Andrzej Zapałowski: Wypadkowa Berlina i Waszyngtonu

Zapalowski_AndrzejZ dr. Andrzejem Zapałowskim, prawnikiem, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Założenia polskiej polityki zagranicznej na 2015 r. przedstawione w Sejmie przez ministra Grzegorza Schetynę zaskakują?

– Schetyna w swoim przemówieniu nie powiedział nic nowego. Mówił zasadniczo o oczekiwaniach i życzeniach. Natomiast nie odniósł się do strategii rządu w zakresie polityki wschodniej, która od kilku lat jest kontynuowana, a która de facto okazała się kompletnym fiaskiem. Teraz rząd zamiast podjąć się jej weryfikacji, podpiął się pod cele polityki Stanów Zjednoczonych na obszarze Europy Wschodniej. Proszę zwrócić uwagę, że bieżąca polityka Polski nie jest zasadniczo nawet polityką Unii Europejskiej.

Owszem, ale czy zgodzi się Pan z tezą, że z jednej strony jesteśmy bezradni wobec polityki rosyjskiej, a z drugiej zbyt podporządkowani dyktatowi Niemiec?

– Polska polityka zagraniczna jest wypadkową celów politycznych Berlina i Waszyngtonu. Podmiot, który w danej chwili uzyskuje w niej większy udział odzwierciedla strategię danej chwili. Dla przykładu, kiedy walczono o pozycję Donalda Tuska w Brukseli, to utożsamialiśmy się z polityką niemiecką. Natomiast, kiedy Niemcy nabrały dystansu do wojny domowej na Ukrainie, to kierunek naszej polityki wyznaczały cele Stanów Zjednoczonych. Wobec tego zasadne jest pytanie: czy ten rząd jest w stanie zdefiniować nasze, własne cele polityczne, które mogą, ale nie muszą się wpisywać w cele naszych sojuszników, ponieważ nie zawsze są tożsame.

Schetyna powiedział, że suwerenna Ukraina jest elementem polskiej racji stanu. Dodał, że pomimo uznania przez Werchowną Radę oddziałów UPA za bojowników o wolność kraju, Polska nadal chce działać na rzecz pojednania historycznego z Ukrainą…

– Ta postawa w stosunku do Ukrainy wynika z celów Stanów Zjednoczonych. Po II wojnie światowej to amerykański wywiad przejął część kadry UPA i zatrudnił ich w celu przygotowania przyszłej antysowieckiej dywersji na Ukrainie. Wśród tych działaczy był m.in. Mykoła Łebed, który był wysokim funkcjonariuszem CIA. W czasie II wojny światowej był on we władzach OUN i podejmował decyzję o ludobójstwie Polaków na Wołyniu. Powiedzmy sobie otwarcie, że przez lata Waszyngton wspierał ten kierunek, czyli finansował antyrosyjskie środowiska nacjonalistyczne w diasporze i na Ukrainie. Teraz jest podobnie, gdyż bez politycznej zgody Białego Domu nacjonaliści nie byliby w rządzie w Kijowie. To powoduje, że obecny rząd w Polsce nic w sprawie czczenia na Ukrainie UPA nie zrobi i będzie udawał, że sprawy nie ma.

Niektórzy politycy uważają, że można być z jednej strony twardym w dialogu historycznym z Ukraińcami, a z drugiej angażować się w pomoc temu państwu, a wszystko żeby zatrzymać wojnę jak najdalej od granic Polski. Czy można to pogodzić?

– Tego dialogu brakuje od 20 lat. Toleruje się budowę nielegalnych pomników UPA w Polsce, a utrudnia budowę pomników ofiar ludobójstwa. I nie mówię tu o Ukrainie, ale o Polsce. Takich przykładów są dziesiątki. To polski Sejm podejmuje uchwałę o znamionach ludobójstwa w kwestii Wołynia, aby przypadkiem nie urazić Ukraińców. Tymczasem oni w wyrazie „wdzięczności” w dniu wizyty polskiego prezydenta w ich parlamencie gloryfikują morderców Polaków. To, że Bronisławowi Komorowskiemu to nie przeszkadza, nie oznacza, że Naród Polski nie poczuł się urażony. Polska polityka w sprawie wojny domowej na Ukrainie powinna być bardziej wyważona. Musimy pamiętać, iż w Donbasie mieszka kilka milionów Rosjan, których Kijów chce zukrainizować językowo i tożsamościowo. To jest jedna z podstawowych przyczyn tej wojny. Możemy wspierać Ukrainę, ale nie powinniśmy pomagać w pacyfikacji obywateli tego kraju.

Czego Panu zabrakło w przedstawionych przez min. Schetynę założeniach polskiej polityki zagranicznej?

– Zabrakło mi przede wszystkim odniesienia się do realnych gwarancji bezpieczeństwa Unii Europejskiej. Nie mówię tu o bezpieczeństwie politycznym, ale o bezpieczeństwie militarnym. Europa Zachodnia się rozbraja. W tym przemówieniu nie było też nic o kwestii opuszczenia Polski przez kraje Grupy Wyszehradzkiej, które budują nową Grupę Sławkowską bez naszego udziału, jednocześnie dystansując się od polskiej polityki wschodniej. Brakowało mi także deklaracji dotyczących jednoznacznych działań na rzecz prześladowań Polaków na Litwie i pomocy dla Polaków na Ukrainie. Brakowało mi także rozliczenia się z instrumentalnego wykorzystania Związku Polaków na Białorusi w walce z Łukaszenką, co doprowadziło do zniszczenia tej najlepiej funkcjonującej polskiej organizacji na Wschodzie. To tylko niektóre elementy, których zabrakło w przemówieniu min. Schetyny, ale z pewnością można wymienić ich dużo więcej.

W szkoleniu ukraińskich żołnierzy poza Amerykanami wezmą udział m.in. Anglicy, Kanadyjczycy i Polacy. Według oficjalnych informacji ukraińskiego MSW, w szkoleniu wezmą udział jednostki ukraińskiej Gwardii Narodowej, w tym część żołnierzy pułku „Azow”, który odwołuje się do symboliki i ideologii neonazistowskiej. Wygląda na to, że polscy żołnierze będą szkolić neonazistów…?

– Nie jest to wykluczone. Może się zdarzyć, że wnuk uciekiniera z Wołynia będzie musiał szkolić wnuka mordercy. To chichot historii, tym bardziej że dzieje się to bez rozliczenia tej zbrodni ludobójstwa. Polacy mogli odwdzięczać się Amerykanom za pomoc np. w Iraku, ale co warto podkreślić, dotyczyło to państwa leżącego kilka tysięcy kilometrów od naszych granic. Prowokowanie napięć pod swoim progiem jest nieodpowiedzialne. Ciekawe, jak zachowywaliby się Amerykanie na granicy z Meksykiem? 

Z jednej strony obecny rząd stara się wmówić Polakom, że jesteśmy krajem, który może formułować politykę w skali globalnej, a z drugiej rzeczywistość obnaża bezradność tej władzy chociażby przy zachowaniu szefa FBI…  

– To jest konsekwencja promowania książek takich autorów jak Tomasz Gross czy filmów typu „Pokłosie”, w czym przewodzi „Gazeta Wyborcza”. Na takie produkcje są pieniądze, a na realizację scenariuszy o ludobójstwie na Wołyniu Wojciecha Smarzowskiego nie ma. W jednym przypadku szef FBI miał rację, mówiąc, że w holokauście uczestniczyli obywatele polscy, z tym że nie chodzi tu o Polaków, ale o policję ukraińską, z której w znacznym stopniu powstała UPA. To nacjonaliści ukraińscy od 1941 r. masowo wspomagali Niemców w likwidacji Żydów. To na Żydach nauczyli się mordowania Polaków. Tyle że o tym nie wolno mówić, aby nie razić uczuć Ukraińców.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: "Nasz Dziennik" 

Fot. yeghiazaryan.info

Komentarze

komentarze

stat4u