Andrzej Zapałowski: Cena naszego bezpieczeństwa będzie wysoka

RasmussenZ dr. Andrzejem Zapałowskim, prawnikiem, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

 

NATO podczas szczytu w Newport owszem uznało, że zagrożenie ze strony Rosji jest bardzo realne, ale kolokwialnie rzecz ujmując, na Ukrainę się nie wybiera. Czy decyzja zezwalająca poszczególnym państwom na pomoc wojskową dla Ukrainy nie jest pewnego rodzaju umyciem rąk przez władze Sojuszu?

– Postanowienia Sojuszu Północnoatlantyckiego w Newport doprowadziły i zmusiły pośrednio rząd w Kijowie do rokowań z separatystami. Powtórzyła się sytuacja z Gruzji z 2008 r., gdzie ówczesny prezydent tego kraju Micheil Saakaszwili pewny ustnych gwarancji Stanów Zjednoczonych i państw zachodnich zdecydował się na siłowy konflikt z Rosją. W toku samej wojny mógł liczyć na Polskę i pomoc dyplomatyczno-humanitarną Zachodu. Obecnie okazuje się, iż poza wsparciem wywiadowczym i sztabowym NATO nie zdecyduje się na bezpośrednią ingerencję na Ukrainie.

Dlaczego?

– Jest kilka przyczyn. Po pierwsze Rosja to mocarstwo jądrowe, po drugie taka interwencja mogłaby prowadzić do bezpośredniego zwarcia sił konwencjonalnych NATO i Rosji, co mogłoby się okazać tragiczne dla bezpieczeństwa światowego. Kolejną sprawą jest kwestia oczekiwanego przez NATO sprzyjania Rosji w likwidacji zagrożenia ze strony terrorystów islamskich w Iraku i Syrii, co ze względu na uczestnictwo w tej rebelii kilku tysięcy obywateli Unii Europejskiej może mieć w przyszłości katastrofalne konsekwencje dla Europy.

Jest także otwarty problem Naddniestrza oraz Bośni i Hercegowiny. To tylko niektóre palące kwestie przy granicy z Sojuszem, w których Moskwa jest istotnym graczem. W tym aspekcie sama kwota ok. 15 milionów euro wydzielona przez NATO jako pomoc Ukrainie na wsparcie i modernizację sił zbrojnych tego kraju jest żenująca. Myślę, że wydatkowanie takiej sumy nie sprawiłoby większych trudności przeciętnemu ukraińskiemu oligarsze, w tym obecnemu prezydentowi Ukrainy. Za te pieniądze można kupić mniej sprzętu, niż dziennie wojska ukraińskie traciły w walce z separatystami. 

Polska ma być krajem, w którym umieszczone zostanie dowództwo sił natychmiastowego reagowania NATO. To postęp i gwarancja bezpieczeństwa dla nas czy bardziej pozorowane działanie? 

– Szczyt w Newport nie mógł nie dać wyraźnego znaku państwom wschodniej flanki NATO o wzmocnieniu obrony tego obszaru. Z drugiej strony były kwestie gwarancji paktu dla Rosji z 1998 r. o nieprzesuwaniu infrastruktury sojuszu na terytorium nowych członków. Obecnie żandarmem tego zobowiązania w NATO są głównie Niemcy, które nie chcą także w swoim interesie upodmiotowienia, głównie Polski.

Powstanie samego dowództwa sił natychmiastowego reagowania w Polsce zasadniczo nic nie zmienia. Takie dowództwo może być zlokalizowane w dowolnym miejscu w Europie. Jest to bardziej symbol niż istotny czynnik wojskowy. Ważne jest, że siły, jakimi będzie dowodzić wspomniane dowództwo, będą rozmieszczone w krajach macierzystych, np. w Wielkiej Brytanii. Tak czy inaczej nic istotnego się nie zmieni poza rotacyjnymi ćwiczeniami.

Natomiast ważniejsze byłoby dla Polski i państw bałtyckich rozmieszczenie stałych, najnowszych systemów przeciwrakietowych, których nasz kraj nie posiada i przez najbliższe lata ze względów finansowych mieć nie będzie. Jak ważny jest to czynnik we współczesnym teatrze wojny pokazały niedawno walki palestyńsko-izraelskie, gdzie armia Izraela zliczyła kilka tysięcy pocisków wystrzeliwanych przez Hezbollah.

Szczyt w Newport jest wyraźnym sygnałem dla Warszawy, że trzeba rozbudowywać narodowy komponent bezpieczeństwa w oparciu o powszechne angażowanie społeczeństwa do obrony państwa. Na razie państwo polskie jest niejako wpuszczane w konfrontację z Rosją bez osłony przeciwrakietowej! To bardzo nieodpowiedzialne.

Czy w chwili realnego zagrożenia rozlokowane nawet na wschodnich rubieżach mobilne siły NATO będą wystarczające?

– Proszę zwrócić uwagę, że mówimy o zagrożeniu pełzającym. W takim wypadku oczywiście tak. Natomiast w wypadku nagłego ataku, w warunkach wojennych, w krótkim czasie nie będzie możliwości przerzucenia tysięcy żołnierzy na dystansach kilku tysięcy kilometrów.

W takim wypadku każda armia narodowa (poza lotnictwem) skoncentruje się na przygotowaniu obrony własnego terytorium. W przypadku Polski może to być czas, który doprowadzi do utraty połowy terytorium państwa. My musimy mieć siły zdolne w ciągu kilku godzin sparaliżować atak i przeprowadzić ewentualny odwet.

Jeżeli nie uzyskamy takiej podstawowej zdolności obronnej, sytuacja Polski będzie tragiczna. W odniesieniu do państw bałtyckich jest jasne, że nie ma możliwości ich obrony z uwagi na położenie geostrategiczne. Ich opór będzie miał wymiar tylko symboliczny. Mogą być one zaatakowane ze wszystkich stron, a ich wspólny potencjał obronny po mobilizacji jest równy dwóm dywizjom.

Prezydent Komorowski powiedział, że czas najwyższy na reformę Narodowych Sił Rezerwowych. Lepiej późno niż wcale…?

– To głównie Platforma Obywatelska odpowiada za zniszczenie rozwijających się wojsk obrony terytorialnej. Natomiast inne siły politycznie biernie się temu przyglądały. Po istniejących brygadach obrony terytorialnej w Gdańsku, Mińsku Mazowieckim, Zamościu, Białymstoku, Kłodzku czy Przemyślu pozostało tylko wspomnienie.

Już w 2000 r. istniał w sztabie generalnym plan stworzenia 16 brygad obrony terytorialnej. Jednak wszystko zniszczono. Powołano Narodowe Siły Rezerwowe jako ośrodek uzupełnień dla strat walczących związków taktycznych. Ostatecznym dobiciem polskiego systemu obronnego była rezygnacja z powszechnego poboru. W wymiarze wieloletnim istotne jest doprowadzenie do stanu, gdzie (w wariancie optymistycznym) 1 proc. obywateli będzie bronić pozostałe 99 procent. W liczbach wyglądałoby to tak, że na 36 milionów obywateli armia po rozwinięciu liczyłaby ok. 300 tysięcy żołnierzy. Docelowo jednak Narodowe Siły Rezerwowe jako formacja obrony terytorialnej – żeby były skuteczne – powinny liczyć po mobilizacji przynajmniej pół miliona żołnierzy.  

Nie wygląda na to, żeby Putin przejął się zbytnio decyzjami NATO, ale czy można spodziewać się rewanżu np. wojny gazowej ze strony Rosji?

– Rosja chce osiągnąć swoje cele strategiczne na Ukrainie i w Naddniestrzu. Nie jest zainteresowana brnięciem w konfrontację z Zachodem. W Moskwie także wiedzą, że Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania są w posiadaniu broni jądrowej. Rosja ma i będzie miała coraz większe problemy na Kaukazie i Dalekim Wschodzie, dlatego chce jak najszybciej uporządkować swoje sprawy na zachodzie państwa.

Jaką cenę zapłacimy za organizację szczytu NATO w 2016 r. w Warszawie?

– W polityce zawsze trzeba płacić. Płaciliśmy w Iraku za wstąpienie do NATO, płaciliśmy w Afganistanie za gwarancje amerykańskie w aspekcie rzeczywistego dystansowania się Niemiec i Francji w kwestii wzmocnienia wsparcia bezpieczeństwa Polski. Teraz także będziemy musieli płacić.

Problem polega na tym, że jeszcze nie wiemy za co, bo przeniesienie jednego z dowództw Sojuszu do Polski to nie jest cena życia polskich żołnierzy. Dżihad to przede wszystkim problem Zachodu. To Zachód finansował i wspierał opozycję w Syrii, która teraz ich morduje. Polska może udzielić wsparcia, a w odniesieniu do zabijanych chrześcijan nawet powinna. Nie oszukujmy się jednak, cena naszego bezpieczeństwa musi być wysoka. Pytanie tylko, czy nasze elity polityczne stać na takie warunki.

Dziękuję za rozmowę.

 

Źródło: Nasz Dziennik

Fot. nato.int

Komentarze

komentarze

stat4u