, bo nie można mieć stuprocentowej pewności, czy dobra teoria nie zostanie zastąpiona przez jeszcze lepszą.     

Jednak poza murami akademii teorie mają raczej złą sławę, szczególnie w świecie polityki oraz w tzw. środowiskach eksperckich (rządowych lub pozarządowych). Społeczne teorematy są często portretowane, jako jałowe spekulacje, napuszonych akademików chodzących z głową w chmurach, które mają niewielki związek z tym jak działa realny świat. Na przykład dyrektor PISM (Polski Instytut Spraw Międzynarodowych) Sławomir Dębski pisze „Zwłaszcza autorzy teorii często dostają od nich zawrotu głowy i próbują za ich pomocą wyjaśnić co się tylko da”[1]. W tym zdaniu jest ukryta sugestia, iż teoria powinna mieć swój ograniczony zasięg do niewielkiego kręgu specjalistów, podczas gdy polityczni decydenci powinni opierać się na zdrowym rozsądku, intuicji i oczywiście praktycznym doświadczeniu, aby właściwie wypełniać swoje obowiązki.

Ten pogląd jest błędny. W rzeczywistości nikt z nas nie mógłby zrozumieć świata, w którym żyjemy lub podjąć inteligentnej decyzji bez teorii. Wszyscy badacze i praktycy polityki międzynarodowej opierają się na teoriach, aby odczytać otaczający nas świat. Niektórzy są tego świadomi – inni nie, niektórzy się do tego przyznają – inni nie. Właściwie nie uciekniemy od faktu, iż nie możemy pojąć złożonego świata bez teoretycznego uproszczenia i uniwersalizacji. Odnaleźć drogę wśród nieskończonej ilości materiału można tylko dzięki teorii. Aby utrudnić sobie przeprowadzenie testu o znaczeniu teorii w polityce międzynarodowej zamiast koncepcji realistycznych podam kilka przykładów teorii liberalnych i ich hipotezy, które po zakończeniu zimnej wojny miały ogromny wpływ (i wciąż mają) na Stany Zjednoczone i m.in. Polskę.

Rozważmy tutaj choćby retorykę administracji prezydenta Billa Clintona w latach 90. XX w., która była przenikniona przez trzy główne teorie liberalne: ekonomiczny liberalizm, teorię demokratycznego pokoju i liberalny instytucjonalizm. Według powyższej kolejności przedstawiam ich najważniejsze hipotezy:
1) rozprzestrzenianie się działalności gospodarczej poza granice państwa służy ogólnej pomyślności ludzkości i jest najlepszym gwarantem pokoju;
2) jeżeli wszystkie narody będą miały własne rządy i wszystkie rządy będą poddane demokratycznej kontroli, to wojna straci swoją rację bytu, albowiem demokracja oznacza pokój;
3) państwa starają się kierować logiką gry o sumie niezerowej, w której wszyscy uczestnicy odnoszą korzyści, aczkolwiek w niejednakowym stopniu, a gwarantem takiego postępowania są reżimy i instytucje międzynarodowe.

Te trzy teoretyczne twierdzenia były bezustannie wykorzystywane przez administrację Clintona dla uzasadnienia rozszerzenia NATO w połowie lat 90. XX w. Clinton m.in. utrzymywał, że jednym z celów ekspansji Sojuszu powinno być utrwalanie politycznych i ekonomicznych postępów z rodzącej się demokracji w Europie Środkowej po tzw. „wiośnie ludów” w 1989 r., ponieważ państwa demokratyczne rozwiązują swoje różnice w sposób pokojowy. Clinton argumentował, że Stany Zjednoczone powinny wspierać wolny handel, ponieważ bezpieczeństwo USA jest związane z prosperity innych narodów.

Podobne poglądy w administracji Clintona wyrażał zastępca sekretarza stanu Strobe Talbott, nomen omen akademicki kolega Billa z Oxfordu, który uważał, że wraz z zakończeniem zimnej wojny stało się możliwe konstruowanie bardziej zjednoczonej Europy przez wspólne przywiązanie do wolnego rynku, handlu i otwartego społeczeństwa. Talbott był wręcz przekonany, że przesunięcie granic NATO na Wschód Europy pomoże utrwalić narodowy konsensus dla demokracji i wolnorynkowych reform w takich krajach jak Polska i Węgry. W podobnym duchu wyrażała się sekretarz stanu Madeleine Albright, kiedy wychwalała ojców założycieli NATO przez podkreślanie, że ich decyzje dały początek budowania instytucji opartych na współpracy i porozumieniach utrwalających pokój. Albright nawet wyraziła znamienne memento, że praca ta nie została jeszcze zakończona. Można dodać, że prezydent George W. Bush również przywoływał argumenty z teorii demokratycznego pokoju, kiedy uzasadniał interwencję w Iraku (2003) i Afganistanie (2001).

Te przykłady pokazują, że teorie społeczne mają ogromny wpływ na politykę światową i odgrywają bardzo ważną rolę, jak decydenci polityczni identyfikują cele i poszukują środków, aby je osiągnąć. To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy przyjmować bezkrytycznie wszystkie teorie nawet te, które są bardzo popularne, ponieważ są wśród nich zarówno dobre jak i złe. Na przykład niektóre modele teoretyczne zajmują się trywialnymi kwestiami, podczas gdy inne są mętne i trudne do zrozumienia. Jeszcze inne są sprzeczne w swojej podstawowej logice lub mają niewielką moc wyjaśniającą, ponieważ świat nie jest taki jak one to opisują. Cały trik polega na tym, aby odróżnić solidne teorie od wadliwych.

W mojej opinii teoria polityki międzynarodowej K. N. Waltza – ojca realizmu naukowego – Theory of International Politics (1979) oraz teoria klasycznej geopolityki H. J. Mackindera The Geographical Pivot of History (1904) rzuca znaczące światło, jak działa realny świat. Pierwszy model koncentruje się na dystrybucji potęgi w strukturze systemu, dostrzega w jego dwóch rodzajach multipolar i bipolar podatność świata na wojnę lub pokój. Druga teoria koncentruje się na dystrybucji geografii, przede wszystkim „lądu” i „morza”, żyzności ziemi i szlaków komunikacyjnych, które tworzą warunki do rozwoju imperiów, a nawet globalnej hegemonii. Należy dodać, że teorie realizmu naukowego nie ignorują czynnika geograficznego. Na przykład, kiedy Waltz rozmyśla o genezie imperializmu wskazuje na organizację gospodarczą, która w danym czasie i przestrzeni może okazać się najbardziej efektywna, lub kiedy analizuje mniejsze państwa to podkreśla, że mogą one podlegać ingerencji ze strony mocarstw z racji swojej wagi strategicznej i komunikacyjnej. Inny wybitny realista naukowy John J. Mearsheimer w swojej teorii realizmu ofensywnego The Tragedy of Great Power Politics (2001) bez żadnych kompleksów wprowadza o bok najważniejszego aspektu, czyli dystrybucji potęgi, drugą zmienną wyjaśniającą – właśnie geografię.

Oba paradygmaty neorealizm (defensywny i ofensywny) i klasyczna geopolityka to dobre teorie. Są one eleganckimi modelami, bardzo mocnymi, prosto sformułowanymi, posługującymi się niewieloma elementami. Dlatego ich autorzy mogą przypisać sobie duży wkład do wyjaśnienia najważniejszych procesów zachodzących na świecie z poziomu systemu. Nie tylko pojawienia się imperializmu, ale większości jeśli nie wszystkich nowoczesnych wojen, a nawet warunków w jakich może zatriumfować pokój. Realizm naukowy i klasyczna geopolityka mają też pozostałe cechy dobrych teorii. Obie zachęciły do badań i dostarczyły wskazówek do ich przeprowadzenia, a nawet sprowokowały do powstania teorii konkurencyjnych, roszczących sobie prawo do wyjaśnienia tych samych zjawisk. Jeśli chodzi o realizm naukowy wystarczy wymienić Alexandra Wendta i jego pracę Social Theory of International Politics wypełniającą konstrukcję anarchii – Hobbesa – „zabij albo zgiń” logiką – Kanta – „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”. Jeśli chodzi o geopolitykę wystarczy przywołać N. J. Spykman i jego wielkie dzieło The Geography of Peace, które odwraca twierdzenie Mackindera o wyższości Heartlandu nad Rimlandem. Właściwie literatura dotycząca realizmu naukowego oraz klasycznej geopolityki, ta apologetyczna, jak i krytyczna, jest równie obszerna i zaawansowana, jak literatura związana z jakąkolwiek inną szkołą w nauce o stosunkach międzynarodowych.  

Wskazane teorie nie są normatywne, ponieważ mają one charakter deskrypcyjny (descriptive), a więc wyjaśniają, jak mocarstwa zachowywały się w przeszłości i przewidują, jak będą zachowywały się w przyszłości. Mają one też charakter nakazowy (prescriptive), a więc mówią nam jak państwa powinny postępować w zgodzie z dyktatem realizmu naukowego i klasycznej geopolityki, aby przetrwały i odniosły sukces w systemie. Oczywiście można zadać sobie pytanie, jeśli obie teorie opisują systemowe ograniczenia nakładane na wielkie imperia przez dystrybucję potęgi i geografii, to po co jeszcze określać jak powinny one postępować? Choć dużo jest prawdy w hipotezie, że państwa są więźniami zamkniętymi w żelaznych klatkach, a geografia determinuje ich losem, faktem pozostaje, że czasem ignorują one logikę anarchicznego systemu i koncepcję polityczną balance of power oraz swoje położenie geograficzne. W zasadzie w przypadku realizmu i geopolityki system pozostawia wielkim mocarstwom niewielkie pole manewru, jak tylko funkcjonować w zgodzie z dictum teorii. Wszelkie odstępstwa od realistycznych imperatywów możemy nazwać anomaliami lub błędami krytycznymi, i raczej nie występują one zbyt często, a jeśli już się pojawiają to mają nieuchronnie negatywne konsekwencje.  

Właściwie wielka strategia USA (Grand Strategy) od momentu wojny z Hiszpanią w 1898 r. opiera się na dwóch pojęciach „potęgi” i „geografii”. To pierwsze odnosi się do anarchii i układu sił. To drugie jest związane z geograficznymi zmaganiami „morza” i „lądu”. Wszyscy amerykańscy prezydenci od przełomu XIX i XX w., do dnia dzisiejszego muszą brać pod uwagę dystrybucję „siły” i „geografii” w systemie, aby utrzymać amerykańską hegemonię w Zachodniej Hemisferze i status quo mocarstwa. Choć zmienna „potęgi” leży w centrum zainteresowania realizmu, a zmienna „geografii” jest domeną geopolityki, obie przez ostatnie 120 lat wyjaśniają amerykańskiemu establishmentowi, jak funkcjonuje polityka światowa i przedstawiają mu niezawodne rekomendacje, co Stany Zjednoczone powinny robić, aby utrzymać się na szczycie systemu międzynarodowego. Z taką sytuacją USA miały miejsce nawet w najbardziej krytycznych momentach swojej historii: w czasie I wojny światowej (1914-1918); II wojny światowej (1939-1945); i zimnej wojny (1946/47-1989/91). Właściwie amerykański security establishment będzie musiał powrócić do Grand Strategy, czyli realizmu i geopolityki wobec nieuchronnej rywalizacji z ChRL.

Przejdę teraz do drugiej kwestii, która wyzwala u mnie pewną konsternację, a więc nieumiejętności rozróżniania poziomów analizy polityki międzynarodowej lub nawet umniejszania znaczenia podejściu systemowemu. Czy tylko sinolodzy mogą pisać o Chinach? Zapewne, mogą oni być najlepszymi specjalistami, jeśli chodzi o chińską politykę, kulturę, historię, gospodarkę … etc., ale niekoniecznie ich wnioski muszą być trafne, jeśli chodzi o globalną równowagę sił. Tutaj dużo więcej mają do powiedzenia realiści i geopolitycy. Ponieważ neorealizm i klasyczna geopolityka to nie są teorie redukcjonistyczne, ale systemowe, szukają one przyczyn wojny i pokoju na poziomie materialnej struktury systemu, dystrybucji „potęgi” i „geografii”, a nie jednostek, państw lub ich aparatów urzędniczych. Zatem nietrafiony jest zarzut redukcjonizmu wobec geopolityki.

Gdzie leży błąd? W mojej ocenie w przewadze podejścia analitycznego nad systemowym. Nie chcę odpowiadać na pytanie dlaczego tak jest, chcę raczej pokazać, że podejście analityczne pomimo swoich wielu zalet nie zawsze wystarcza. Metoda analityczna polega na redukcji całości do jej ukrytych części, a następnie analizie ich cech i relacji. A więc całość można zrozumieć dzięki badaniu pojedynczych elementów. Analizujemy odrębnie każdą parę zmiennych, ich wzajemny wpływ na siebie (przyczyna – rezultat), następnie ujmujemy występujące czynniki w postaci równania za pomocą, którego możemy sformułować twierdzenie prawa przyczynowego.

Metoda analityczna doskonale sprawdza się tam, gdzie powiązania między czynnikami można przekształcić w związki między parami zmiennych przy założeniu, że inne zmienne pozostają stałe, a oddziaływania zakłócające są niewielkie. Rozważmy prosty przykład metody analitycznej. Przyczynowe powiązanie czynnika różnicy relatywnej potęgi militarnej x¹ z czynnikiem prawdopodobieństwa wojny x², które łatwo można przekształcić w zmienną niezależną (x¹) i zmienną zależną (x²). Jednak jeśli wpływ na rezultaty mają nie tylko powiązania i własności zmiennych x¹ i x², lecz także sposób ich zorganizowania, podejście analityczne okaże się wysoce niewystarczające.

Jeśli sposób zorganizowania jakiegokolwiek systemu: politycznego, geograficznego, ekonomicznego, ruchu drogowego, wind w wieżowcach … etc. wpływa na zachowanie mocarstw, przedsiębiorstw, kierowców, pasażerów … etc. to nie sposób przewidzieć ani zrozumieć rezultatów w oparciu o ich charakterystykę, cele lub interakcje. Jeśli rezultaty na przestrzeni wieków dotyczące wojny i pokoju pozostają podobne, gdy zmienia się relatywna potęga, ustroje państw, systemy gospodarcze, ideologia, które zdają się je wytwarzać, można podejrzewać, że podejście analityczne nie ma wystarczającej mocy wyjaśniającej, ponieważ istnieje coś, co ogranicza wskazane czynniki lub pośredniczy między nimi, a rezultatami ich działań. W rzeczywistości, aby zrozumieć procesy zachodzące w polityce światowej, zmiany w strukturze systemu, najważniejsze zwroty w historii i nadchodzącej przyszłości nie można uciec od poziomu systemowego, czyli paradygmatu neorealistycznego i klasycznej geopolityki. 

Prawdą jest, że obie teorie zajmują się przede wszystkim największymi mocarstwami, bo wymaga tego wskazane podejście – systemowe. Podobnie jak historia polityki międzynarodowej prawie zawsze jest opisywana przez pryzmat wielkich mocarstw w danej epoce. Taka moda panuje nie tylko wśród realistów i geopolityków, ale także wśród politologów, historyków, socjologów … etc. Trudno byłoby napisać historię polityczną Europy XVIII w. bez uwzględnienia Turcji, Szwecji, Holandii, Hiszpanii, Austrii, Francji i Anglii, tak samo trudno byłoby analizować zimną wojnę bez uwzględnienia rywalizacji USA i ZSRS.

W realizmie system jest generowany przez interakcje między głównymi elementami struktury systemu. W geopolityce jest przede wszystkim wytworem geografii „morza” i „lądu”. Teoria systemowa stworzona na podstawie doświadczeń Litwy, Łotwy i Estonii byłaby śmiechu warta, podobnie jak teoria Mackindera „Wyspy Świata” nieuwzględniająca największych kontynentów i oceanów. Jednak koncentracja realizmu naukowego i klasycznej geopolityki na wielkich mocarstwach nie oznacza lekceważenia mniejszych państw i skazywania ich z marszu na utratę niepodległości. W rzeczywistości troska o los tych ostatnich wymaga badania tych pierwszych. Z tej przyczyny szczególnie takie kraje jak Polska okrążona przez dwa wielkie mocarstwa Niemcy i Rosję powinna zgłębiać wiedzę o imperatywach realizmu i geopolityki, aby poznawać ograniczenia, jakie musi znosić Berlin i Moskwa, a nawet nasz największy sojusznik Stany Zjednoczone. 

Ponadto realizm naukowy i klasyczna geopolityka nie odpowiedzą nam na każde pytanie związane ze światową polityką. Ponieważ istnieje wiele przypadków w których oba paradygmaty są spójne z kilkoma lub nawet wieloma wnioskami i odpowiedziami. Wówczas teoria jest nieokreślona (niejasna), i nie jest to wcale nic niezwykłego w przypadku teorii systemowych. Na przykład realizm naukowy nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego rywalizacja zimnowojenna między USA i ZSRS była bardziej intensywna w latach 1945-1963 niż w 1963-1990? Teoria realizmu nie odpowie też nam na pytanie, czy NATO na wschodniej flance powinno przyjąć strategię defensywną czy ofensywną? Z kolei klasyczna geopolityka nie udzieli odpowiedzi czy Polska powinna przyjąć strategię bandwagoning u boku potęgi „morza” USA czy „lądu” Rosji lub ChRL?  

Pomimo wskazanych dwuznaczności należy pamiętać, że teorie systemowe rzutują na politykę poszczególnych państw, a nawet roszczą sobie prawo do wyjaśnienia określonych ich aspektów – oczywiście w sposób bardzo ogólny. Podejścia systemowe mogą wskazać jakie uwarunkowania międzynarodowe muszą w swej polityce brać pod uwagę poszczególne państwa np. klasyczna geopolityka podpowiada, że Polska leży na pomoście bałtycko-czarnomorskim na tzw. przełamaniu Rimlandu i Heartlandu. Z tego powodu podlegamy silnym oddziaływaniom, które mogą być dla nas korzystne lub niekorzystne. Jak wskazują niektórzy geopolitycy cały region Europy Środkowo-Wschodniej stwarza jednocześnie duże szanse i zagrożenia. Z kolei realizm naukowy może odsłonić przyczyny leżące u podłoża zmiany systemowej i idące za tym rezultaty. A więc zaniku mocarstwa morskiego w Europie i pojawienia się koncertu mocarstw, niebezpiecznej współzależności militarnej państw, nadmiernego rozproszenia zagrożeń, błędnego reagowania, nuklearnej nierównowagi w końcu większej podatności systemu na wojnę.

Należy jednak pamiętać, iż przyjęcie założenia, że sam realizm naukowy lub klasyczna geopolityka pozwolą odpowiedzieć na pytanie, jak radzić sobie ze wskazanymi uwarunkowaniami, rodzi niebezpieczeństwo popełnienia błędu będącego odwrotnością redukcjonizmu. Tak więc zarzut wobec geopolityki, że nie może ona zdefiniować programu polskiej polityki zagranicznej jest absurdalny. Powtórzmy jeszcze raz teorie systemowe wskazują na pewne dictum dystrybucji „potęgi” i „geografii”, na które nie mamy żadnego wpływu, to czy je uwzględnimy czy zignorujemy zależy wyłącznie od naszych elit politycznych, i nic ponadto.

 


[1] Twitter: konto @SlawomirDebski (wpis z 08.10.2018 r.).

 

Komentarze

komentarze

stat4u