Aleksander Sytin: Nikt nie będzie umierał za Putina

aleksander_sytinTłum. i oprac. mjr rez. SG Jan Majka

Były pracownik Rosyjskiego Instytutu Badań Strategicznych Aleksander Sytin opowiada o ideologii "nowej szlachty", prawosławnych wychodźców z KGB. W wywiadzie dla Radia Svoboda Aleksander Sytin podkreślił, że w swoim artykule chciał opowiedzieć nie tylko o swoich byłych kolegach, a o tym, „jak są kształtowane trendy w polityce zagranicznej rosyjskiego kierownictwa.

 

Pański były przełożony Lenid Reszetnikow, generał KGB, który został prawosławnym admiratorem białogwardzistów – to przecież prawdziwy bohater naszych czasów, bohater współczesnej Rosji, gdzie wszystko w absurdalny sposób uległo pomieszaniu, jak w książce Sorokina.

– Dokładnie tak. Ja myślę, że nikt specjalnie nie planował takich rezultatów, ale najpierw zostały podjęte kroki związane z pochówkiem szczątków rodziny carskiej, potem ze scaleniem rosyjskiej cerkwi prawosławnej z cerkwiami za granicą. W rezultacie wszystko to poskutkowało imperialnymi pretensjami. Współczesna Rosja w świadomości tych ludzi jest nie tylko sukcesorem ZSSR, ale także imperium rosyjskiego, przede wszystkim w wymiarze terytorialnym, co ma też konsekwencje społeczne. Współczesna rosyjska klasa rządząca dąży do zajęcia takiej samej pozycji, jaką zajmowała rosyjska szlachta po dekrecie Piotra III o jej uwolnieniu, praktycznie zrealizowanym za Katarzyny w początkach wieku XIX. W księgarniach można zobaczyć książki pt. „FSB: nowa szlachta”.  Oni chcą przywiązać do siebie ten status. Gdy próbowałem w prywatnych rozmowach mówić o tym, że elita – to nie tylko kompleks przywilejów, ale przede wszystkim odpowiedzialność i gotowość służenia narodowi przykładem, tego nie słuchano.

Zrozumiałe, że Instytut Badań Strategicznych to nie główny czynnik informacyjny dla Kremla, a jeden z wielu. Ale wygląda, że wszystkie inne ośrodki eksperckie działają podobnie. Niewyobrażalna mieszanka monarchizmu, stalinizmu, ksenofobii, nienawiści wobec Zachodu i Majdanu – przecież to nie Reszetnikow wymyślił, nad tą nową ideologią pracują tysiące ludzi, zwłaszcza w środkach masowego przekazu w ostatnich latach powstała [w tym celu] istna fabryka.

– Zrozumiałe jest, że to nie Reszetnikow jest inicjatorem tego wszystkiego, ale nie mogę określić, jaka jest logika w tej sytuacji. To kwestia taka sama jak z kurą i jajkiem. Określony popyt społeczny na podobną ideologię występował zawsze. Był w końcówce lat 90-tych za Jelcyna, był w pierwszych latach po dojściu do władzy Putina, jest i teraz. Problem jest gdzie indziej: jak bardzo warstwa rządząca skłonna jest wykorzystywać te nastroje dla wzmocnienia swojej pozycji.  Z mojego punktu widzenia, jednoznaczna decyzja, aby postawić na tę ideologię i te warstwy ludności, które tę ideologię wyznają, podjęto w 2011r. w związku z wyborami prezydenckimi, które powtórnie przywiodły do władzy Władimira Putina. Wtedy też odnotowałem pierwsze zagrożenia i pierwsze kroki ku tej ideologii, z którą teraz mamy do czynienia.

Co się tyczy środków masowego przekazu, też trudno powiedzieć, co było pierwotne. Tu przyjęto odgadywać nastawienie kierownictwa. Kierownictwo nigdy niczego nie mówi wprost: rób tak i tak, przygotuj taki właśnie program. Kierownictwo mówi: „Panuje opinia, że…” A ty już sam, jako człowiek twórczy powinieneś w ramach panującej opinii przygotowywać właściwe materiały. Pamiętam Sołowiowa w epoce wolnego NTV Gusinskiego i jestem całkowicie pewien, że wszyscy ci ludzie robią to za pieniądze i nic więcej.

Pamiętam też dokładnie, jak w RIBS roztrząsano kwestię, kogo wypada poprzeć w 2011 r. – Miedwiedewa czy Putina i kiedy Reszetnikow podjął decyzję: nie, my będziemy popierać Putina i powinniśmy wygrać. Kiedy rzeczywiście Putin został prezydentem na kolejną kadencję, zapanował bardzo radosna atmosfera, wszyscy powtarzali: tak, miał pan rację, postawiliśmy na właściwego konia. A Jurgens z jego Instytutem Współczesnego Rozwoju postawił na konia niewłaściwego, ponieważ popierał Miedwiediewa. Oto i wszystko. W Europie, a także i na obszarze postsowieckim wyolbrzymiają stopień sterowalności, stopień pierwotnej rachuby czegoś i stopień społecznego poparcia. Tu nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Rosja nie jest aż tak jednolita, jak to się wydaje patrząc z Zachodu.

Ale trzeba dostrzec [rzeczywisty] entuzjazm. To nie dzieje się pod kijem. Mówi Pan, że Sołowiow ma w tym interes finansowy. Na pewno. Ale przecież są młodzi energiczni ludzie, którzy z ogromnym entuzjazmem chwytają idee, które względnie do niedawna były całkowicie marginalizowane, dyskutowane gdzieś tam w kręgach wyznawców Dugina, a teraz stały się głównym nurtem. Nie myślę, że to tylko komercyjny interes z ich strony.  To szczerzy ludzie, którzy wyrośli w epoce postsowieckiej i mimo wszystko ta stylistyka okazała się im bliska. Rzecz porażająca.

– Tak, komuś taka stylistyka okazała się bliską. Ale proszę zwrócić uwagę, że jeszcze w 2008 r. nic takiego nie było, [albo] było w bardzo marginalnym wymiarze. I większość ludzi mających relacje ze służbą państwową, była w tych relacjach bardzo ostrożna. I w deklaracjach swoich prawosławnych zapatrywań [ludzie] także byli bardzo ostrożni. Ja nie wierzę, że nastroje społeczne mogą się uformować od zera, albo odmienić o 180 stopni w ciągu czterech lat. Jestem w najwyższym stopniu przekonany (a widziałem to na przykładzie Rosyjskiego Instytutu Badań Strategicznych i na przykładzie Instytutu Krajów Wspólnoty Niepodległych Państw), że jest to głownie kwestia finansowania. Dlatego, że wielokrotnie jest powtarzane: wybaczcie, dostajecie za to pieniądze, czego [jeszcze] chcecie? Proszę sobie zostać niezależnym politologiem, np. tak, jak ja teraz.

Oczywiście, że ludzie, którzy propagują te idee, robią zaskakujące kariery. Mówi Pan o Tamarze Guzienkowej, która była Pańską przełożoną. Myślę, że widział Pan sporo przykładów, poza tymi, które Pan opisał w swoim artykule.

– Bezwarunkowo. Cóż tu mówić o Instytucie Badań Strategicznych! Oto Michaił Leontiew, którego poziom intelektualny aż nadto jest widoczny, w swoim czasie wychodził z pozycji liberalno-demokratycznych, a dostał za to, co teraz opowiada, synekurę w „Rosniefcie”, został wiceprezesem. Można tylko zgadywać poziom jego dochodów. Jakież on tam ma obowiązki w tym przedsiębiorstwie? Żadnych, po prostu dano mu tam posadę. A takich ludzi jest bardzo wielu. Czy sądzi Pan, że gdyby zaczął on teraz mówić to, co ja, to utrzymałby się na swojej synekurze dłużej niż półtora miesiąca? Nic podobnego, wyleci stamtąd i utraci wszystkie materialne korzyści – to całkiem oczywiste. Dlatego też mówię, pełny kryzys reżimu nastąpi dokładnie wtedy, gdy reżim okaże się niezdolny, żeby płacić. Czy myśli pan, że omonowcy marzną przy trzydziestostopniowym mrozie i rozganiają demonstrację w obronie Nawalnego z pobudek ideowych? Wszystkie te ideowe pobudki złożyli do grobu, zapewniam Pana. To są profesjonaliści, im płacą i wydają rozkazy. Oni też siedzą w mieszkaniach wziętych pod hipotekę, oni także w czasie wolnym od służby jeżdżą toyotami wziętymi na kredyt. Nie trzeba tej sytuacji wyolbrzymiać. Nie trzeba mówić o tym, że my teraz mamy pewną różnorodność poglądów na temat stalinowskiej Rosji. Stalin opierał się na pewnych warstwach i te warstwy rzeczywiście były gotowe za niego umierać. Wielu Pan znajdzie ludzi gotowych umierać za Putina? Wątpię.

Ludzie, którzy jadą walczyć w Donbasie, a takich niemało, a liczni chcą pojechać, tylko brakuje środków i możliwości, są gotowi umierać.

– Nie będziemy osądzać żołnierzy kontraktowych, ale co się tyczy ochotników, to znaczna ich część to ludzie z nieuporządkowanym życiem, ludzie opętani ideami zaczerpniętymi z publicystyki gazety „Jutro” [ros. Zawtra] i od Prochanowa. To z jednej strony. Ze strony drugiej to ludzie nienasyceni walką, którzy przeszli przez gorące miejsca i już zatruci tą atmosferą. To ludzie, którzy nie odnaleźli się w niczym innym. Nie da się zaprzeczyć, że są to ludzie albo z kryminalną przeszłością, albo z kryminalnymi skłonnościami. Te gorące miejsca, Naddniestrze, Czeczenia zrodziły postkombatantów, którzy nie potrafią żyć normalnie. To bardzo złożona warstwa. Ale jestem głęboko przekonany, że oni tam nie idą umierać za Putina. Wśród nich, o ile wiem, stosunek do reżimu Putina jest bardzo a bardzo krytyczny, tyle tylko, że z powodów wprost przeciwnych niż ze strony Europy i USA.

Oskarżają go o brak zdecydowania.

– Tak, obwiniają go o niezdecydowanie, ale ich głos pozostaje mało słyszalny, ponieważ dziś nie ma ekspertów, publicystów, dziennikarzy, pisarzy, może za wyjątkiem Prilepina, którzy wyrażaliby ich punkt widzenia. Z mojego punktu widzenia, ci ludzie dla Rosji, a może i dla Europy są groźniejsi niż obecny reżim.

Dokładnie tak, jak ludzie, którzy walczyli po stronie ugrupowania tzw. państwa islamskiego i wracający do Europy z Syrii.

– Praktycznie to jest ta sama sytuacja. Na świecie pojawiła się społeczna warstwa ludzi, która jest zainteresowana nieustanną wojną, która niczego innego robić nie może i nie chce. Z problemem tym dopiero co zderzyła się Francja, z problemem tym nieuchronnie przyjdzie zmierzyć się Rosji, dlatego, że wszystkie te wydarzenia w Donbasie niewątpliwie przeniosą się na stronę Rosji, może nie całej Rosji, bo to terytorium olbrzymie, ale to, że tak, czy inaczej, rozleje się to po okręgu rostowskim, który pełen jest narodowościowych niedorzeczności, jest bardzo prawdopodobne.

Przypuszczam, że wśród naszych słuchaczy pojawiła się zasadnicza kwestia: czyżby w administracji prezydenta nie było zdrowo myślących ludzi, którzy bywali za granicą, korzystają z internetu i rozumieją, że z jednej strony, wszystkie te rekomendacje, analizy wychodzące z organizacji eksperckich, podobnych do RIBS, nie są warte złamanego grosza, nie odzwierciedlają prawdziwej sytuacji, a z drugiej strony, rozpalanie tej wojny wiedzie Rosję ku upadkowi? Czyżby nie było już zdrowo myślących ludzi w tym kraju?

– Odpowiem na podstawie własnego przykładu. Nie sądzę, żebym przez dziesięć lat pracy w RIBS nie był człowiekiem zdrowo myślącym. Starałem się nie pisać niczego takiego, co zasadniczo przeczyło by moim poglądom i moim przekonaniom o tym, że Rosja powinna występować w charakterze cywilizowanego kraju europejskiego. Przy tym jednak nie mogłem niczego takiego napisać, mówić ani meldować kierownictwu. Jest określony system biurokratyczny, a w obrębie tego systemu biurokratycznego zupełnie nie jest ważne, co myśli którykolwiek człowiek oddzielnie. Tak, synowie i córki wielu z tych ludzi pokończyli europejskie uczelnie, wielu spośród nich mieszka w Europie na stałe lub bardziej lub mniej okresowo tam przebywa. Ale hierarchia władzy i wertykalny przepływ wszelkiej informacji tak są urządzone, że w ostatecznym rozrachunku pojawia się stymulowany punkt widzenia. Niepojęte, czy władza tego wymaga, czy władza otrzymując to, co jej podają, powiada: nadzwyczajne, eksperci tak powiedzieli. Następuje ciągłe przesączanie tego samego płynu z jednego naczynia w drugie. Myślę, że jeśli by porozmawiać z kimś z wysoko postawionych przedstawicieli administracji prezydenta, jeśli założyć, że człowiek ten zaufa, że nie będzie to notowane, podsłuchiwane, ani doniesione kierownictwu, to myślę, że można by usłyszeć całkiem rozważne i normalne poglądy.

Chciałbym wrócić do Pańskich słów o tym, żeby nie przeceniać stopnia przeliczenia się. Dotąd nie wszystko całkiem jasne, czy decyzja o aneksji Krymu była impulsywną, czy noszono się z nią przez lata, jak niektórzy eksperci sądzą, a dla realizacji której oczekiwano sposobnych okoliczności? Jakie jest Pańskie zdanie?

– Nie, z niczym nie noszono się długimi laty. Daj Boże, żeby kto udowodnił, że było inaczej. Myślę, że z niczym się nie noszono, tak, jak w 2008 r. nie myślano o Abchazji i Południowej Osetii, nikt dwa miesiące wcześniej nie myślał, że tak się to skończy, tak samo i tutaj. Rosja ciągle prowokuje wystąpienia na rzecz tzw. ruskiego miru. To demonstracje na Krymie, które miały miejsce na przestrzeni kilku lat, zwłaszcza w Sewastopolu: nie wpuścimy NATO, Sewastopol to Rosja, miasto rosyjskiej chwały itd. – to wszystko [tylko] tworzyło grunt dla podjęcia tychże decyzji. Gdy w Kijowie nastąpił Majdan, gdy rząd [nowy ukraiński] ogłoszono w Moskwie jako juntę, pojawił się niepokój. Tu rząd Ukrainy popełnił kolosalny błąd, który potem naprawiono, ale wywarte wtedy wrażenie okazało się bardzo silne.

– Ustawa o języku.

– Tak, nie trzeba było ruszać kwestii języka. Ileż ja im się tego nie napowtarzałem! Wtedy podniosła się cała ta fala. Ale wszystko rozegrało się bardzo szybko. Cała rzecz w tym, że państwo [rosyjskie] było zaniepokojone statusem Sewastopola i problemem Floty Czarnomorskiej. Dlatego, że właśnie prowadzono rozmowy o dostawach, o tranzycie gazu, o cenie, cały czas trzeba było brać pod uwagę, że Flota Czarnomorska stacjonuje na terytorium obcego państwa. Oczywiście to okropnie irytowało i tę sytuację chciano zmienić. Ale, że to będzie w takim wymiarze, że pociągnie to za sobą takie problemy, zapewniam, że nikt nawet w przybliżeniu nie myślał.

– Jeszcze bardziej poplątana historia z tzw. Noworosją. Girkin-Striełkow opowiadał, że uderzenie na Słowiańsk – to jego osobista inicjatywa. Czy można mu wierzyć, to kwestia odrębna. Czy Kreml miał klarowny scenariusz, typu zająć terytorium dla wyjścia z Krymu w stronę Naddniestrza i przyłączenia ich do Rosji? Czy też wszystko, co tam zaszło – to sprawa przypadku i niespodzianki dla Kremla?

– Tam wystąpił pewien moment zwrotny. W maju Putin zwrócił się do Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych z wezwaniem, aby nie przeprowadzać referendum i zatrzymać jakoś katastrofalny rozwój sytuacji. I nie został wysłuchany. Wtedy przyszło mi do głowy, że w istocie prostego związku między Kremlem a Donieckiem nie ma. Wypowiadam to na zasadzie hipotezy, przy której nie będę się upierać.

Tym bardziej doskonale rozumiem, że w tradycjach europejskiego myślenia we wszystkim widzi się rękę Kremla, tak jak w Moskwie we wszystkim widzi się rękę Departamentu Stanu. Ale myślę mimo wszystko, że to poszło zupełnie nie tak. W rzeczywistości miała miejsce taka sama sytuacja, jak na Krymie. Były pewne siły, po części inspirowane niezadowolonymi ukraińskimi oligarchami, po części inspirowane rosyjską propagandą, w tym również tą, która było przygotowywana w Rosyjskim Instytucie Badań Strategicznych (sam to widziałem), na ten temat, że zostaną pozamykane ich zakłady pracy, że zostaną bez pracy, że będą głodować, żeby sobie zobaczyli, jak teraz się żyje w Bułgarii, która wstąpiła do Unii Europejskiej itd.

To wszystko pociągnęło za sobą wystąpienie ludowe. Im się wydawało, że teraz przyłączą się do Rosji w ślad za Krymem. Ale tu wyniknął problem. Po pierwsze Rosja okazała się do tego zupełnie nie gotowa. A jeśli Rosja chciałaby przyłączenia tego terytorium, które jest teraz kontrolowane przez bojowników, na pewno by to zrobiła, licząc na niezdecydowaną pozycję NATO i niezbyt rozstrzygające sukcesy sił zbrojnych Ukrainy. Ale Rosja tego nade wszystko nie chciała i nie chce. Na wszelki wypadek mówię „nade wszystko”. Rosja chce nie dopuścić [do wejścia] Ukrainy do NATO i Unii Europejskiej, to wszystko. Jakimi środkami można to osiągnąć? Na razie, według mnie brak koncepcji. Ale jest ogólnie podzielany punkt widzenia, że do UE i NATO nie będzie przyjęty kraj mający nieuregulowane konflikty. I dlatego Rosja jest zainteresowana w tym, żeby ten konflikt się tlił.

Co się tyczy natarcia na Mariupol, Nikołajew, Odessę i na Naddniestrze, szczerze mówiąc, na razie pozostaję optymistą i mimo wszystko nie wierzę, że ten scenariusz zostanie zrealizowany. Chociaż na poziomie opinii publicznej i środowiska eksperckiego wywierany jest stosowny wpływ. Są ludzie, którzy ciągle pokazują się w telewizji z takimi wezwaniami. Niemniej jednak, ja myślę, że zdrowego rozsądku powinno wystarczyć. 

– Aleksandrze Nikołajewiczu, Pański artykuł został zatytułowany „Anatomia upadku”, i, wydawało by się, rzeczywiście upadek – sankcje, katastrofalny upadek reputacji Rosji, rozwiązanie grupy G8, uziemieni urzędnicy, spadek rubla. Ale nie widać zmiany retoryki, propaganda wymierzona przeciwko Ukrainie, przeciwko Zachodowi dokładnie taka sama, jak rok temu. Dodatkowo, teraz przerzucane są w rejon Donbasu i ku granicy z Ukrainą uzbrojenie i wojskowi. Jest pełne przekonanie, że na Kremlu nie tylko nie myślą o kapitulacji, ale nawet o minimalnej korekcie kursu. To bardziej upadek tych, co mieli nadzieję na opamiętanie i zdrowy rozsądek.

– W istocie to jest upadek Rosji, upadek reżimu, to upadek rosyjskiej polityki zagranicznej. Dlatego, że zadanie, które postawiła sobie Rosja, a dokładnie utrzymanie przestrzeni postsowieckiej w orbicie swojego oddziaływania tak się składa, że nie zostało rozwiązane. Jest oczywistym, że nawet jeśli by skierować pancerne kliny na Kijów, to Ukraina już nigdy nie będzie nie tylko rosyjską, ale nawet prorosyjską – to niemożliwe. Białoruś zachowuje się bardzo ostrożnie. Kazachstan zachowuje się bardzo ostrożnie. Cały projekt integracji eurazjatyckiej znalazł się w sytuacji całkowitego zawalenia się. To, że nie ma wewnętrznych zamieszek, rosyjskiemu człowiekowi, żyjącemu tutaj, bardzo łatwo zrozumieć, jedno słowo – zima. Żadnych zamieszek nie będzie, dopóki się nie ociepli. Poziom niezadowolenia nie dojrzał do wymaganej sytuacji.

Z mojego punktu widzenia, na podstawie wszelkich parametrów możemy mówić o sytuacji, którą Lenin nazwał rewolucyjną, ona obiektywnie występuje. Brakuje teraz czynnika subiektywnego, to jest brakuje partii, albo osoby, która wzięłaby na siebie funkcję kierownictwa walki z reżimem. Zrozumiałe, że Nawalny takim człowiekiem nie jest ze względu na cały rząd czynników. Dlatego w ciągu 2015 r. ta sytuacja, tak czy inaczej będzie się zaostrzać i dojrzewać. Cała struktura wertykalna władzy urządzona jest tak, że opiera się na transferach [finansowych] z centrum do regionów. Jeśli wyobrazić sobie, że centrum zabraknie środków i te transfery nie będą realizowane, proszę do mnie zadzwonić, a wtedy porozmawiamy, co się stanie.

– Czy w postępowaniu lokatorów Kremla dostrzega Pan jakikolwiek pragmatyzm, zrozumienie dla ryzyka, o którym Pan teraz mówił, czy wszystko tam podobnie się odbywa jak w Pańskim instytucie, gdzie wszyscy zajęci tylko nekropolią na wyspie Lemnos.

– Sądzę, że oni myślą jedynie nad zachowaniem swoich aktywów. Znów chodzi o biurokratyczną hierarchię: wątpię, czy oni w ogóle pozwalają sobie na myślenie i rozważania. Powtarzają jak mantrę: nie ugniemy się, nie ustąpimy, nie trzeba się wysługiwać Zachodowi, Ameryka pretenduje do roli centralnego ośrodka siły, my powinniśmy być alternatywnym ośrodkiem siły, my zjednoczymy wokół siebie Chiny, Indie, Iran i Bóg jeszcze wie kogo. Czy coś na ten temat wie Iran, Indie i Chiny – to już zupełnie nie ważne. Szalenie przypomina mi to koniec 1916 – początek 1917 roku, sytuację, kiedy nie było realnie żadnych planów.

Wszyscy żyją z dnia na dzień. Oto Putin zatwierdził antykryzysowy program rządu. Przeczytałem: tam nie ma żadnego programu, tam nic nie ma. Stopa procentowa na poziomie 17 punktów na razie pozostaje, może będzie 15, no i co? Tak zwane antysankcje pozostają w mocy. Czy jutro kurs będzie wynosił 30? Nie, nie będzie. Dlatego nie ma wyjścia [z sytuacji]. Czy w ciągu roku w kraju, w którym nie ma ekonomii, w ogóle nie ma z zasady, pojawi się ona? Czy każdemu rozdadzą po hektarze ziemi na Dalekim Wschodzie i stąd wyniknie nadzwyczajny rozwój rolnictwa? To nie jest poważna dyskusja. To, co dotąd słyszę, nie zasługuje nawet na komentarz.

– Czyli można to nazwać paniką, zupełnym zakłopotaniem?

– Ja bym tego nie nazywał paniką, tylko dokładnie zakłopotaniem i, przede wszystkim, stopniową, dość szybką utratą kontroli.

– W instytucie, w którym Pan pracował, jeśli nie panika, to na pewno wielkie wzburzenie w związku z Pańskim artykułem: wsadził Pan kij w maleńkie mrowisko. Myślę, że cały instytut, aż do ostatniej sprzątaczki przeczytali Pański artykuł. Czy jest jakiś odzew z tamtej strony?

– To dziwne, ale praktycznie żadnego. Próbowali mnie, ale takim klasycznym kuchennym stylu zawstydzić wg zasady: jak mogłeś? Zrozumiałe, że nikt nie zadzwonił, zrozumiałe, że nikt nie pisze do mnie spośród tych, którzy są moimi znajomymi na facebooku . Kilku ludzi się oddaliło, przestało być moimi przyjaciółmi. Właściwie jestem całkiem pozbawiony informacji o tym, co się tam dzieje w związku z tym. Ale na ile wiem, notatkę moją przeczytali w dostatecznie wysokich progach, ja myślę, że przygody instytutu jeszcze się nie zakończyły, jakaś uwaga z góry będzie na niego zwrócona. Będzie to uwaga życzliwa, czy przeciwnie, rokować na razie nie będę[1].

* * *

Prezydent Władimir Putin już podpisał rozporządzenie o zwolnieniu z dniem 4 stycznia 2017 r. Dyrektora Rosyjskiego Instytutu Badań Strategicznych Leonida Reszetnikowa z zajmowanego stanowiska.[2] Podsumujmy za Sytinem, tu i ówdzie coś tylko dopowiadając.

Jeśli przyjąć, że strategicznym celem administracji Władimira Putina jest restytucja dwubiegunowego świata opartego na równorzędnych ośrodkach siły ze Stanami Zjednoczonymi, jako liderem bloku atlantyckiego oraz Rosją, jako liderem bloku kontynentalnego, i jeśli przyjąć, że drogą ku temu jest tzw. integracja eurazjatycka, czyli zbieranie kolejnych ziem byłego imperium Romanowów i ZSRR, odtwarzanie ich dawnej strefy wpływów, w dalszej zaś kolejności budowanie konkurencyjnych dla USA relacji z Unią Europejską, to trzeba przyznać, że co najmniej z powodu nieracjonalnej polityki wobec Ukrainy, cel ten okazuje się nierealny.

Po pierwsze Rosji nie udało się podporządkować, ani podbić całej Ukrainy. Urwała tylko Krym i ugrzęzła na wschodzie tego kraju.

Po drugie Rosja utraciła międzynarodową wiarygodność, jako partner wszelkich procesów politycznych. Poprzez agresję na Ukrainę zaprzepaściła szansę utrzymania tam dotychczasowych wpływów politycznych i kulturowych. Moskal obmierzł tam już na dobre. Okres względnej współpracy z Zachodem, którego istotnym czynnikiem był kontekst wojny z międzynarodowym terroryzmem po 11 września 2001 r. został ostatecznie zamknięty. Oczywistym się stało, że Rosja chce rywalizować z Zachodem, nie zaś współpracować. Stało się też jasne, że rosyjska oferta integracji eurazjatyckiej adresowana w pierwszej kolejności do państw powstałych z rozpadu ZSRR jest nieuczciwa, bo jego istotą może się okazać nie partnerstwo, tylko jednostronna dominacja Rosji połączona z negacją politycznej podmiotowości innych uczestników projektu. Szczególnie podejrzliwie spoglądać dziś muszą na ten projekt Białoruś i Kazachstan, które, obok Ukrainy, miały dla niego znaczenie kluczowe.

Po trzecie nadpodaż ropy naftowej na rynkach światowych, jako element wojny ekonomicznej z Rosją i pozostałe sankcje ekonomiczne, spowodowały głęboki kryzys gospodarczy w tym kraju. Zachwiana została pozycja Rosji, jako lidera ekonomicznego w projektowanym bloku. Staje się bardzo widoczne, że Rosja trwoni swoje możliwości gospodarcze i może za sobą pociągnąć gospodarki z nią powiązane. Rosja nie tylko nie unowocześniła swej gospodarki, ale nawet nie zadbała o odtworzenie jej dotychczasowego potencjału. Jako państwo surowcowe i zamierzające trwać w modelu surowcowym, nie dorobiła się ani nowych technologii wydobywczych, ani nie jest zdolna do samodzielnego odtworzenia starzejącej się infrastruktury przesyłowej. Stare złoża stopniowo się wyczerpują, a embargo na technologie wydobywcze uniemożliwia eksploatację nowych, trudniejszych złóż. Pod znakiem zapytania stawia to szumny projekt eksploatacji Arktyki. W tej sytuacji integracja eurazjatycka traci dla kogokolwiek rację bytu. Dodatkowo scentralizowana struktura budżetu Federacji Rosyjskiej przy niedoborze przychodów państwa jest zabójcza dla spoistości państwa. Jeśli poszczególne składowe federacji są eksploatowane gospodarczo przez centrum, a wypracowywany na ich terytorium dochód jest wtórnie i z poziomu tegoż centrum redystrybuowany i to wg jego uznania, to równowaga między czynnikami scalającymi i dezintegrującymi jest bardzo delikatna i chwiejna. Niedostateczne zdaniem peryferiów dotacje z budżetu centralnego mogą z łatwością tę równowagę naruszyć. A właśnie po awanturze ukraińskiej rosyjski budżet centralny znalazł się w opłakanym stanie. Wojna naftowa i pozostałe sankcje odnoszą skutek.

Być może próbując wypracować sobie dogodniejszą pozycję na przyszłość, gdyby wojna naftowa miała trwać, administracja rosyjska wpakowała się w wojnę syryjską. Postanowiono rozbudować przyczółek na Bliskim Wschodzie. Silniejsza obecność rosyjska w Syrii prawdopodobnie jest tylko wstępem do kroków kolejnych, których wspólnym mianownikiem będzie destabilizacja krajów produkujących ropę naftową w ilościach znaczących dla światowych cen. Najbardziej przydatnym z tego punktu może być wpływ na poziom wydobycia w Iraku, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. Geograficznie do Iraku z Syrii jest najbliżej, ale ze względu na relacje polityczne z szyickim Iranem, bardzie prawdopodobnym wydaje się, że w grę wchodzić może raczej Kuwejt i Arabia Saudyjska. Rzecz jednak w tym, że Rosji nie stać materiałowo na długą i kosztowną wojnę, w której może ona ugrzęznąć, jak u schyłku ZSRR w Afganistanie. Zaniechanie projektu Noworosji i doprowadzenie tamtejszego konfliktu do stadium zamrożenia prawdopodobnie wiąże się z nadaniem sprawie syryjskiej priorytetu przy braku środków do działań na dwóch frontach. Rozwijając działania na Bliskim Wschodzie Rosja narazi się na dalszą konfrontację z  Zachodem.

Po czwarte kryzys społeczny. Zachodnie sankcje uderzyły silnie w oligarchów gospodarczych dotąd popierających Kreml. Ich lojalność stała się w tej sytuacji wątpliwą. Putin obawia się spisku pałacowego i szerokich rozruchów społecznych. Niedługo setna rocznica rewolucji lutowej, potem październikowej, a Rosjanie przywiązani są do symboli historycznych, głosy o dojrzewaniu rewolucji w Rosji dają się słyszeć nie tylko z ust Sytina. Nie jest na pewno przypadkiem powołanie w br. gwardii przybocznej przez Władimira Putina, eufemistycznie nazwanej narodową, a przeznaczonej do walki z wrogiem wewnętrznym. Rzecz w tym, że w Rosji były dotąd i OMON i Wojska Wewnętrzne do zadań tego typu. Wysoce prawdopodobne, że w grę wchodzą kwestie lojalności kadr.

Szczególnie interesującym aspektem kryzysu społecznego jest obosieczność wojny informacyjnej. Reżim Władimira Putina, będąc zleceniodawcą kampanii kształtowania postaw prawosławno-imperialnych w społeczeństwie, jako pożądanych, bo odwracających uwagę od wewnętrznego problemu Rosji, jakim jest on sam, w następnej kolejności padł tej kampanii ofiarą. Środowiska polityczne i eksperckie, uwieszone u kremlowskiej klamki, wspierające reżim, dostrzegłszy, że modny jest prawosławny imperializm i zaczęły go stosować, jako podstawę analizy politologicznej. Obraz rzeczywistości, wg którego winny być podejmowane decyzje polityczne okazał się nierealistyczny, życzeniowo-marzeniowy. Sytuacja jak z marksizmem-leninizmem późnego związku sowieckiego: mało kto wierzy w ideę, ale postawy swoje i cudze kształtuje i tak według niej, bez względu na skutki.

Mimo, że działania rosyjskie wg paradygmatu prawosławno-imperialnego, eurazjatyckiego, w ostatecznym rozrachunku skazane są na porażkę, to – jak uczy przykład Ukrainy – mogą stać się źródłem poważnego zakłócenia porządku międzynarodowego i cierpienia dotkniętych nim narodów, również rosyjskiego.

 

 

 


[1] http://inosmi.ru/world/20150125/225808908.html , dostęp: 3.12.2016 r.

[2] http://militariorg.ucoz.ru/publ/publ_1/leonid_reshetnikov_kak_strateg/15-1-0-67463

 

 

Komentarze

komentarze

stat4u